Sport.pl

Wielka sensacja na początek ligi! ŁKS - Anwil 89:71, czyli beniaminek szaleje!

Skazywany na porażkę ŁKS rozbił aspirujący do mistrzostwa Polski Anwil Włocławek 89:71. Fantastyczne zwycięstwo łodzian obejrzało około 7 tys. osób, co jest drugim wynikiem w historii ekstraklasy!
Jakub Dłuski, Bartłomiej Szczepaniak, B.J. Holmes, Jermaine Mallet i Kirk Archibeque - to wyjściowa piątka koszykarzy ŁKS, która rozpoczęła pierwszy po 30 latach przerwy mecz w ekstraklasie. Los nie był dla łodzian łaskawy, gdyż na inaugurację sezonu przydzielił im jednego z najtrudniejszych rywali, czyli aspirujący do mistrzostwa Polski Anwil Włocławek.

I to właśnie rola zdecydowanego faworyta była chyba tym, co zgubiło gości. Nieoczekiwanie pierwsza kwarta - a jak się później okazało cały mecz - należała bowiem do gospodarzy, których do skutecznej gry niósł doping około tłumnie zgromadzonych kibiców. Na premierowy mecz do Atlas Areny przyszło bowiem około 7 tys. osób, czyli... dwukrotnie więcej niż na ostatni mecz piłkarzy ŁKS. Kapitalną kwartę rozgrywał kreowany na lidera drużyny - a może nawet objawienie ligi - Mallet. 23-letni skrzydłowy trafiał z rzutów osobistych, półdystansu oraz za trzy punkty i w ciągu pierwszych ośmiu minut zdobył 13 z 22 punktów łodzian. Grający jak stare wygi koszykarze ŁKS na minutę przed końcem pierwszej kwarty prowadzili nawet 27:16.

W tym momencie nastąpiło jednak przebudzenie Anwilu, który do sytuacji podkoszowych dochodził z niezwykłą łatwością. Efekt? Remis, do którego w połowie drugiej kwarty doprowadził Dardan Berisha. To nie był jednak zwiastun końca ŁKS. Było wręcz przeciwnie - kolejne trzy punkty Bartłomieja Szczepaniaka (w pierwszej połowie trafił cztery z pięciu rzutów!) rozpoczęły serię 11 kolejnych punktów, które dały łodzianom prowadzenie 44:33. Duża zasługa w tym także Dłuskiego i Archibeque'a, którzy zdominowali w tym fragmencie grę na tablicach.

Nieskuteczna okazało się także drugie podejście Anwilu do odrobienia strat. Po tym jak włocławianie zbliżyli się na trzy punkty (44:47), ŁKS na przełomie drugiej i trzeciej kwarty... znów zdobył 11 punktów z rzędu. Gospodarze grali tak, jakby w TBL występowali od lat - dojrzale, bez żadnego respektu dla silniejszego na papierze rywala i nie bojąc się ryzykownych zagrań. W połączeniu z agresywną grą w obronie, skutecznymi kontrami, a do tego szalejącym na parkiecie Malletem (24 punkty po trzech kwartach) wynik mógł być tylko jeden. Anwil nie miał pomysłu na przełamanie tak grającego rywala. Co prawda pod koszem radził sobie jeszcze całkiem dobrze, ale w rzutach z dystansu skuteczność miał fatalną - w całym meczu miał mniej niż 25 proc. celnych rzutów za trzy przy 50-procentowej skuteczności ŁKS.

Bezradni włocławianie pogodzili się już chyba z porażką i w czwartej kwarcie nawet przez chwilę nie zbliżyli się do rywali. Przewaga ŁKS praktycznie cały czas nie schodziła poniżej dziesięciu punktów, a w ostatniej minucie wzrosła nawet do 18! W końcówce amerykańska kolonia w łódzkiej drużynie robiła z Anwilem co chciała, co chwila ośmieszając obronę włocławian.

Anwil, który wyraźnie zlekceważył rywala, zapłacił za swoje podejście najwyższą cenę. Z kolei ŁKS rozegrał mecz, który w klubie z al. Unii zapamiętają bardzo długo. Zwycięstwo z czołową polską drużyną przy około 7 tys. kibiców - piękniejszego powrotu do ekstraklasy być nie mogło.

ŁKS - Anwil 89:71 (28:20, 22:24, 16:12, 23:15)

ŁKS: Mallet 26, Szczepaniak 14, Archibeque 12, Dłuski, Kalinowski po 9, Holmes 7, Salamonik 5, Trepka 4, Sulima 3, Kenig,

Anwil: Allen 18, Edwards 15, Berisha 12, Szubarga 10, Glabas, Lewis po 5, Majewski 4, Nowakowski 2, Wołoszyn.

Piękne cheerleaderki ŁKS w akcji! Tak będzie na każdym meczu! [GALERIA]


Więcej o: