Najsłynniejsze derby Łodzi. Jak niechciani w ŁKS zostali legendami Widzewa

Mówili o nas "odpady z ŁKS", "zbieranina piłkarzy" i "dzielnicowy klub". Po tym meczu wszystko się zmieniło. Zaczęli nas szanować, a przejście do Widzewa nie było już krokiem w tył, lecz wielkim awansem
POLECAMY! Wirtualne derby Łodzi: Lepszy Widzew czy ŁKS? Oceń sam!

Wielu mówi, że od tego meczu wszystko się zaczęło. Duma z bycia widzewiakiem i słynny charakter. Na pewno od niego rozpoczęła się historia derbów Łodzi. - W 1975 roku Widzew wrócił do I ligi. ŁKS był zdecydowanie silniejszy, miał większą renomę, grało w nim kilku reprezentantów Polski. - O Widzewie mówiło się wtedy "odpady z ŁKS-u", bo trafili do nas piłkarze niechciani w drugim łódzkim klubie - opowiada Tadeusz Gapiński, jeden z nich. Inni to: Wiesław Chodakowski, Andrzej Grębosz, Zdzisław Kostrzewiński, Andrzej Pyrdoł i Andrzej Możejko. Wszyscy 6 sierpnia 1975 roku zagrali w pierwszych po 27 latach derbach Łodzi.

Rzepak i ozimina zamiast derbów

Na Armii Czerwonej (dzisiejszej al. Piłsudskiego) trafili nie tylko dlatego, że przy al. Unii nie było dla nich miejsca, ale też dlatego, że przygarnął ich Leszek Jezierski, trener Widzewa, a były piłkarz ŁKS-u, z którym w 1957 zdobył Puchar Polski, a rok później mistrzostwo. - Miał bardzo dobre relacje z klubem z al. Unii. Dzięki niemu łatwiej było dogadać się z działaczami i przekonać ich do transferu. Wtedy zawodnik był w klubie cale życie, nie było kontraktów. Jeśli nie chcieli cię puścić, to nic na to nie mogłeś poradzić - wspomina Gapiński.

Jak podłożyliśmy się ŁKS w derbach - ujawnia legenda Widzewa

Jan Jeżewski, wtedy ełkaesiak (ale w meczu zagrać nie mógł za czerwoną kartkę we wcześniejszym spotkaniu), który dopiero później przeniósł się do Widzewa: - Przed meczem niemal wszyscy mówili, że jesteśmy faworytem i nie będziemy mieli problemów ze zwycięstwem. Ale zapewniam, że my wcale tak nie myśleliśmy. Pamiętaliśmy, że w rozgrywanych niewiele wcześniej sparingach Widzew zawsze wygrywał, więc podchodziliśmy do rywala z dużym respektem. Tak naprawdę baliśmy się tego meczu.

Derby Łodzi nie miały wtedy takiej renomy jak dziś, rozgrywane były dopiero po raz trzeci. W 1948 r. ŁKS wygrał 6:1 i 6:2. Gazety niewiele o nich pisały. 6 sierpnia 1975 r. "Głos Robotniczy" na pierwszej stronie przypominał: "Czas siać rzepak i przygotować pola pod oziminę". Pisał też m.in. o ataku Izraela na Liban, o tym, że NATO i CIA rzekomo zorganizowały zamach stanu w Grecji w 1967 r., a Szurkowski wygrał kolejny wyścig. O meczu była tylko krótka informacja w dziale sportowym, napisana bez emocji. "Nie wdając się w ocenę szans obu drużyn, informujemy tylko, że zespoły wystąpić mają w takich samych składach, w jakich grały w niedzielę". I niewiele więcej.

Na mecz przyszły jednak tłumy. "Około 35 tys. widzów przybyło na stadion przy al. Unii oglądać łódzkie derby piłkarskie. Trudno ustalić dokładnie, ale chyba padł rekord frekwencji. Na kwadrans przed meczem poniektórzy kibice wprost błagali o bilety..." - pisał na sporcie "Express Ilustrowany".

- Wówczas nie było żadnych podziałów między nimi. Wszyscy siedzieli na trybunach razem - wspomina Gapiński.

Relacje między piłkarzami też były inne niż dziś. Marek Dziuba, wtedy ŁKS: - Podczas meczu byliśmy przeciwnikami, ale po - kolegami. Często spotykaliśmy się poza boiskiem, chodziliśmy do tej samej sauny w hali sportowej i tam siłą rzeczy się spotykaliśmy. Czasem zostawaliśmy na piwku. Oczywiście nie całe drużyny, ale grupki spotykały się ze sobą. Jedno piwko jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Może to wynikało z tego, że w jednej i drugiej drużynie przeważali rodowici łodzianie?

Andrzej Grębosz z Widzewa: - W derbach zawsze była ostra walka, nie oszczędzaliśmy ani siebie, ani rywala. Ale po meczu żyliśmy w bardzo dobrych relacjach. Byłem nawet świadkiem na ślubie Janka Tomaszewskiego.

Zakład o szampana

Bramkarz ŁKS-u był jednym z bohaterów tamtych derbów. Przed rzutem karnym założył się z Tadeuszem Błachno, że napastnik Widzewa go nie pokona. Stawka - butelka szampana . Gapiński: - Podeszli do siebie, uścisnęli dłonie. Kibice byli w szoku, bo nie wiedzieli, co się dzieje.

Jan Tomaszewski zaczyna posłowanie od... donosu na Franciszka Smudę

Jeżewski: - Tomaszewski zawsze lubił takie psychologiczne zagrania. Ten karny był tego najlepszym przykładem, Myślał, że jak się założy z Błachną, to ten tak się zestresuje, że nie trafi w bramkę. Wiadomo, że jeżeli bramkarz nie obroni karnego, to nic wielkiego się nie stanie. Ale jak strzelec się pomyli, jest antybohaterem.

Błachno wygrał szampana. Wcześniej jednak Jan Mszyca zdobył gola dla ŁKS-u. "Mecz rozpoczął się dość pechowo dla beniaminka, gdyż już w pierwszej minucie stracił on bramkę zawinioną przez obrońców. Mszyca wykorzystał kiks obrony Widzewa i nie dał żadnych szans obrony Burzyńskiemu. Wydawało się, że ŁKS odniesie pewne zwycięstwo" - relacjonował "Głos Robotniczy".

Zbigniew Boniek o pośle Tomaszewskim: Rządzić nie umie, ale...

Jeżewski: - Oglądałem mecz z trybun i z góry było widać, że wyraźnie lepszym zespołem był Widzew, chłopaki grali jak prawdziwa drużyna. W drugiej połowie mieli sporą przewagę, ale najpierw to my mogliśmy podwyższyć na 2:0. Kto wie, jak skończyłby się mecz, gdyby Grzywacz wykorzystał bardzo dobrą sytuację.

Ale Widzew wyrównał, właśnie za sprawą Błachny i słynnego karnego. "Głos Robotniczy": "Mało brakowało, aby w następnych dwóch minutach Widzew nie zdobył drugiej bramki. Najpierw Benkes strzelił silnie obok słupka, a w 76. min po pięknej główce Dawida bramkarz ŁKS z najwyższym trudem wybił piłkę na róg".

Ale przyszła 85. min. "Błachno strzelił silnie z ok. 20 metrów, i piłka - po odbiciu się od nogi Polaka - rykoszetem wpadła do siatki obok zdezorientowanego bramkarza ŁKS. Mimo rozpaczliwych, ale chaotycznych ataków gospodarzy wynik już nie uległ zmianie" - relacjonował "Express Ilustrowany", tytułując relację: "Premia dla beniaminka za ambicję i konsekwencję". I dodając w komentarzu: "Sukces widzewiaków jest niewątpliwy i trzeba przyznać - w pełni zasłużony. Walczyli oni z większą konsekwencją i wykazali więcej sprytu w organizowaniu akcji zaczepnych".

Z dzielnicy do Europy

Gapiński: - To była ogromna sensacja, bo wcześniej o Widzewie mówiło się, że to zbieranina piłkarzy i dzielnicowy klub. Od tego meczu, a było to nasze drugie spotkanie w I lidze, wszyscy zaczęli nas szanować.

Trener Leszek Jezierski w "Expressie Ilustrowanym": - Jestem zadowolony z ambitnej gry widzewiaków. Nie załamali się po utracie bramki, walczyli do końca ofiarnie. Wyróżniam Burzyńskiego, Dawida i Janasa.

Na kolejne zwycięstwo jego drużyna czekała aż do dziewiątej kolejki. Od czwartej grał w niej już Zbigniew Boniek, młody chudy chłopak z rudymi włosami, który w przyszłości miał się stać największą gwiazdą drużyny. W derbach nie mógł wystąpić, bo działacze nie dogadali się jeszcze z Zawiszą Bydgoszcz.

Ale zagrał w rewanżu. Strzelił gola, po jednym dołożyli Henryk Dawid i Możejko. Widzew wygrał z ŁKS-em 3:0, ale to już nie była żadna niespodzianka.

Jeżewski: - Przed tym sezonem przejście do Widzewa było krokiem w tył. Później dla każdego był to wielki awans.

Drużyna skończyła rozgrywki na piątym miejscu, w kolejnym sezonie wywalczyła wicemistrzostwo Polski i awansowała do pucharów. Widzewiacy dopiero mieli zadziwić piłkarską Europę...

6 sierpnia 1975

ŁKS - Widzew 1:2 (1:0)

Bramki: Mszyca (2.) - Błachno (73., z rzutu karnego, 86.)

ŁKS: Tomaszewski - Dziuba, Bulzacki, M. Smolarek, Polak - Mszyca, Drozdowski, Ostalczyk - Grzywacz (75. Maćkowiak), Milczarski, Galant.

Widzew: Burzyński - Kubicki, Janas, Chodakowski, Możejko - Błachno, Pyrdoł, Kostrzewiński, Dawid - Grębosz (57. Benkes), Gapiński.

Widzów: ok. 35 tys.

Wirtualne derby Łodzi: Lepszy Widzew czy ŁKS? Oceń sam!