Wielkie kłopoty siatkarek Budowlanych. "Zmniejszyliśmy budżet do minimum"

- Reakcja siatkarek, kiedy dowiedziały się o zmniejszeniu kontraktów, była zaskakująca. Zapytały jak mogą pomóc? - mówi Marcin Chudzik, prezes Budowlanych Łódź
POLECAMY! Skandal! Walka Mariusza Pudzianowskiego z Jamesem Thompsonem anulowana!

Rozmowa z Marcinem Chudzikiem

Damian Bąbol: Siatkarki Budowlanych przegrały kolejny mecz, ale to chyba nie jest największe zmartwienie. Coraz głośniej mówi się o problemach finansowych klubu.

Marcin Chudzik: Rzeczywiście, mamy kłopoty. Nie zamierzam tego ukrywać. Poprzedni sezon zakończyliśmy z dużą stratą w budżecie. Ponieśliśmy wielkie koszty związanych z występami w Lidze Mistrzyń. Dramatyczna sytuacja zaczęła się na początku tych rozgrywek, kiedy Organika zmniejszyła finansowanie. Do dziś nie udało nam się pozyskać nowego sponsora tytularnego. Poza tym dużo mniejszych sponsorów ograniczyło wydatki na drużynę.

Dlaczego nikt nie chce sponsorować siatkówki w Łodzi?

- Cały czas rozmawiamy z kilkoma firmami. Niestety, negocjacje się przeciągają. Tłumaczą, że jest kryzys.

Wcześniej było łatwiej?

- Wszyscy nasi sponsorzy, z którymi mamy podpisane umowy, to wynik dobrej woli ludzi i firm z regionu łódzkiego. Brakuje nam jednak większego wsparcia, takiego strategicznego inwestora, który pomógłby nam stanąć na nogi. Taki komfort mają kluby wspierane przez wielkie koncerny i spółki skarbu państwa. One mają kilka razy większy budżet. Myślę o Atomie Trefl Sopot czy Muszyniance. Obie wydają ponad 10 mln zł w sezonie. My mamy problemy ze znalezieniem trzech milionów. Cały czas jednak jestem optymistą. Wierzę, że w końcu dla Łodzi nadejdzie dobry czas. Szkoda byłoby zmarnować taki potencjał. Przecież nasze miasto ma najwięcej drużyn w najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce.

I za chwilę możemy nie mieć żadnej. Nie wiadomo co będzie z ŁKS, a w Widzewie też się nie przelewa. Od kilku miesięcy piłkarze nie otrzymują pensji i zanosi się na zimową wyprzedaż.

- Dlatego uważam, że dużą rolę mają teraz do odegrania władze miasta. Doskonale zdaję sobie sprawę, że budżet Łodzi nie jest z gumy i nie jest w stanie utrzymać wszystkich klubów. Zależy mi jednak na tym, aby zaangażowało się w pomoc przy szukaniu sponsorów i wsparcia dla nas. By zachęciło nowych inwestorów, żeby otworzyli się także na sport. To właśnie zostało zaprzepaszczone wiele lat temu, kiedy Łodzią rządził Jerzy Kropiwnicki i sport był dla niego obojętny. Za jego czasów trafiło do nas wiele wielkich koncernów, m.in. Indesit, Siemens, Gillette czy Dell. Żaden z nich jednak nie przeznaczył poważnych pieniędzy na sport. I to był największy błąd, którego konsekwencje odczuwamy do tej pory. Na szczęście pani prezydent Hanna Zdanowska zaangażowała się w pomoc i mam nadzieję, że niedługo będą tego pozytywne efekty.

W urzędzie miasta słyszymy narzekania, że Budowlani nie płacą za korzystanie z hali przy ul. Skorupki.

- Odnoszę wrażenie, że radni z komisji sportu zajmują się tylko tym, że kluby zalegają z opłatami za obiekty. Ale to jeszcze przez długi czas się nie zmieni. Nie jestem w stanie płacić za halę, kiedy nie mamy pieniędzy na autokar, sędziów czy pensje dla zawodniczek. Oczywiście możemy uregulować dług, ale wtedy drużyny już nie będzie. Radni powinni zrobić też coś, żeby w końcu pomóc, a nie tylko przeszkadzać. W Bydgoszczy kluby korzystają z hali Łuczniczka za symboliczną złotówkę. Podpisaliśmy jednak z MOSiR układ ratalny i spłaciliśmy ubiegłoroczne zadłużenie. Ale w tym roku rzeczywiście mamy zaległosci.

Jak bardzo jest zła sytuacja finansowa w Budowlanych? Zalega pan z wypłatami?

- Niestety, tak. Musiałem zmniejszyć budżet do minimum. Byliśmy zmuszeni do renegocjowania kontraktów z siatkarkami. Mają zmniejszone umowy, ale i tak nie dostały jeszcze pensji za październik i listopad. Tych zaległości nie jest jeszcze dużo, ale na pewno dla nikogo nie jest to komfortowa sytuacja.

Jak siatkarki na to zareagowały?

- Pierwsza ich reakcja była zaskakująca, bo zapytały jak mogą pomóc? Niektóre z nich jak Asia Mirek czy Dominika Golec aktywnie zaangażowały się w poszukiwanie pomocy dla klubu. Z drużyną przeprowadziłem poważną rozmowę. Nie było mowy o żadnym strajku czy buncie, jak często się zdarza w przypadku piłkarzy. Wiem jednak, że to nie może jednak trwać w nieskończoność. Najważniejsze jest to, żebyśmy mieli jakąś perspektywę na przyszłość. Na razie takiej nie ma.

Rozmawiam z międzynarodowym koncernem i do końca roku mam mieć odpowiedź. Liczę też na naszych nowych polityków i senatorów, aby pomogli znaleźć wsparcie w Warszawie.

To prawda, że namawiał pan Biedronkę do sponsorowania Budowlanych?

- Tak. Byłem blisko porozumienia firmą Jeronimo Martins, właścicielem sieci sklepów. Był nawet pomysł, żeby drużyna grała w czerwonych koszulkach w ciemne kropki. Ostatecznie do finalizacji nie doszło. Portugalczycy zaangażowali się w piłkę nożną i reprezentację Polski.

Podobno myślał pan o wycofaniu drużyny z rozgrywek...

- Na posiedzeniu rady nadzorczej był rozważany ten temat. Poprzedni sezon zakończyliśmy z dużą stratą, więc zgodnie z kodeksem spółek mogliśmy ogłosić upadłość. Powiedziałem, że nie po to przez pięć lat budowaliśmy siatkówkę, żeby teraz to wszystko zburzyć. Jakbyśmy to zrobili, to jestem pewien, że przez następne 20 lat w Łodzi nie będzie siatkówki na najwyższym poziomie. Ostatni mecz z Atomem, na którym było 3 tys. kibiców, czy dwa pojedynki z MKS Dąbrowa Górnicza, gdzie było 17 tys. ludzi, pokazał, że warto inwestować w łódzką siatkówkę. Wierzę jednak, że dzięki wspólnym zaangażowaniu uratujemy tę drużynę. W poprzednim sezonie mieliśmy 18 transmisji telewizyjnych na żywo, czyli około 36 godzin plus retransmisje. To naprawdę jest najtańsza reklama.

A może przed sezonem podpisał pan kontrakty ze zbyt drogimi zawodniczki np. z Aną Grbac?

- Nasz budżet przeznaczony na pensje jest jeden z najmniejszych, o ile nie najmniejszy w PlusLidze. Nie szalałem z kontraktami. Przy małym budżecie udało nam się stworzyć ciekawą kadrę. Poza tym tak jak mówiłem dziewczyny zgodziły się na obniżenie swoich zarobków.

Nie myślał pan o tym, żeby po prostu dać sobie z tym wszystkim spokój i zająć się czymś innym?

- Myślałem i to wiele razy. Kiedy z każdej strony są podstawiane przeszkody, to człowiek się w końcu zastanawia dla kogo to wszystko robi się, poświęca praktycznie całe życie i nic tak naprawdę z tego nie ma. To jest jednak moja wielka pasja, całkowicie się temu oddałem. Nie chciałbym się z tym rozstawać.

Co będzie dalej?

- Na 12 grudnia zostało zaplanowane spotkanie z przedstawicielami biznesu z województwa łódzkiego i wierzę, że przyniesie coś pozytywnego. Bez przełomowych zmian i wsparcia nie damy rady dłużej tego ciągnąć.

POLECAMY! Najlepsze i najgorsze transfery w Widzewie i ŁKS. Kto zachwycił, a kto zawiódł