Sport.pl

Marek Saganowski: Możemy być czarnym koniem Euro, napędzanym przez trio z Borussii

- Jestem optymistą i głęboko wierzę w naszą reprezentację.Damy radę i zagramy w ćwierćfinale - mówi napastnik ŁKS-u, były reprezentant Polski
Rozmowa z Markiem Saganowskim

Damian Bąbol: Czeka pan spokojnie na rozpoczęcie Euro czy denerwuje się pan?

Marek Saganowski: Z niecierpliwością odliczam dni do rozpoczęcia turnieju. Jestem bardzo ciekawy postawy reprezentacji i całej tej imprezy. To przecież największe sportowe wydarzenie w naszej historii.

Zgadza się pan z opinią, że jest to najsilniejsza reprezentacja Polski w XXI wieku?

- Wszystko zweryfikują mistrzostwa, a szczególnie mecze grupowe. Na papierze ta kadra na pewno jest bardzo silna. Pięciu, sześciu zawodników regularnie występuje w czołowych klubach, w których zresztą odgrywają znaczącą rolę. Nie zapominajmy jednak, że reprezentacje prowadzone przez Jerzego Engela, Pawła Janasa i Leo Beenhakkera same wywalczyły awanse do wielkich turniejów, a kadra Franciszka Smudy skorzystała z przywileju gospodarza.

Często wraca pan do turnieju sprzed czterech lat. Był pan wtedy podstawowym graczem i zaliczył asystę przy jedynym golu?

- Tak, często wracam myślami do tamtych chwil. Doskonale pamiętam sytuację z meczu z Austrią, zresztą tak jak wszystkie szczegóły tamtego spotkania. To był jeden z fajniejszych momentów w mojej karierze. Dla reprezentacji to były przegrane mistrzostwa, ale dla mnie wcale nie nieudane. W spotkaniu z Niemcami zagrałem 20 minut, a w dwóch następnych - z Austrią i Chorwacją - wyszedłem na boisku w podstawowym składzie. Grałem na skrzydle, zastępując kontuzjowanego Błaszczykowskiego.

Nazwisko Howarda Webba wciąż wywołuje u pana drgawki?

- Już nie (śmiech ). Ale przyznaję, że po zakończeniu meczu z Austrią czułem się ogromnie rozgoryczony. W ostatniej minucie straciliśmy bramkę, która zabrała nam marzenia o wyjściu z grupy. Oczywiście w pierwszej połowie graliśmy słabo i mogliśmy stracić dwa gole. Nikt wtedy nie miałby pretensji do sędziego. Ale stracona bramka w tak dramatycznych okolicznościach była niezwykle bolesna. Według mnie sędzia wcale nie musiał dyktować rzutu karnego. Stało się jednak inaczej... Trudno nawet teraz wyrazić, jak wielki żal wtedy czułem. Ten remis ściął nam głowy i totalnie już rozbici podeszliśmy do trzeciego meczu z Chorwacją [0:1 - przyp. red.]. Co ciekawe, przed pojedynkiem z Austriakami cieszyliśmy się, że został wyznaczony arbiter z Anglii. Spodziewaliśmy się, że pozwoli na większą walkę. Skończyło się fatalnie...

Teraz trafiliśmy do teoretycznie najłatwiejszej grupy...

- To tylko teoretycznie słaba grupa. Przypominam tylko, że wszystkie reprezentacje, z którymi się zmierzymy, w ciężkich bojach triumfowały w eliminacjach. W przeciwieństwie do nas przez ostatnie dwa lata grały regularnie w spotkaniach o stawkę. Poza tym wszystkie ekipy mają większe od nas doświadczenie, jeśli chodzi o występy w prestiżowych turniejach.

Czyli nie mamy szans?

- Tego nie powiedziałem. Jestem optymistą i głęboko wierzę w naszą reprezentację. Damy radę i zagramy w ćwierćfinale. Później już nie jestem w stanie przewidzieć, co się stanie. Patrzę też na to przez pryzmat historii. Uważam, że możemy być czarnym koniem tych mistrzostw, napędzanym przez trójkę zawodników z Borussii Dortmund. Oni będą nadawać ton naszej grze.

Brakuje panu jakiegoś zawodnika w kadrze?

- Może tylko Arkadiusza Piecha, który najbardziej wyróżniał się w naszej ekstraklasie. Uważam, że przynajmniej zasłużył na powołanie na zgrupowanie. Jeśli chodzi o pozostałych, to chyba żadnych wątpliwości nie ma. Nie było takich kontrowersji jak w przypadku powołań poprzednich selekcjonerów: Engela i Janasa. Trener Smuda wziął całą odpowiedzialność na siebie. Jeśli osiągnie sukces, to zamknie usta krytykom. Jeśli przegra, będzie się tłumaczył z błędów.

Przeszkadza panu obecność w kadrze Sebastiana Boenischa, Damiena Perquisa, Eugena Polanskiego czy Ludovica Obraniaka?

- Absolutnie nie. Reprezentacje na całym świecie szukają zawodników, którzy mają pochodzenie z tego samego kraju. Nikt przecież nie łamie prawa. Poza tym wtorkowa konferencja prasowa z udziałem Obraniaka, na której wypowiadał się po polsku, pokazała, że bardzo się stara i chce się uczyć naszego języka. Posługuje się nim zdecydowanie lepiej niż w czasie, kiedy jeszcze bywałem z nim w kadrze. Trzeba dać mu szansę, podobnie jak pozostałym.

Robert Lewandowski może zostać gwiazdą tych mistrzostw?

- Jestem przekonany, że tak. Zresztą już jest gwiazdą światowego formatu. Jeśli tylko potwierdzi swoją znakomitą formę z Bundesligi, to będziemy świadkami prawdziwej batalii, jaką stoczą o niego największe europejskie kluby. Aby tak się stało, musi się też do niego dołożyć gra całej drużyny. Spokojnie poradzi sobie z presją. Znam go na tyle, że jestem tego pewien.

Więcej o: