Stanisław Jaszczak, były trener Adama Kszczota: - Czy mam problemy z alkoholem? Żaden trener nie jest święty

- Słyszałem od Adama, że przeze mnie harował jak koń, że w ogóle za ciężko pracował. Mam o to żal do niego - mówi Stanisław Jaszczak, trener RKS Łódź.
Rozmowa ze Stanisławem Jaszczakiem, byłym trenerem Adama Kszczota, łódzkiego 800-metrowca, rekordzisty Polski w hali

Damian Bąbol: Dlaczego nie jest już pan trenerem Adama Kszczota?

Stanisław Jaszczak: W tej sprawie pewnie Adam ma więcej do powiedzenia. Z mojej strony chcę powiedzieć tylko jedno: to Adam mnie zostawił, a nie ja jego. Miał m.in. obiekcje do mojego życia prywatnego, ale głównym powodem jego decyzji był słaby występ w półfinałowym biegu igrzysk olimpijskich. To miało największy wpływ. Od czterech lat przywoził medale z najważniejszych imprez, a w tym mu się nie udało i postanowił zakończyć ze mną współpracę.

Według Kszczota źle przygotował go pan do igrzysk.

- Też już słyszałem, że harował jak koń, że w ogóle za ciężko pracował... Mam o to żal do niego. Powiem tylko tyle, że ze Zbigniewem Królem, obecnym trenerem Adama, spotykaliśmy się na zgrupowaniach i jakoś nie zauważyłem, żeby jego treningi były lżejsze. Naprawdę, życzę mu, żeby od teraz lżej trenował i uzyskał czas w granicach 1 minuty i 42 sekund, do którego dąży.

Nie ustalał pan z Adamem Kszczotem planów treningów?

- Oczywiście, że ustalałem. Zgadzał się na taki plan przygotowawczy. Wspólnie staraliśmy się, tak go przygotować, aby był w stanie pobić rekord Polski [1:43,78 s - przyp. red]. Dążył do tego celu, a ja mu w tym pomagałem. Teraz odnoszę wrażenie, że całą winę próbuje zrzucić na mnie. Jeśli Adam uważa, że na igrzyskach olimpijskich nie popełnił żadnego błędu, to się z tym nie mogę zgodzić. Przed półfinałem powtarzałem mu, żeby po 400 metrach był czwarty, ale Adaś zrobił wszystko po swojemu, no nie wyszło. Później opowiadał, że taktycznie wszystko rozegrał znakomicie. A według wielu ekspertów, z którymi się zgadzam, już po jego starcie było wiadomo, że nic z tego nie będzie. Zaczął co najmniej tak, jakby był Davidem Rudishą [złotym medalistą olimpijskim - przyp. red]. Ale co ja będę więcej mówił... Dla Adama i tak to ja będę głównym winnym jego porażki...

Pojawiły się głosy, że ma pan problemy z alkoholem.

- Żaden trener w Polsce pod tym względem nie jest święty i ze mną jest tak samo. To nie miało jednak żadnego wpływu na naszą współpracę. Teraz Adam może mi to wypominać, bo nie osiągnął celu. Po mistrzostwach Europy w piłce nożnej było podobnie. Nasi piłkarze też całą winę zrzucili na Franciszka Smudę.

Mimo słabego wyniku w Londynie, to był dobry rok w wykonaniu Adama Kszczota.

- Pewnie, że tak. Wygrał mityngi w Ostrawie, Hengelo, Diamentową Ligę w Londynie, zwyciężył też w Szczecinie. To był naprawdę dobry rok dla niego. Adama jednak interesowało tylko zdobycie medalu na igrzyskach i pobicie rekordu Polski. Kiedyś ktoś się mnie zapytał, czy Adam potrzebuje psychologa. Odmówiłem, bo wydawało mi się, że jest silnym zawodnikiem. Chyba jednak nie do końca...

Dalej będziecie znajomymi?

- Kiedy oficjalnie okazało się, że Adam ma nowego trenera, spotkaliśmy się, ale już się ze mną nie przywitał. Ja dalej pracuję, on wciąż jest zawodnikiem RKS-u Łódź. Jeszcze raz powtarzam: ja nigdy z niego zrezygnowałem. To on mnie zostawił. Teraz skupiam się na swojej pracy. Mam następnych ludzi. Trenuję trzech młodzieżowców i chciałbym ich przygotować do igrzysk w Rio de Janeiro.