17-letni Jerzy Janowicz w pierwszym wywiadzie dla Sport.pl: "Jak trochę zarobię, to polepszam sobie komputer i kupuję nowe gry"

W 2008 r. 17-letni wówczas Jerzy Janowicz udzielił pierwszego wywiadu portalowi Sport.pl. Oto co mówił nam łódzki tenisista, który dopiero zaczynał wspinaczkę na szczyt popularności.
Janowicz odnosił wtedy sukcesy na turniejach juniorskich. Doszedł do finału US Open oraz do ćwierćfinału Australian Open. Był wtedy zawodnikiem AZS Łódź, obecnie reprezentuje klub MKT. Rozmowa została przeprowadzona w lutym 2008 r.

Damian Bąbol: Mówi się, że tenis to sport dla bogatych. Zgadzasz się z tym?

Jerzy Janowicz: - Jeśli zawodnik chce się liczyć w świecie, to musi wyjeżdżać na zagraniczne zawody. A to niestety sporo kosztuje. Ale z drugiej strony, jeśli ktoś nie zamierza grać w tenisa profesjonalnie, to wcale nie jest tak drogo. Na pewno trzeba kupić sprzęt, który jest najdroższy.

Jakie warunki do uprawiania tenisa są w Łodzi?

- To olbrzymia przepaść w porównaniu z innymi miastami na świecie. Zresztą w całej Polsce nie jest najlepiej. Ale mam nadzieję, że mimo trudności będę pierwszym od dawna tenisistą z Polski, który na przekór wszystkim problemom wybije się i będzie osiągał sukcesy.

Jak wygląda twój dzień treningowy?

- W okresie przygotowawczym codziennie mam zajęcia ogólnorozwojowe i oczywiście gram w tenisa. Natomiast w okresie startowym to zwykle rozruch dwa razy w tygodniu i zajęcia z rakietą dwa razy dziennie. Wtedy najważniejsze jest, by jak najwięcej grać.

Będziesz dalej grał w Łodzi? Czy może jednak zamierzasz wyjechać i grać w innym mieście?

- Zostaję w Łodzi i na pewno będę tutaj trenował przez najbliższy rok. Miałem propozycję przenosin do innych miast, ale warunki w AZS, gdzie trenuję, zdecydowanie się polepszyły. Teraz wszystko jest podporządkowane przygotowaniom do najbliższych startów.

O tobie będzie kiedyś głośno?

- Tego nie da się zaplanować. Ale wierzę, że za dwa, trzy lata uda mi się odnieść podobny sukces jak Agnieszka Radwańska, która doszła do ćwierćfinału Australian Open. Moja pewność siebie po ostatnim zwycięstwie z Nicolasem Mahutem [Francuz zajmował 45 miejsce w rankingu ATP - przyp. red.] jest zdecydowanie większa.

Biorąc udział w turniejach masz czas, by zwiedzić miasta, w których są rozgrywane?

- Wszystko zależy od tego, gdzie znajduje się hotel. Na przykład w Nowym Jorku był blisko centrum i dzięki temu mogłem zobaczyć Manhattan. W Australii nocowałem w ośrodku znajdującym się na obrzeżach miasta i nie miałem czasu, aby pojechać do Melbourne i pozwiedzać.

A spotykałeś tam wielkie tenisowe gwiazdy, miałeś okazję z nimi porozmawiać?

- Ci najlepsi nie mieszkają z juniorami. Ale trenujemy na tych samych obiektach, spotykamy się w restauracjach, więc się mijamy. Ale nie miałem jeszcze okazji z kimś pogadać.

Kto jest twoim idolem?

- Zdecydowanie Roger Federer. Gra przepięknie. Marzę, żeby kiedyś prezentować taki poziom jak on. A poza tym wiem, że spoko z niego gość.

Federer nie jest tak wysoki jak ty. Daje ci to przewagę nad rywalami?

- Na pewno pomaga mi przy serwisie. Na turnieju we Wrocławiu zaserwowałem z prędkością 219 km/h. Jak na siedemnastolatka, to fantastyczny wynik. Cieszy mnie też to, że przy takim wzroście jestem sprawny fizycznie. Inni równie wysocy zawodnicy wyglądają pod tym względem gorzej.

Jakie są twoje najbliższe cele?

- Bardzo bym chciał zwyciężyć w jakimś wielkoszlemowym turnieju juniorskim. I awansować do pierwszej sześćsetki w rankingu seniorów [na razie zajmuje 931. miejsce - przyp. red.].

A co z nauką? Chodzisz do szkoły?

- Jestem uczniem Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Często wyjeżdżam, ale nauczyciele są wyrozumiali i bardzo mi pomagają. Cieszę się, że zaliczyłem semestr i teraz mogę się skupić tylko na tenisie.

Za rok będziesz zdawać maturę. Czy to znaczy, że teraz więcej czasu poświęcisz na naukę?

- Na pierwszym miejscu jest tenis. I tak samo będzie za rok. Na razie więc o maturze nie myślę. Zobaczymy też, w ilu turniejach wezmę udział w przyszłym roku. Jeśli jakieś zawody odbywać się będą w tym samym czasie co egzaminy, to po prostu podejdę do nich w innym terminie.

Jak na twoje sukcesy reagują znajomi i przyjaciele? Czujesz się gwiazdą?

- Zaraz, zaraz, nie jestem żadną gwiazdą. Może najwyżej małą gwiazdeczką (śmiech). Niektórzy zazdroszczą i po prostu z nimi nie rozmawiam. Mam swoją paczkę przyjaciół, z którymi trzymam się od dawna, od czasu, kiedy gazety o mnie nie pisały.

Masz w ogóle czas na imprezy?

- Po zakończeniu sezonu mam dwa tygodnie wolnego. Wtedy spotykam się ze znajomymi i ruszamy w miasto. Ale w trakcie sezonu, czyli przez około dziesięć miesięcy, nie mogę sobie pozwolić na takie przyjemności.

Na jakie dziewczyny zwracasz uwagę?

- (śmiech) Na najładniejsze. A tak na poważnie to dziewczyna, która ma cudowny charakter, ale jest trochę brzydsza, też może mi się spodobać. Jak jest śliczna i głupia, to w sumie też.

Czołowi tenisiści zarabiają krocie. To dla ciebie ważne?

- Pewnie, że pieniądze się liczą, ale nie są w tej chwili najważniejsze. Traktuję je jako nagrodę za bardzo ciężką pracę. Na razie nie planuję nawet kupna samochodu. Jak trochę zarobię, to polepszam sobie komputer i kupuję nowe gry. Na razie moim priorytetem są punkty rankingowe.

Jest jeszcze jakaś dyscyplina sportu, którą chciałbyś uprawiać?

- Skoki na rowerze i w ogóle sporty ekstremalne. Bardzo lubię też grać w tenisa stołowego i w bilard. Zdecydowanie wolę jednak sporty indywidualne od drużynowych. Taki już ze mnie indywidualista.



Więcej o: