Jerzy Janowicz - gigant, który nie wstydzi się łez [REPORTAŻ]

Jeśli uważasz, że Roger Federer przez najbliższe cztery lata będzie wytrzymywał bombardowania takich zawodników jak Janowicz, to pewnie wierzysz też w to, że Księżyc jest zrobiony z sera
1 listopada 2012 r. Tego dnia na świecie działy się niezwykłe rzeczy. Mitt Romney, republikański kandydat na prezydenta USA i zadeklarowany mormon, w rozgłośni radiowej Who-AM w Iowa prorokował o rychłym objawieniu się Chrystusa na Górze Oliwnej. Mesjasz przez następne tysiąc lat będzie rządził światem z Jerozolimy oraz... z Missouri.

Na Uniwersytecie Południowej Kalifornii w Los Angeles doszło do strzelaniny podczas zabawy Halloween. W Madrycie trzy kobiety zginęły na imprezie z okazji święta dyń, wampirów i demonów.

Tego dnia rzadko spotykane zjawisko odnotowano także przy 8 Boulevard de Bercy w Paryżu. W słynnej 17-tysięcznej hali, w której w przeszłości publiczność rozgrzewały m.in. U2, The Rolling Stones, Deep Purple, Guns N' Roses czy Red Hot Chilli Peppers, swój koncert życia rozegrał Jerzy Janowicz. Łodzianin, 21 lat, 203 cm wzrostu; był wówczas 69. w światowym rankingu tenisistów ATP. Po zaciętym pojedynku pokonał Szkota Andy'ego Murraya, guru brytyjskiego tenisa, mistrza olimpijskiego, trzecią rakietę świata!

To pierwszy tak znaczący triumf nad Wielką Brytanią od 39 lat, czyli legendarnego zwycięskiego remisu orłów Kazimierza Górskiego na Wembley.

Janowicz stał się medialną gwiazdą. To szaleństwo przypominało euforię, jaka panowała w Polsce 11 lat temu. Wtedy mało znany Adam Małysz nagle zaczął zwycięsko fruwać w Turnieju Czterech Skoczni. Taki festiwal radości był nam potrzebny.

Po klęsce reprezentacji prowadzonej przez Franciszka Smudę na mistrzostwach Europy, kolejnej edycji Ligi Mistrzów bez polskiej drużyny, mizernym dorobku medalowym na igrzyskach w Londynie i bolesnych rozczarowaniach związanych z występem siatkarzy, pływaków, lekkoatletów i Agnieszki Radwańskiej, zaczęliśmy popadać w coraz głębszą sportową depresję. Tęsknota za wielkim wynikiem udzieliła się do tego stopnia, że remis z najsłabszą od lat Anglią na Stadionie Narodowym ogłosiliśmy osiągnięciem co najmniej równym awansu na mundial do Brazylii, od którego wciąż dzieli nas daleka droga.

I nagle w ciągu kilku dni wyrosła nam gwiazda wielkiego formatu. Gwiazda, którą możemy już stawiać obok Radwańskiej, Marcina Gortata, Roberta Kubicy, Tomasza Adamka i Roberta Lewandowskiego, czyli przedstawicieli dyscyplin, w których zarabia się wielkie pieniądze i zdobywa prawdziwą sławę.

Ciekawe, kiedy zakończy karierę Roger Federer

Drugi set: 5:4 i 40:30. Piłka meczowa dla Murraya...

Szkot serwuje w siatkę. Zdenerwowany Jerzyk wyciera ręką spocone czoło. Jest maksymalnie skoncentrowany. Najmniejszy błąd eliminuje go z turnieju. Rywal już nie psuje podania. Łodzianin uderza z bekhendu, Murray odpowiada tym samym. Bombardują się po przekątnej. Brytyjczyk mocnym uderzeniem bije po prostej. Janowicz na pełnym wykroku sięga piłkę i przebija. Murray uderza w aut. Wściekły wybija piłkę w trybuny.

Drugi set: 5:5 i 30:30. Serwuje Janowicz.

Kolejne atomowe uderzenie (przekraczające 230 km/godz.). Murray goni piłkę i znika z pola kamery telewizyjnej. Za chwilę się pojawia. Ze spuszczoną głową.

Drugi set: 6:6. 5:4. Serwuje Murray.

Kolejna emocjonująca wymiana. Po mocnym forhendzie Janowicza wyrzuconego Murraya znowu nie widać w kamerze, biega gdzieś przy trybunach, ale dochodzi do piłki. Przy kolejnej bombie mistrz olimpijski jest bez szans. Z podziwem ocenia akcję Janowicza. Pokazuje mu kciuk do góry i swoją klasę.

Trzeci set: 5:2 Piłka meczowa dla Janowicza.

Łodzianin serwuje. Zrezygnowany Murray niedbale już odbiera piłkę. Bezlitosnym forhendem wykorzystuje to Janowicz. To koniec. Jerzyk pada na kort. Płacząc trzyma się za głowę. Z trudem opanowuje oddech. Przegrany Murray czeka na niego przy siatce. Do Janowicza nie odezwie się ani słowem.

Wzruszająca radość Janowicza zrobiła piorunujące wrażenie na Guyu Forgecie, dyrektorze turnieju BNP Paribas Masters w Paryżu. - Kiedy patrzę na tego wielkoluda, który pada na kolana i wylewa łzy, ciarki przechodzą mi plecach - mówił. Forget porównał historię łodzianina do Gustavo Kuertena. Brazylijski tenisista, który trzykrotnie wygrywał Roland Garros, właśnie od paryskiego turnieju Masters 1000 rozpoczął wspinaczkę na szczyt.

W kolejnej bitwie Janowicz rozbił w puch Serba Janko Tipsarevicia, dziewiątą rakietę świata. Finezja, porywająca mieszanka siły z techniką, kombinacyjne zagrania - to wszystko sprawiło, że najwięksi eksperci poczuli nieodpartą potrzebę poćwierkania o Polaku na Twitterze. "Jeśli on ciągle gra na takim poziomie, to w przyszłym roku będzie w pierwszej dziesiątce" - to wpis Carlosa Moyi, triumfatora French Open sprzed 14 lat.

Dyskusja o łodzianinie, skupiającym na sobie uwagę tenisowej śmietanki, rozgorzała też w brytyjskich mediach. "Ciekawe, kiedy zakończy karierę Roger Federer. Myślę, że ma przed sobą jeszcze cztery lata dobrej gry" - napisał na swoim profilu Dawid Law z BBC. "Wszyscy szanujemy Federera, ale jeśli uważasz, że on przez cztery lata będzie wytrzymywał bombardowania takich zawodników jak Janowicz, to pewnie wierzysz też w to, że Księżyc jest zrobiony z sera" - odpowiedział mu Mike Dickson, dziennikarz "Daily Mail".

To nasz polski kwiat

Mecz z Tipsareviciem. Trzeci set: 4:1. Podaje Janowicz.

As serwisowy. Tipsarević prosi o powtórkę. Na próżno, wideoweryfikacja pokazuje, że piłka otarła się o linię. Serb traci wiarę. Polak zadaje kolejny cios i następny w postaci atomowego asa. Dla zagubionego Tipsarevicia to już za wiele. Schodzi z kortu. Poddaje się i kończy mecz. Domaga się braw dla łodzianina. Janowicz eksploduje z radości. "Come oooon!!!!" - wrzeszczy ile sił w płucach.

- Co ja mogę powiedzieć o tym chłopaku z Łodzi? Z roku na rok jego talent rozwija się coraz bardziej. To nasz polski kwiat, który przepięknie rozkwitł na kortach w Paryżu - mówi w telewizji Bohdan Tomaszewski.

W półfinale Jerzyk nie dał szans Francuzowi Gillesowi Simonowi. Pokonał go w dwóch setach. Ostatni punkt w meczu zdobył swoim zaskakującym dropszotem. Tymi zagraniami doprowadzał utytułowanych rywali do szału. Mało który tenisista zdobywa się na taką odwagę, wręcz bezczelność. Dla mniej wtajemniczonych w tajniki tej gry postaram się ten ewenement wyjaśnić słowami Pawła Kaczorowskiego. Były kolarz, olimpijczyk i ekspert tenisowy określił to wyczynem porównywalnym do tego, jakby nieokrzesany debiutant nagle zaczął zakładać "siatki" takim gigantom środka pola, jak Iniesta czy Xabi Alonso i do tego strzelił gola reprezentacji Hiszpanii.

Janowicz imponował pewnością siebie, brakiem kompleksów. W Paryżu zostanie zapamiętany także z innego powodu. Po awansie do finału udzielił emocjonującego wywiadu dla telewizji Sky Sports. Towarzyszyły mu olbrzymia adrenalina i nerwy, które jeszcze nie opadły po zmaganiach na korcie. Zjadały go do tego stopnia, że prawie przez minutę nie mógł wykrztusić z siebie słowa. Był o krok od rozpłakania się na wizji. Dygotał. - Proszę wybaczyć, ale jestem fizycznie i mentalnie wyczerpany tym, co się tutaj dzieje. Uuuu... jeszcze raz przepraszam. Ciężko mi mówić - tłumaczył nieporadnie.

Na szczęście dziennikarz był wyrozumiały i nie męczył go dłużej. - Już dobrze, oszczędzaj energię. Świetna robota, chłopcze. Gratulujemy! - dodawał mu otuchy.

W ostatnim pojedynku z Davidem Ferrerem, piątym tenisistą świata, w końcu jednak musiał uznać wyższość rywala. Krytykowanie Janowicza za porażkę z Hiszpanem byłoby szczytem głupoty. Tym bardziej że rywal wycieńczonego Janowicza, był niczym Speedy Gonzalez. Praktycznie nie zatrzymywał się na korcie. Momentami widać było, że łodzianin już człapie ze zmęczenia. Podkrążone oczy też były wymowne. Trudno się dziwić. Był to już jego ósmy pojedynek w paryskiej imprezie. Startował od eliminacji. Z nadmiaru wrażeń miał problemy ze snem. Zasypiał dopiero nad ranem. Na śniadaniach i kolacjach - jak na swoje gabaryty - nakładał na talerz mikroskopijne porcje. Jak tłumaczył, jego pokarmem był tenis. - Nie muszę spać ani jeść. Gram najlepszy turniej w moim życiu i to jest najważniejsze - mówił Janowicz. Ale organizmu nie da się oszukać, zwłaszcza w sporcie na takim poziomie.

Strzelanki i dziewczyny

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z Jerzykiem. Cztery lata temu, w lutym. Był ubrany w dres, na głowie czapka z daszkiem do tyłu. Do kompletu brakowało tylko kolorowych nausznych słuchawek.

Na rozmowę przyjechał z ojcem, przez którego umawiałem się na wywiad. Już wtedy Janowicz senior niczym niepodległości chronił numeru telefonu komórkowego syna. Oprócz konferencji prasowych i turniejów starał się trzymać go z dala od dziennikarzy.

Jego obecność wcale jednak nie stresowała 17-letniego Jerzyka. Tryskał humorem i pewnością siebie. Miesiąc wcześniej po raz pierwszy wygrał z zawodnikiem z "50" - Francuzem Nicolasem Mahutem. Chwilami jego pewność mieszała się z miłą dla ucha skromnością. Gadaliśmy nie tylko o sporcie. Pytałem o naukę. Ówczesny licealista odpowiedział, że maturą nie zaprząta sobie głowy. Skupiał się tylko na tenisie. Byłem ciekaw, czy czuje się gwiazdą. Odparł ze śmiechem, że co najwyżej małą gwiazdeczką. - Niektórzy zazdroszczą i po prostu z nimi nie rozmawiam. Mam swoją paczkę przyjaciół, z którymi trzymam się od dawna - opowiadał.

Kiedy zagadałem o dziewczyny, powiedział, że zwraca uwagę na najładniejsze, ale nawet w nieco brzydszej, za to z cudownym charakterem, też może się zakochać. Dowiedziałem się, że za zarobione na kortach pieniądze kupił części do komputer i nowe gry. Jego ulubione to FPS, czyli strzelaniny. W wolnej chwili lubi odpalić Medal of Honor: Warfighter. Wciela się tam w postać żołnierza US Navy SEALs, wysyłanego na misje w Filipinach i Somalii.

Rozmawialiśmy o innych sportach. Janowicz ma siatkarskie geny. Jego mama Anna (z domu Szalbot) z ŁKS-em zdobyła mistrzostwo Polski. Jako jedna z pierwszych polskich zawodniczek wyjechała do zagranicznej ligi. Występowała w Turcji. Ojciec też grał w siatkówkę, ale nie zawodowo. - Gdybyśmy go pchnęli w tym kierunku, to może grałby teraz razem z Mariuszem Wlazłym. Pewnie tak by było... - mówi Janowicz senior.

Jerzyk: - Nigdy mnie nie ciągnęło do sportów drużynowych. A co bym robił, gdybym nie grał w tenisa? Skakałbym na rowerze, lubię też bilard. Taki już ze mnie indywidualista.

To jeszcze nie ten czas

Janowicz to bardzo młody tenisista. 13 listopada będzie obchodzić 22. urodziny. Wielu ekspertów już go widzi w pierwszej dziesiątce światowego rankingu, a nawet na jego czele. Twierdzą, że w jego wypadku dojście na sam szczyt to tylko kwestia czasu.

W jego wieku giganci tenisa wygrywali już wielkie szlemy. 22-letni Novak Djoković miał na koncie przegrany finał US Open oraz zwycięstwo w Australian Open. Sukcesy zaprowadziły Serba na trzecie miejsce w rankingu ATP (dziś jest liderem). Szwajcar Roger Federer i Hiszpan Rafael Nadal w wieku Janowicza wygrywali Wimbledon.

Tyle tylko, że oni mieli pieniądze. Janowicz ich nie miał i musiał rezygnować z dalekich wyjazdów na prestiżowe turnieje. M.in. do kalifornijskiego Indian Wells czy katarskiej Dauhy. Na szczęście to już przeszłość. Za dotarcie do finału w Paryżu zarobił prawie 320 tys. dolarów. W całym roku ponad 450 tys. Dla porównania Djoković zarobił w tym czasie ponad 8 milionów dolarów!

Pierwszą szansę na odegranie znaczącej roli w Wielkim Szlemie Janowicz będzie miał już na początku roku. W styczniowym Australian Open jako zawodnik z pierwszej "trzydziestki" po raz pierwszy w karierze będzie rozstawiony.

Co to oznacza? Wyłącznie korzyści. Uniknie męczących kwalifikacji, otrzyma możliwość korzystania z lepszych kortów treningowych. Dostanie nawet samochód z własnym szoferem w czasie turnieju. W końcu zasmakuje lepszego życia, do którego tak zaciekle dążył.

Do czołowej dziesiątki, o której wszyscy marzymy, Janowiczowi jeszcze trochę brakuje. Do 10. Francuza Richarda Gasqueta łodzianin traci 1215 punktów. Jak się tam dostać? Najprościej dwukrotnie powtórzyć osiągnięcie z turnieju w Paryżu, w którym zdobył 625 punktów. To tyle, ile zyskał w całej swojej dotychczasowej tenisowej karierze. Aż trudno pojąć, dlaczego nie został okrzyknięty mianem "newcomer of the year", czyli najbardziej imponującym debiutantem w 2012 r. Najprawdopodobniej jego sukces przyszedł za późno, kilka dni przed ogłoszeniem laureata, którym został Słowak Martin Klizan.

Trenerem Janowicza jest Kim Tiilikainen z Finlandii. Łodzianin współpracuje z nim od trzech i pół roku. Fin przestrzega jednak przed nadmiernym optymizmem. - Awans do ścisłej czołówki będzie piekielnie ciężki. Oczywiście jest to możliwe, ale czeka nas mnóstwo pracy - twierdzi. - Kiedy Jerzyk będzie gotowy na wygranie z Federerem? To jeszcze nie ten czas. Szczerze mówiąc, Szwajcar byłby zdecydowanie najtrudniejszym rywalem dla niego z wielkiej czwórki. Roger, tak jak Jerzyk, gra wyjątkowo nieprzewidywalnie.

Fiński szkoleniowiec na co dzień mieszka w Poznaniu. Ożenił się z Polką, z którą ma dwójkę dzieci. - Z Jerzykiem spędzamy ze sobą 200 dni w roku - mówi Tiilikainen.

Przed nim łodzianin ćwiczył z polskimi trenerami, m.in. Piotrem Grzelakiem, Bogdanem Wasiakiem i Jakubem Ulczyńskim. To właśnie dzięki nim jest tak dobrze rozwinięty ruchowo. Zajęcia z rakietą zawsze schodziły na dalszy plan. Jako junior odbijał piłkę od święta.

Kiedy był małym chłopcem, nie lubił rywalizacji. Nie słuchał starszych. Do tenisa trenerzy zachęcali go różnymi podstępami, zabawami i konkursami. Specjalnie dobierano mu starszych rywali, żeby przegrywał. Nikomu nie zależało, żeby robić mu krzywdę. Smaki porażek miały u niego wzbudzać apetyt do jeszcze większej pracy.

Zdaję się na słowa ekspertów i dołączam się do ich opinii, że Janowicz ma wszystkie atrybuty do bycia mistrzem. Ma najpotężniejszy serwis - rekord to 251 km/godz., wymarzone warunki fizyczne, technika, młodzieńcza odwaga i do tego bezczelność pokazywana na korcie. Mam tylko jedną wątpliwość. Jeśli zdoła udźwignąć ciężar sławy, to zda egzamin.