Biegnij, Panie Janie, biegnij! Historia 80-letniego łódzkiego maratończyka [REPORTAŻ]

- 30 lat temu biegałem koło bloków przy Parku 3 Maja. Słyszę, jak dwóch facetów mnie obgaduje. Jeden mówi: ?Ty, patrz, patrz! Jakiś zboczeniec spier...?. Tak kiedyś ludzie reagowali na biegaczy - wspomina Jan Morawiec, 80-letni łodzianin, multimaratończyk.
Retkinia. Czteropiętrowy blok przy Maratońskiej. Razem z żoną Jadwigą mieszka Jan Morawiec. W pokoju za czarną zasłonką półki aż uginają się od pucharów, statuetek i medali.

Urodził się 1 stycznia w 1933 roku w Łodzi-Bałutach. Od dziecka ciągnie go do sportu. - Nie mieliśmy wielu atrakcji. Całe dnie spędzaliśmy na podwórku, cały czas w ruchu. Teraz młodzież ma internet i ten Facebook - mówi.

Gdy ma 16 lat, ojciec kupuje mu rower. Przez trzy miesiące też boksuje. Ma dryg i nikt z ulicy mu nie podskakuje. Zapisuje się do sekcji kolarskiej w Gwardii. Jako 18-latek rywalizuje m.in. z Janem Kudrą, dwukrotnym zwycięzcą Tour de Pologne. - I muszę się pochwalić, że dwa razy na mniejszych wyścigach Jasia pokonałem - wspomina.

Rok 1956. Wyczynowo przebiera nogami. Najpierw w Społem Łódź, a od 1962 r. w Łódzkim Klubie Sportowym. Morawiec: - Maraton był wtedy w powijakach. Pamiętam, jak jeden z trenerów mi powtarzał, że ważniejsze są krótsze dystanse, czyli na 1500, 3000, 5000 i 10000 metrów, że na maratony przyjedzie jeszcze czas i będę je pokonywał, jak będę stary - opowiada.

Ile kilometrów w życiu pan przebiegł? - pytam.

- Tak plus minus to, wie pan, z cztery razy kulę ziemską obleciałem.

A ile startów w maratonach?

- Ja to do liczb nie przykładam znaczenia. Średnio dwa maratony w roku.

- Oj, Janek, nie opowiadaj! Co za bzdury. Więcej, pewnie, że więcej - wchodzi w słowo żona Jadwiga.

- Racja, ostatnio biegam nawet po trzy maratony. W sumie startowałem blisko ponad 114 razy. Za sobą mam też udział w biegu na 100 km w Kaliszu. Miałem wtedy 65 lat. Wyścig ukończyłem w czasie 9 godzin 33 minut i 11 sekund.

Janek, nie odpuszczaj

Kraków. Rok 1961. Po pięciu latach treningów po raz pierwszy bierze udział w mistrzostwach Polski na dystansie 42,195 km. - Za długo ćwiczyłem na twardej nawierzchni. Na dwa tygodnie przed startem dostałem zapalenia stawów kostkowych. Ale nie było czasu na leczenie. Moczyłem nogi w borowinie. Pomogło, ale na krótko. Po 30 km prowadziłem z przewagą 500 metrów. Nagle w kostkach potworny ból. Kostki były spuchnięte, jakbym miał kule przyczepione. Trener krzyczał do mnie z trasy: "Janek, nie odpuszczaj, będziesz chociaż wicemistrzem!". Zająłem drugie miejsce. Triumfował wtedy Albin Czech - opowiada.

Rok później - w lipcu - Morawiec staje na najwyższym stopniu podium. Maraton w Warszawie z 1962 r. do dziś jest uznawany za jeden z najbardziej dramatycznych w historii. Piekielny skwar, około 40 stopni Celsjusza. Asfalt zamienia się w czarną maź. Trasa wiedzie też przez leśne ścieżki i łąki. O wolontariuszach czy porządnym oznakowaniu trasy nie ma mowy. Czołówkę prowadzi pilot na motocyklu. Na leśnych wertepach nagle się wywraca. Zdezorientowani zawodnicy pytają, co mają robić i gdzie dalej biec. Dostają... mapę. Maraton przeradza się w bieg na orientację. Niektórzy próbują gnać na skróty, inni, jak pan Jan wybierają leśne ścieżki. - Pamiętam, że sam dotarłem do drogi, ale już dalej nie wiedziałem, w którą stronę jest meta. Miałem dosyć. Na szczęście usłyszałem syreny i ruszyłem w odpowiednim kierunku. Udało się, dobiegłem jako pierwszy.

"Piękny sukces odniósł łodzianin Morawiec, zdobywając tytuł mistrza Polski w biegu maratońskim. Sygnalizowaliśmy jego dobrą formę. Biegacz ŁKS doczekał się pełnego sukcesu. Morawiec nawiązał do dawnych tradycji (...)" - tak o osiągnięciu łódzkiego biegacza pisze "Dziennik Łódzki".

W kolejnych mistrzostwach zdobywa kolejno brązowy i dwa srebrne medale.

Jako członek słynnego tzw. Wunderteamu (w składzie m.in. z Kazimierzem Zimnym, Zdzisławem Krzyszkowiakiem, Jerzym Chromikiem) pod wodzą trenera Jana Mulaka reprezentuje Polskę na zagranicznych zawodach, m.in. w prestiżowym biegu przełajowym L'Humanite na dystansie 10 km w Paryżu. Rywalizuje też w węgierskim Szeged, Londynie w NRD i Czechosłowacji.

Biały Kenijczyk po głodówce

W 1968 r. kończy zawodową karierę. Przechodzi do weteranów. "Głos Robotniczy": "Mam nadzieję, że w przyszłym roku tradycyjnego biegu »GR" ktoś poważnie mi zagrozi i niech nawet wygra, ale po takiej walce, żeby pot z nas obu strumieniami się lał. Bo to dopiero prawdziwy smak współzawodnictwa w sporcie" - mówił po przekroczeniu mety.

Startuje w kolejnych biegach, ale oprócz chęci rywalizacji wciąga się w jeszcze jeden nałóg. Zaczyna palić. - Mało kto o tym wiedział. Nawet przed startem lubiłem jeszcze pójść na dymka. Paliłem przez 35 lat. Rzuciłem to cholerstwo, kiedy skończyłem siedemdziesiątkę. Wie pan, organizm przyzwyczaił się do trucizny. Ale jak tylko przestałem, to od razu poczułem lekkość w płucach, krok się wydłużył. Kolosalna różnica - mówi.

Morawcowi rywalizacja z weteranami sprawia ogromną frajdę. Jednym z jego stałych rywali jest 76-letni Jacek Fedorowicz, satyryk, dziennikarz i aktor. W ubiegłorocznym międzynarodowym półmaratonie ulicznym "Cud nad Wisłą" łodzianin z czasem 1:52 był szybszy od Fedorowicza o 13 minut. W felietonie do czerwcowego "Runnersa" Fedorowicz tak opisywał rywalizację: "W rzeczonym półmaratonie wygrał naszą »sędziwą « kategorię Jan Morawiec, wspaniały jak zwykle, ja byłem drugi (tu dla porządku wtrącę, że upłynęło sporo minut, zanim jako ten drugi dobrnąłem do mety). Morawiec zdążył się wyprysznicować, przebrać, zjeść obiad i siedział w ogródku kawiarnianym, opowiadając scenki z życia rodzinnego. Trafiłem akurat na opowiastkę, jak to zaniepokojone sąsiadki starały się ostrzec panią Morawcową, że z mężem jest coś nie tak, bo »bardzo źle wygląda «. Sąsiadki można usprawiedliwić: Morawiec istotnie wygląda jak coś w rodzaju białego Kenijczyka po głodówce. Odpowiedź pani Morawcowej spodobała mi się niezwykle. Bo jak wytłumaczyć sąsiadkom, że mężowi nic nie dolega, tylko że on całe życie biegał i że po dziesiątkach tysięcy kilometrów taki wygląd na pewno nie świadczy o chorobie? Powiedziała krótko, ale też tak, by trafić do pań domu, którym nieobce jest pranie: "Z mężem jest wszystko w porządku. On się po prostu zbiegł".

Jadwiga Morawiec: - Jesteśmy 45 lat po ślubie. Kiedy wyjeżdża na zawody do innych miast, śledzę jego wyniki w internecie. Od razu wiem, które miejsce zajął, i jaki czas uzyskał.

Co pan je? - pytam.

- Wszystko, żadnych diet czy innych dziwactw nie stosuję. Staram się tylko do potraw dodawać trochę witamin, m.in. B6, magnez i potas.

A smażone?

- Też. Żeberka lubię. Po posiłku zaparzam herbatkę, trochę odpoczywam, następnie robię trochę gimnastyki. Najważniejsze jest przygotowanie. Wielu młodych zawodników, którzy startują w maratonach, a mało trenowali, nie przebiegnie dobrze tego dystansu. Poza tym mam wrodzoną wytrzymałość, plus ciężka praca na treningach. Zawsze lepiej czułem się w wolniejszych, ale dłuższych biegach.

Marzenie? Brazylia

Na treningi wychodzi co drugi dzień. Miesięcznie pokonuje 240 km. - Wolę biegać rano. Wtedy wiem, że mam wolne popołudnie. Mam czas na telewizję, aby usiąść z kawką lub z żoną wyjść na spacer - opowiada.

W treningach Morawcowi pomaga Ryszard Goszczyński, łódzki szkoleniowiec lekkiej atletyki. - Jan jest fenomenem. Nie znam innego biegacza w Polsce, który w jego wieku osiągałby tak znakomite wyniki - zachwyca się Goszczyński. - Staram się prowadzić dzienniczek z jego rekordami i wynikami. Czysta przyjemność.

Obaj marzą o wyjeździe na mistrzostwa świata weteranów w maratonie, które w październiku odbędą się w brazylijskim Porto Alegre. - Chciałbym tam pobiec. Byłoby cudownie. Ale wiadomo, że to piekielnie droga wyprawa. Najdroższy jest pewnie przelot. Na razie mnie nie stać. Ale może jakiś cud się wydarzy i się uda. Zapisy kończą się 10 sierpnia - mówi Morawiec.

Biegacz co trzy miesiące odwiedza lekarza. - Robię kontrolne badania, czyli morfologię, EKG. Sam mierzę sobie ciśnienie i stetoskopem sprawdzam zmiany w płucach. Jak tylko usłyszę jakieś szmery, od razu idę na wizytę do przychodni. Najczęściej okazuje się, że powodem jest zbyt ostry trening - tłumaczy.

Lekarze odradzają panu straty w maratonach? - dociekam.

- Byłem kiedyś u jednego. Spojrzał na mnie i powiedział: "Jak chce pan żyć, to niech pan da sobie spokój z tym sportem. Niech pan wyjdzie sobie na spacerek, posiedzi na ławce w parku". Uśmiechnąłem się grzecznie, powiedziałem: "do widzenia".

A skąd się bierze moda na bieganie? Teraz ten, kto nie uprawia sportu, jest brany za dziwaka?

- Ludzie dbają o siebie, wiedzą, że sport to zdrowie. Nigdy nie zapomnę sytuacji sprzed 30 lat. Biegałem blisko bloków przy Parku 3 Maja, Był ciepły wieczór, dużo osób w oknach na fajeczce. Nagle słyszę, jak dwóch facetów, zdziwionych na mój widok, zaczyna rozmawiać. Jeden mówi: "Ty, patrz, patrz! Jakiś zboczeniec spier...". Tak kiedyś ludzie reagowali na biegaczy - śmieje się.

Najbliższy start w maratonie Jan Morawiec planuje 23 czerwca. Tego dnia odbędą się kolejne mistrzostwa Polski. - Cel? Oczywiście pierwsze miejsce. Ale chyba zbyt wielu rywali w kategorii 80+ raczej nie będzie... - kończy.

Więcej o bieganiu czytaj na blogu Damiana Bąbola biegajmy.blox.pl

Więcej o: