Marcin Gortat po campie w rodzinnej Łodzi: "Pamiętam, że sześć lat temu nagrodami były woda i banany. A teraz?"

- Gdy sześć lat temu spotkaliśmy się tutaj po raz pierwszy, mieliśmy na campie 50 dzieciaków, a jedynymi nagrodami były tak naprawdę woda i banany. Dzisiaj rozrósł się on do niesamowitych rozmiarów - mówi Marcin Gortat, który w środę trenował z łódzkimi dziećmi podczas szóstej edycji swojego campu
W przeprowadzonym w hali przy ul. Małachowskiego campie wzięło udział około 80 dzieci w wieku 9-13 lat. Gortat razem ze sprowadzonymi przez siebie gośćmi, w tym m.in. Jaredem Dudleyem, zawodnikiem Los Angeles Clippers i byłym kolegą z Phoenix Suns, przez blisko dwie godziny ćwiczył z dziećmi najważniejsze elementy gry w koszykówkę. Po zajęciach nie zabrakło także czasu na pytania, konkursy i pamiątkowe zdjęcia. Każdy z uczestników otrzymał także cenne pamiątki, w tym piłkę i koszulkę z campu oraz plakaty i koszykarskie gadżety.

W rozmowie z dziennikarzami Gortat przypomniał, że pierwsza edycja campu odbyła się w tej samej hali sześć lat temu. - Nie ma to jak być w domu, w sali, w której to wszystko się rozpoczęło - opowiadał. - Gdy sześć lat temu spotkaliśmy się tutaj po raz pierwszy, mieliśmy na campie 50 dzieciaków, a jedynymi nagrodami były tak naprawdę woda i banany. Dzisiaj ten camp rozrósł się do niesamowitych rozmiarów. Mamy gości zza oceanu, z NBA i jestem podekscytowany, że mogę z nimi potrenować w Łodzi.

Gortat przyznał, że uczestnicy campów są coraz bardziej wymagający, a zarazem coraz bardziej... cwani. - Większość z nich była na moim campie, a nawet jeśli nie, to dowiedziała się, jak może się zachowywać. Czasami mam wrażenie, że niektóre dzieci chcą przelecieć jak najszybciej przez camp, by doczekać się nagrody i rozmowy ze mną. Są też jednak dzieci, które nie chcą, by zajęcia się kończyły - opowiadał.

Zawodnik Phoenix Suns przyznał, że spośród wszystkich uczestników campu najbardziej wyróżniała się jedna dziewczynka. - Dwa lata temu znalazłem na campie dwóch chłopców, o których powiedziałem, że pewnego dnia będą mi podawać piłki w reprezentacji Polski. Teraz widzę tutaj zawodniczkę, która pewnego dnia dzięki koszykówce może sobie niesamowicie ułożyć życie. To, co ona zrobiła z piłką, to, jak potrafi ćwiczyć, jej koordynacja ruchowa... mam wrażenie, że to dziecko Lisy Leslie [byłej koszykarki z USA, czterokrotnej mistrzyni olimpijskiej - przyp. red.] i Kareema Abdula-Jabbara. To niesamowite dziecko. Wystarczyło 30 minut treningu, by się o tym przekonać. Oby ta perełka nie została zniszczona przez jakiegoś chytrego trenera, menedżera czy agenta, który będzie chciał na niej zarobić - mówił oczarowany Gortat.

Dziewczynka, o której opowiadał, razem z najlepszym chłopcem, została wybrana za MVP campu. W nagrodę obaj młodzi uczestnicy pojadą na finałowy camp do Trójmiasta, na którym główną nagrodą będzie wylot do USA na mecz NBA.

Gortat nie był jednak w stanie jasno odpowiedzieć, czy jego zdaniem polska koszykówka się rozwija i zmierza w dobrym kierunku. - Możemy budować tysiące programów i systemów, ale jeżeli nie będziemy wsparci odpowiednimi finansami, odpowiednim sponsorem i partnerem, to nic nie będzie możliwe. Gdyby nie nasi wszyscy partnerzy, którzy są ze mną i fundacją, campy z takimi nagrodami [m.in. laptopy - przyp. red.] byłyby niemożliwe - tłumaczył.