Centrum Sportu przy al. Unii nie powstanie w terminie. Co zrobi miasto? Co z halą na MŚ? I co czeka ŁKS? [ANALIZA]

Nie ma chętnych do budowy Centrum Sportu za pieniądze zapisane w budżecie Łodzi. Miasto ma dwa wyjścia: znaleźć 60 mln zł albo unieważnić przetarg. Na co by się zdecydowało, jest ogromny kłopot - pisze Szymon Bujalski, dziennikarz "Gazety Wyborczej" i Łódź.sport.pl
Po poniedziałkowym otwarciu ofert na pierwszy etap budowy Centrum Sportu nie da się nie krytykować poczynań władz Łodzi. Zgodnie z zapisami w budżecie magistrat na inwestycję przy al. Unii przeznaczył 126 mln zł. Według urzędników taka kwota powinna wystarczyć na wybudowanie trzytysięcznej hali oraz boiska z trybuną na ponad 5 tys. miejsc. Nie wystarczy.

W poniedziałek okazało się, że do magistratu wpłynęły tylko dwie oferty. Złożyły je konsorcjum Warbud SA i Anna Kasprzyk - Studio Projektowe SPAK oraz Mosty Łódź. Żadna z nich doświadczeniem w realizacji sportowych inwestycji nie powala. W portfolio Warbudu i Mostów trudno doszukać się budowy stadionów czy hal. Jedynie SPAK może pochwalić się wykonaniem projektów dla kilku takich obiektów, m.in. w Częstochowie.

Doświadczenie to jedno, ale oczywiście najważniejsza jest cena. I tu pojawia się ogromny problem. Konsorcjum Warbud - SPAK wyceniło inwestycję na 187 mln zł brutto, zaś łódzka firma chce jeszcze więcej, bo aż 201 mln zł. Teraz władze Łodzi mają do wyboru dwa warianty: albo wydatki na inwestycję zostaną zwiększone, albo przetarg trzeba będzie unieważnić. Zostały więc zapędzone w kozi róg, z którego bez szwanku z pewnością się nie wydostaną.

W pierwszym przypadku miasto - a konkretnie radni na wniosek prezydent Hanny Zdanowskiej - będą musieli dołożyć do budowy 61 mln zł, bo tyle wynosi różnica między zarezerwowanymi pieniędzmi a najtańszą ofertą. Problem w tym, że budżet UMŁ jest w bardzo złym stanie, a ogromną jego część pochłonęły inne potężne inwestycje. W obecnej sytuacji finansowej dokładanie tak dużych pieniędzy do stadionu, który będzie służył czwartoligowemu klubowi, z pewnością spotkałoby się więc z krytyką. Co więcej, można byłoby być pewnym, że w takim przypadku zwiększenia pieniędzy domagaliby się także szefowie i kibice Widzewa, marzący o nowym obiekcie przy al. Piłsudskiego.

Jeśli Łódź unieważni zaś przetarg, całą procedurę trzeba byłoby rozpoczynać od nowa. I nie ma żadnej gwarancji, że za kolejnym podejściem będzie lepiej. Tak na marginesie, zastanawiający jest również poziom niedoszacowania inwestycji przez miejskich urzędników. Jeśli najtańsza oferta była aż o 50 proc. wyższa od prognoz miasta, to ktoś po prostu źle wykonał swoją pracę.

Dla osób, które bacznie przyglądały się sportowym inwestycjom w Łodzi, poniedziałkowa wiadomość... nie powinna być jednak żadnym zaskoczeniem. Ja do tych osób należę. Dwa miesiące temu napisałem na blogu, że "bardzo wątpię, by obecne kwoty i terminy były tymi ostatecznymi". Dlaczego? Bo podobną historię przerabialiśmy już dwa lata temu, przy pierwszym podejściu do inwestycji przy al. Unii. Wtedy również okazało się, że firmy chciały od miasta więcej. Do budowy stadionu i hali trzeba było więc dołożyć 16 mln zł. "Czy ktoś idzie w zakład, że [...] umowa z wykonawcą zostanie podpisana we wrześniu, na co liczy miasto)? Że nie trzeba będzie zwiększać kosztów? Tu nie chodzi o moje złorzeczenie. Żadna data nie została dotrzymana, żadna kwota utrzymana. Takie są suche fakty. Nawet jeśli władze Łodzi wszystko zrobią superprofesjonalnie, to dzisiaj ostatecznych kosztów inwestycji i daty jej rozpoczęcia po prostu przewidzieć nie mogą" - pisałem już w czerwcu (szczegóły tutaj). Moje obawy potwierdziły się w 100 proc. Niestety...

A co z halą?

Osobno trzeba potraktować temat hali. Przez ostatnie dwa lata urzędnicy na każdym kroku podkreślali, że jej budowa jest niezbędna do organizacji przyszłorocznych mistrzostw świata w siatkówce. - Bez nowej hali te mistrzostwa nie będą się mogły odbyć -przekonywała radnych prezydent Zdanowska w 2011 r. - Wykonawca będzie musiał bardzo szybko wejść na plac budowy, żeby konieczne prace ziemne zakończyć przed zimą. To jedyna szansa, żeby zdążyć z budową hali przed MŚ - mówiła dwa tygodnie temu.

Konieczność budowy hali podkreślała także Luiza Staszczak-Gąsiorek, dyrektorka departamentu sportu. Podczas kwietniowego spotkania z posłami przekonywała, że innej możliwości nie ma. Innego zdania był m.in. Jan Tomaszewski, który przytoczył jej słowa Mirosława Przedpełskiego (prezesa PZPS). - Pytany o to, czy brak hali rozgrzewkowej zagrozi organizacji w Łodzi mistrzostw, powiedział, że jest to jakaś kompletna bzdura - relacjonował Tomaszewski. - Być może w związku nie wiedzą wszystkiego - odpowiedziała Staszczak-Gąsiorek. Na potwierdzenie swych słów miała przygotować przepisy, które obligują Łódź do zbudowania przed mistrzostwami nowej hali tuż obok Atlas Areny. Nie przygotowała...

Co więcej, okazuje się, że nawet bez hali mistrzostwa świata... jednak się odbędą. - Do końca tygodnia pani prezydent podejmie decyzje co do przetargu, natomiast już dziś mogę zapewnić, że MŚ, które mają się odbyć w Łodzi, nie są zagrożone - zakomunikował wczoraj Marcin Masłowski, rzecznik prasowy prezydent Zdanowskiej. Czy w związku z tym ktoś poniesie konsekwencje za swoje wcześniejsze, niezgodne z prawdą zapewnienia? To pytanie na razie pozostaje bez odpowiedzi.

Bez względu na dalsze losy przetargu wydaje się, że najbardziej ucierpi na tym nie miasto, lecz ŁKS. Szefowie i z pewnością spora część kibiców odbudowującego się klubu wierzyli, że stadion zostanie zbudowany w terminie, a dzięki temu droga do powrotu do ekstraklasy znacznie się skróci. Choć to brutalna prawda, takie podejście było jednak mocno życzeniowe, by nie powiedzieć - naiwne. Najlepszym tego przykładem jest ślepe zawierzenie w firmę Mosty, która jeszcze dwa, trzy miesiące temu deklarowała chęć kontynuowania inwestycji przy al. Unii na wcześniejszych warunkach. Gdy jednak przyszło składać oferty, to za budowę trzy razy mniejszego stadionu zażyczyła sobie jedynie 18 mln zł mniej.

I jeszcze jedno. Właśnie zbliżamy się do pierwszych rozstrzygnięć w sprawie stadionu na Widzewie. Po poniedziałkowych wydarzeniach i w tym przypadku trudno być optymistą.

Podyskutuj z autorem na Realiście - blogu Szymona Bujalskiego.