Dokąd zmierzają Budowlani, czyli czy po brutalnej jesieni nadejdzie wiosna cudów?

Dwa lata temu rugbiści Budowlanych przegrali w całym sezonie zaledwie jedno spotkanie. Teraz marzą o tym, by jakiekolwiek spotkanie wygrać.
Dziesięć występów w dziesięciu kolejnych finałach ekstraligi, cztery tytuły mistrzowskie i cztery Puchary Polski - od początku XXI wieku Budowlani byli prawdziwą potęgą w polskim rugby. Słowo "byli" jest jednak w tym przypadku kluczowe. Przez ostatnie lata klub popadał w coraz większe kłopoty finansowe, a kiedyś zjednoczone środowisko rugby zaczęło się coraz bardziej dzielić.

W 2009 r. prowadzeni przez Mirosława Żórawskiego łodzianie sięgnęli po jedyną w historii klubu podwójną koronę. Z wyjściowego składu na finał z Arką Gdynia w ostatnim ligowym spotkaniu z Orkanem Sochaczew zagrał tylko jeden zawodnik - Grzegorz Dułka. W porównaniu z ostatnim finałem sprzed dwóch lat, gdy łodzianie przegrali jedynie finał, do Dułki można dorzucić jeszcze Tomasza Kozakiewicza.

Exodus z łódzkiej drużyny nastąpił także tego lata. Nie dość, że karierę zakończyli Michał Królikowski i Sebastian Łuczak, to jeszcze Budowlanych opuścili stanowiący jej trzon Gruzini: Teimuraz Sokhadze, David Giugushwili i Merab Gabunia. Ten pierwszy był reżyserem ofensywnej gry, a dwaj pozostali stanowili o sile młyna. Jeśli do tego doliczymy wciąż dochodzących do siebie po groźnych kontuzjach Pawła Grabskiego, Dariusza Kaniowskiego czy Piotra Gomulaka, a także dalej niezdecydowanego na grę Łukasza Żórawskiego, to otrzymamy pełen obraz obecnej sytuacji kadrowej w Budowlanych. Sytuacji katastrofalnej.

Jakby tego było mało, w ubiegłym tygodniu Komisja Gier i Dyscypliny ukarała łodzian walkowerem za mecz z Posnanią, w którym zagrało dwóch nieuprawnionych zawodników (nie mieli przy sobie licencji). Zamiast czterech punktów Budowlani mają więc po dwóch kolejkach -1. I co jeszcze bardziej niepokojące - po starciach z najsłabszymi drużynami w lidze (czyli Posnanią i Orkanem Sochaczew).

Z problemów zdają sobie sprawę szefowie klubu, którzy nie oczekują od drużyny cudów. - Naszym celem jest zdobycie tylu punktów, by zakończyć rundę jak najbliżej strefy medalowej - mówił przed rozpoczęciem ligi Krzysztof Serafin, prezes Budowlanych. Mimo fatalnego początku ligi swoje zdanie podtrzymuje. - To dopiero początek ligi. Nie poddajemy się. Chcemy walczyć o największą możliwą liczbę punktów, zwłaszcza u siebie. Wiadomo, że kluczowe będą dla nas starcia z drużynami z Lublina, Sopotu czy Siedlec. Będziemy chcieli powalczyć w nich o wygrane - przekonuje Serafin.

Jego zdaniem najważniejsze będzie jednak to, co stanie się w klubie po rundzie jesiennej. To właśnie na drugą część sezonu ma być bowiem budowana drużyna, która byłaby w stanie bić się nawet o medale. - Ostatnie lata pokazały, że można zostać mistrzem, skupiając się na dwóch ostatnich miesiącach. Przepisy w tej lidze są tak skonstruowane, że pierwsze miejsce na koniec sezonu zasadniczego wcale nie daje wielkiej przewagi. Najważniejsze jest, by pod koniec sezonu wzmocnić się zawodnikami z zagranicy, którzy kompletnie odmienią oblicze zespołu i pomogą w kluczowych meczach. I taki jest właśnie nasz plan - przyznaje Serafin. - Liczymy również, że do tego momentu zdąży wyzdrowieć kilku ważnych zawodników, a ci z obecnej kadry nabiorą doświadczenia i będą prezentować się coraz lepiej.

Wydaje się jednak, że plany te są zdecydowanie zbyt optymistyczne. Przykra prawda jest taka, że Budowlani są obecnie ligowym outsiderem. Nawet jeśli wiosną faktycznie się wzmocnią, to odrobienie straty do pierwszej czwórki może okazać się już niemożliwe.

Na razie łodzianie muszą jednak martwić się niedzielnym meczem z broniącą tytułu Lechią Gdańsk. Zdobycie w nim choćby jednego punktu byłoby cudem.