Degradacja po PGE Skrze Bełchatów? Nie, to tylko projekt - rozmowa z Jackiem Nawrockim

Jacek Nawrocki prowadził PGE Skrę Bełchatów do największych sukcesów: mistrzostw Polski, wicemistrzostw świata i drugiego miejsca w Lidze Mistrzów. Dziś pracuje z juniorami i w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Spale i odrzuca oferty z PlusLigi
W poprzednim sezonie prowadzona przez pana drużyna walczyła o medale klubowych mistrzostw świata, grała w Lidze Mistrzów, brała udział w najdramatyczniejszym ćwierćfinale w historii polskiej siatkówki. Teraz pracuje pan z juniorami i kadetami. To duża degradacja...

- Skłamałbym, gdybym odpowiedział, że nic się nie stało i od razu odnalazłem się w obecnej pracy. W siatkówce seniorskiej byłem przywiązany do klubu, w którym spędziłem wiele lat i chyba to robi różnicę. Jednak sport młodzieżowy zawsze był mi bliski. Przez ostatnie dwa lata zajmowałem się reprezentacją Polski juniorów i chyba teraz naprawdę się realizuję.

Miał pan oferty z klubów, choćby ostatnio z Transferu Bydgoszcz. Dlaczego pan z niej nie skorzystał?

- Przedsezonowe propozycje musiałem odrzucić z różnych przyczyn. Jedna wiązała się z koniecznością wyjazdu z Polski [do Kataru - przyp. red.], a przez to ze zmianą całego życia. Odmowa wynikała też z troski o zdrowie. Tak naprawdę projekt pracy z młodzieżą już wcześniej ustawiłem sobie w głowie i chciałem tego spróbować, przynajmniej przez jakiś czas. Jeśli chodzi o ostatnie oferty, to byłoby nieelegancko, gdybym zostawił teraz tych chłopców, którzy mi zaufali, a także współpracowników. Zaczęliśmy kilka projektów, które chciałbym dokończyć.

Sukces przyszedł szybko, bo kilkanaście dni temu prowadzona przez pana reprezentacja wygrała mistrzostwa Europy Wschodniej, pokonując dominującą na świecie w rozgrywkach młodzieżowych Rosję. To udaje się bardzo rzadko.

- Nie ukrywam, że to spory sukces. W Rosji jest teraz siatkarski boom. Nawet amatorskie imprezy potrafią zgromadzić 10 tys. uczestników. Trzeba być na takiej imprezie jak niedawne mistrzostwa w Estonii, by zobaczyć, jak poważnie Rosjanie traktują swoje występy. Naprawdę trudno w to uwierzyć. Choć to kadra kadetów, to są w niej ludzie od wszystkiego. Jeden trener pilnuje, co chłopcy jedzą, inny, co robią i jak się prowadzą, jak są ubrani. Wszyscy wiemy, że w Rosji jest z kogo wybierać, ale selekcja jest naprawdę bardzo staranna. Polacy na tym etapie mieli przewagę techniczną. Wygrana to sukces Sebastiana Pawlika, a ja pomagam mu jako główny trener Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Za rok, dwa będziemy mogli powiedzieć o efektach naszej pracy i rzeczywiście skonfrontować się z Rosjanami.

Możemy optymistycznie patrzeć na przyszłość naszej siatkówki?

- Większość czasu spędzam z zawodnikami stanowiącymi trzon reprezentacji Polski juniorów. Oni w kadetach odnosili duże sukcesy pod wodzą Wiesława Czai i Sebastiana Pawlika, byli brązowymi medalistami mistrzostw świata i wicemistrzami Europy. Robimy wszystko, by wywalczoną przez nich pozycję utrzymać w starszej kategorii, bo jest to przedsionek kariery seniorskiej. Może nie mamy szerokiej ławy zawodników, ale kilku ma niebagatelne umiejętności. Jeśli oni bez kontuzji dotrą do wieku seniora, to będziemy spokojni o przyszłość naszej reprezentacji. 16-, 17-latkowie ze spalskiej SMS już wygrywają w Młodej Lidze, a także w Pucharze Polski. Pokazują coś, co mnie cieszy najbardziej: że siatkówka jest dla nich najważniejsza.

A są wśród nich kandydaci na gwiazdy, takie jak Kurek, Wlazły, Zagumny czy Winiarski?

- Myślę, że tak. Różnie to bywa, bo jeden rocznik na przykład charakteryzuje się fantastycznymi warunkami fizycznymi, a w innym jest dwóch czy trzech świetnie przyjmujących. Na nich będzie można oprzeć przyjęcie zagrywki w dużej siatkówce.

Jaka jest różnica między pracą z seniorami a juniorami?

- Ameryki nie odkryję: przede wszystkim najwięcej czasu trzeba poświęcać na pracę nad techniką. Jako że ostatnio trenowałem seniorów, mam ciągoty do zbyt dużej ilości taktyki. Muszę się naprawdę pilnować. Bardzo ważne jest przygotowanie fizyczne młodych siatkarzy, ale w odróżnieniu od seniorów nie trzeba przygotowywać szczytów formy. Więcej różnic nie ma. Najważniejsze, by ci młodzi ludzie wiedzieli, czego chcą. To dla mnie najważniejsze.

Mam pan na koncie dwa mistrzostwa Polski, sukcesy w Lidze Mistrzów i Klubowych Mistrzostwach Świata. Czy dzięki temu łatwiej dotrzeć do młodych zawodników?

- Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Staram się jednak tego nie wykorzystywać. Mimo młodego wieku moich podopiecznych szukam partnerstwa we współpracy, pokazuję, że dla mnie ta praca jest tak samo ważna jak dla nich. W tym tkwi tajemnica naszej bardzo dobrej współpracy.

Często pytają o to, jak trenuje się najlepszych?

- Nie byliby młodzieżą, gdyby ich to nie interesowało. O to pytają nie tylko siatkarze. Chcą wiedzieć, jak współpracuje się z gwiazdami czy nawet o sprawy obyczajowe. Młodzi chłopcy, z którymi teraz pracuję, starają się czerpać od starszych kolegów to co najlepsze. Nie spotkałem się ze stwierdzeniem, że "ja chcę grać jak pan X czy Y". Mają świadomość, do czego dążą i chcą wypracować własny styl.

Kilku zawodników z prowadzonej przez pana poprzedniej reprezentacji juniorów już z powodzeniem gra w PlusLidze. Wachnik, Janusz, Piechocki, Bednorz czy Muzaj to znane nazwiska w naszej siatkówce. Kibicuje pan komuś szczególnie?

- Przegraliśmy awans do mistrzostw świata, bo trochę przespaliśmy przygotowania. Trafiliśmy do trudnej grupy. Podczas kwalifikacji myślałem, że Francja to przeciętny zespół, tymczasem w opinii wielu fachowców była to najlepiej grająca drużyna w mistrzostwach świata. W półfinale przegrali z Brazylią, ale zrobili furorę. Kibicuję moim chłopakom, ale specjalnych faworytów nie miałem. Tak samo trzymam kciuki za Piechockiego jak Bednorza, Wachnika czy Wolańskiego. Oni niedługo będą stanowili o sile PlusLigi.

Podobno przez grę w reprezentacji juniorów kontuzji barku doznał Maciej Muzaj i nie może teraz pomóc Skrze?

- To nie tak... Dwa tygodnie po poprzednim sezonie był turniej kwalifikacyjny do mistrzostw świata. Lekarz reprezentacji stwierdził, że Maciek Muzaj jest zdrowy i może jechać na eliminacje do Francji. Inaczej z pewnością zostałby w domu, bo na tej pozycji byliśmy zabezpieczeni. Może kontuzja nastąpiła w tym momencie, ale zrzucanie całej winy na reprezentację jest nadużyciem. Przypominam, że to było w maju, a trzy miesiące później zawodnik zaczął przygotowania ze Skrą.

Jest pan trenerem i od wielu lat nauczycielem w tomaszowskim liceum. To pomaga w pracy z młodzieżą w reprezentacji?

- Na pewno jest kilka wspólnych rzeczy w obu pracach. Chodzi o pewne kanony zachowania. Nawet w rozmowach z rodzicami słyszę, że stawianie ich dzieciom takich wymagań jest czymś dobrym. Z pewnością będę się tego trzymał. Ale jest też przepływ w drugą stronę, bo nie jestem święty. Przenoszę pewne zachowania z seniorskiej siatkówki. Muszę się uderzyć w pierś, że czasami nie są one godne trenera juniorów.

Mówił pan, że wśród juniorów Francja wyróżniała się dobrą organizacją gry. Teraz francuscy szkoleniowcy pokierują reprezentacją Polski seniorów. To dobrze?

- Pomagający Stephanowi Antidze Philippe Blain dał dowód na to, że potrafi odnosić sukcesy z reprezentacją. Wiele tych wzorców będzie zapewne chciał przenieść do Polski. Nie sądzę jednak, żeby były to aż tak oryginalne rzeczy, których nasi chłopcy nie znają. Ale moim zdaniem zatrudnienie Antigi i Blaina to dobry ruch i powinien przynieść efekty.

Mógłby pan być na miejscu Antigi, bo przecież trzy lata temu odrzucił pan ofertę pracy z reprezentacją, wybierając Skrę. Nie żal panu, przecież wszystko zależało od pana?

- Dziękuję wszystkim, którzy wtedy dali mi możliwość takiego wyboru. Niczego jednak nie żałuję. Nie ma sensu cofać się, robić kroku wstecz. Co najwyżej może mi to przeszkodzić z pracy. Dlatego nie zastanawiam się nad tym. Postawiłem sobie nowe cele i staram się je zrealizować.

Teraz chcę wrócić do PGE Skry. Zasłużył pan na lepsze pożegnanie, w końcu był pan związany z tym klubem przez kilkanaście lat.

- Nie chcę wracać do kulis mojego odejścia. Staram się tę sytuację odbierać inaczej: to dzięki Skrze miałem możliwość pracy ze świetną drużyną. Powinienem podziękować za to zarządowi, siatkarzom czy kibicom. Tak to traktuję, a wracanie teraz do przyczyn rozstania jest tylko niepotrzebną stratą energii. Poprzedni sezon był przegrany i trzeba było znaleźć winnego. Najłatwiej wskazać na trenera. Podkreślam jednak, że nie uciekam od winy, lecz nie chcę być oceniany przez pryzmat jednego sezonu. Myślałem, że będę czuć antypatię do niektórych ludzi, jednak tak nie jest. Tych, których w Skrze szanowałem, szanuję dalej, są wciąż bliskimi mi ludźmi.

Usłyszał pan słowo dziękuję?

- Prezes Konrad Piechocki wielokrotnie dziękował mi za współpracę. Żalu nie mam. Dla Skry dobrze się stało, że teraz jest sztab ludzi, którzy wszystko ciągną w jednym kierunku, wspierają się. I to jest siłą zespołu.

Z tonu wyczuwam, że podczas pańskiej pracy nie zawsze wszyscy ciągnęli drużynę w jednym kierunku?

- Nie wiem... Teraz jest lepiej niech tak zostanie.

Gdy patrzy pan na grę Skry, to serce mocniej bije?

- Po tylu latach spędzonych w Bełchatowie nie sposób patrzeć obojętnie na tę drużynę. Nie będę jednak opowiadał bajek, że siadam przed telewizorem i jestem wielkim kibicem, bo nie mam nawet czasu patrzeć na grę Skry. W sobotę i niedzielę mamy trzy, cztery swoje mecze, a ja staram się na wszystkich być. Nie jestem więc w stanie kontrolować wszystkiego, co dzieje się w PlusLidze. Nagrywam sobie mecze i odtwarzam później, ale gdy jest już znany wynik, robię to bez emocji, dla celów szkoleniowych. Twierdzę, że Skra jest teraz najmocniejszym zespołem w Polsce. W porównaniu z poprzednim sezonem jest drużyną kompletną, mającą zabezpieczenie na wszystkich pozycjach. Niebagatelną rolę odgrywa to, że Mariusz Wlazły może grać jako atakujący. Dzięki temu się realizuje. Także świeża myśl trenerska daje efekty. Moim zdaniem Skra jest zdecydowanym faworytem do złota.

Nie Resovia?

- Jest bardzo mocna, ale Skra jest bardziej kompletnym zespołem. Są kontuzje i inne wypadki losowe, a zabezpieczenie jest lepsze w Bełchatowie. Wszystko zweryfikuje boisko, ale moim zdaniem Skra ma dużą przewagę nad rywalami.

Nie żałuje pan, że takich transferów nie przeprowadzono za pańskich czasów?

- Od dwóch lat byłem zainteresowany rozgrywającym Nicolasem Uriarte, ale nie dało się go ściągnąć. Ale przy porażce z Resovią w ćwierćfinale nasz rozgrywający [Paweł Woicki - przyp. red.] byłby ostatnim, do którego miałbym pretensje.

Jak ocenia pan szansę na mistrzostwa świata. Czy Stephanowi Antidze uda się przekonać wszystkich najlepszych do powrotu do kadry?

- Nie trzeba ich będzie prosić, bo Wlazły czy Zagumny są świadomi tego, jak ważna jest to impreza, także dla nich. Wierzę, że zagramy najsilniejszym składem, na jaki Polskę stać, a Antiga nikogo nie będzie musiał prosić. Jestem optymistą i uważam, że możemy odegrać w mistrzostwach świata nieprzeciętną rolę. Słucham zewsząd o losowaniu, o grupach, o tym, na kogo trafimy. Jeśli polska reprezentacja gra dobrze, nie ma prawa bać się nikogo na świecie.

Czego życzyłby pan sobie na święta i w nowym roku? Powrotu do PlusLigi?

- Marzy mi się, żeby nasz projekt z juniorami nam się sprawdził. Żebyśmy awansowali do mistrzostw Europy, co nie będzie proste, do kwalifikacje są bardzo trudne. Jedziemy do Włoch, którzy nie są gościnni, a awans wywalczy jedna drużyna. Chciałbym, żebyśmy to byli my, a później osiągnęli dobry wynik. Już teraz presja jest duża, bo wymaga się on nas zdobycia medalu, w kontekście wcześniejszych sukcesów wśród kadetów. To jest moje marzenie zawodowe, bo zdrowie i sprawy osobiste zostawmy. To oczywiste.