Czego Łódź może zazdrościć Krakowowi [FELIETON]

To felieton do wszystkich pokoleń fanów piłki nożnej, a wiec do tych, których idolami byli Cieślik, Brychczy, Deyna, Lubański, Lato, Boniek, Tomaszewski, Młynarczyk, Szarmach, Żmuda, Smolarek, Dudek i Lewandowski.
Ja miałem ten problem, że moje dzieciństwo przypadło na lata największej posuchy w polskim futbolu. Ledwie pamiętam mundial z 1986 roku, ale jedynej bramki nawet nie zobaczyłem, bo usnąłem - jak się później okazało - na minutę przed golem Smolarka (z Portugalią). Zachwycałem się więc np. Marco van Bastenem. Chciałbym być jak on, próbowałem w Starcie Łódź, ŁKS i Łodziance, ale, powiedzmy sobie szczerze, talentu nie starczyło.

Pozostało więc granie w ligach amatorskich. A te rozgrywki rodziły się w bólach - najgorzej było z infrastrukturą, czyli, mówiąc potocznie, z boiskami. Graliśmy w Łodzi m.in. na Tęczy (później na ChKS), ale jeśli chodzi o kolory, to były to tylko wszelkie odcienie czerni, brązu, szarości. To nie było boisko, to było klepisko, pełne nierówności, a tylko gdzieniegdzie ostały się kępki trawy. A do tego przerdzewiałe bramki, z poszarzałymi, pocerowanymi siatkami, które od brudu były aż sztywne, i krzywe linie oznaczające pole karne. Gdy padało, powstawało mnóstwo kałuż, a oczywiście największe pod bramką (a byłem bramkarzem), więc ubabrany błotem, przemoczony wsiadałem do auta. Do auta, bo szatnią były co najwyżej kamienne trybuny, bez szans na prysznic. Gdy było sucho, wcale nie było lepiej, bo wzbijały się tumany kurzu. Ale atmosfera była - nawet w sobotę czy w to niedzielę na godz. 8 rano zawsze ekipa się zebrała.

Po przenosinach do Krakowa od czasu do czasu bywam w Łodzi i niedawno zajrzałem na "moje areny". Zarówno na Tęczy, jak i na ChKS z daleka świeci zieleń sztucznych muraw. Nie ma problemu z kałużami ani kurzem, jest równo, a dzięki oświetleniu grać można do wieczora. Nie wiem tylko, czy atmosfera nie prysła.

Skoro udało się zostać tylko kopaczem-amatorem, to przynajmniej chciałem oglądać piłkę w zawodowym wydaniu. W 1989 roku zacząłem chodzić na mecze (na Widzew). I jako młody kibic potrafiłem wiele znieść - nieraz byłem przemoczony do suchej nitki (o dachu można było tylko pomarzyć), nieraz stałem w ogromnej kolejce, bo czynne były tylko dwa wejścia i musiałem przetrwać obmacywanie przez ochroniarzy. Znieść nie mogłem jednego - wizyty w toalecie, a właściwie kiblu, bo inne słowo nie pasuje. Gdy nie było innego wyjścia, trenowałem płuca tj. sprawdzałem, jak długo mogę nie oddychać. Półtorej minuty zwykle wystarczało na załatwienie potrzeby.

Kolejny etap bycia blisko "zawodowej" piłki to dziennikarstwo sportowe. Już 15. rok oglądam polskie stadiony. Najlepiej poznałem Widzewa i ŁKS. Na tym pierwszym pod koniec XX wieku zadaszono jedną trybunę, wymieniono połamane drewniane ławki na krzesełka, postawiono przeszkloną kawiarnia dla VIP. Wreszcie można było notować, nawet gdy padało, a wkrótce też (tuż na początku XXI wieku) połączyć się z internetem i prowadzić relację na żywo. Wydawało się, że łódzki klub jest bliżej Europy. Teraz z perspektywy krakowskiej nie dziwię się jednak kibicom w Łodzi, że prześmiewczo przezywają stadiony kurnikiem (Widzewa) i El Stadio da Gruz (ŁKS). Przez ostatnie kilkanaście lat nic więcej się nie zmieniło, a obiekty powoli popadają w ruinę.

Po przeprowadzce pod Wawel (w 2007 roku) Cracovia i Wisła też nie miały się czym pochwalić. Obiekt Cracovii był przerobionym na stadion torem kolarskim z 1926 roku (!). Piłkarze przebierali się w robotniczych kontenerach, na trybunę prasową trzeba było wdrapywać się po około stu stromych schodach, a gdy dziennikarz, który siedział najdalej, chciał wyjść, rząd musieli opuścić wszyscy. Na szczęście na głowę nie padało. Trochę lepiej było na Wiśle, ale tylko szczęśliwców chronił przed deszczem niewielki daszek. Można było też ogrzać się w biurze prasowym.

Teraz Kraków ma dwa nowoczesne stadiony i przyjeżdżający dziennikarze z Łodzi przyznają, że zazdroszczą. I jest czego, zwłaszcza na Cracovii, której obiekt dostał kilka nagród architektonicznych. Los zwykłego kibica, nie wspominając o VIP-ach w skyboksach, zdecydowanie się poprawił - nie przemoknie, krzesełko też będzie miał suche, w przerwie ogrzeje się, spokojnie zje i nawet napije się niskoprocentowego piwa, a w toaletach można już oddychać. Jedyne, na co muszą dziennikarze uważać na Cracovii - to na klątwę windy. Kilka razy dźwig się zaciął, a gdy za pół godziny trzeba było zamknąć numer, sytuacja robiła się podbramkowa.

I jeszcze niestety wciąż czekam i Wy, Czytelnicy, pewnie też, by tak wyborna drużyna, jak piłkarze wymienieni na początku, narodziła się nam w jednym pokoleniu. Czego życzę sobie i Wam.