Sport.pl

Mieczysław Szymajda, pierwszy trener Zbigniewa Bródki: "Mogły być dwa indywidualne medale" [WYWIAD]

- Teraz takich zapaleńców jak Zbigniew Bródka nie ma, podobnie jak takich pajaców jak ja, który wszystko im poświęcał - mówi pierwszy trener i wychowawca mistrza olimpijskiego z Soczi w łyżwiarstwie szybkim
Rozmowa z Mieczysławem Szymajdą*, pierwszym trenerem Zbigniewa Bródki, mistrza olimpijskiego w łyżwiarstwie szybkim na 1500 m

Jarosław Bińczyk: jak się znajduje późniejszego mistrza olimpijskiego w miejscowości, gdzie nie ma żadnych tradycji sportowych?

Mieczysław Szymajda: Trudne pytanie. Nigdy nawet nie marzyłem, że znajdę mistrza olimpijskiego. Może gdzieś to było zapisane. Co ja mogę powiedzieć. Już 30 lat zimą wylewamy w Domaniewicach lodowisko i jeździmy na łyżwach. Ze Zbyszkiem Bródką spędziliśmy na nim dziewięć lat, choć muszę podkreślić, że jeździliśmy też na zgrupowania do Sanoka czy do Białegostoku, gdzie trenowaliśmy short-track.

Myślał pan o tym, żeby wychować sportowca, który odniesie tak wielki sukces?

- Nie. Chodziło zawsze o najlepszy wynik na najbliższych zawodach. Najpierw młodzików, później o medale na ogólnopolskiej olimpiadzie młodzieży. I udawało się to osiągnąć na tych naszych starych śmieciach. Chciałem podkreślić, że nigdy nie oczekiwałem, że za swoją pracę dostanę jakąś wielką kasę. Zależało mi przede wszystkim, by dzieci mogły pojeździć na łyżwach. Często zarzucano mi, że zbieraliśmy opłaty za wypożyczanie łyżew. Pieniądze szły na zakup sprzętu. Dzięki temu teraz, gdy ktoś do nas przyjeżdża, to jest zaskoczony, że w szatni mieszczącej się w starej kotłowni szkolnej mamy z 600 par łyżew, w tym specjalne płozy i buty do short-tracku. Sam jestem zdziwiony, skąd wziąłem na to aż tyle kasy.

Jeśli chodzi o sprzęt, to UKS Błyskawica Domaniewice sponsorował AZS, a nawet Polski Związek Łyżwiarstwa Szybkiego. Ja nigdy nie żałowałem pieniędzy na sport, nawet własnych. Jak związek potrzebował busa, to dawaliśmy naszego mercedesa. To taka stara skorupa, do której wchodzi dziewięć osób. Jeździł od Włoch do Łotwy. Chyba tylko raz zwrócono mi koszty, jakieś 1500 zł. Nie protestowałem, bo byłem zadowolony, że chłopaki mogą startować. To była dla mnie najlepsza motywacja. Buty ściągałem z Nowej Zelandii. Odlewy służyły AZS Opole, nawet na kadrze Polski. Mam pismo, w którym obiecano mi refundację kosztów, ale do dziś nic nie dostałem. Wielu ludzi żyło z tej biednej i często wyśmiewanej Błyskawicy Domaniewice.

Wróćmy do Zbigniewa Bródki. Kiedy zobaczył pan, że może zrobić prawdziwą karierę sportową?

- Gdy zaczął wygrywać, wspólnie z nim i jego rodzicami zastanawialiśmy się, co dalej robić. W klasie maturalnej doszliśmy do wniosku, że aby się rozwijać, musi trafić do profesjonalnego klubu. Zbyszek chodził wtedy do technikum elektronicznego w Zgierzu. Wybraliśmy SMS Białystok, gdzie była sekcja short-tracku. Świetnie sobie tam radził, jako junior zdobywał mistrzostwo Polski. Miałem wtedy taką dwójkę mocnych artystów: Zbyszka i Łukasza Fabiańskiego. Oni strasznie rywalizowali między sobą, co ich motywowało do jeszcze cięższej pracy. Karierę Łukasza przekreślił wypadek na mistrzostwach Polski w Krynicy [rywal przeciął mu łyżwą mięsień - przyp. red.]. Zbyszek też w nim uczestniczył, lecz mniej ucierpiał. Później, po maturze, razem uznaliśmy, że powinien iść do OMKŁ Opole, który działał przy tamtejszym AZS Politechnice. Tam były najlepsze warunki wyżywienia, zakwaterowania i stypendiów, nagród.

Skąd pan brał pieniądze na to wszystko? Z tych opłat za lodowisko?

- Nie tylko. Dawałem też swoje. Pamiętam, że na pierwsze profesjonalne buty wyjąłem swoje 20 tys. i dałem panu Bielawskiemu, który sprowadzał sprzęt z Francji. Do dziś nam służą. Jestem osobą niepijącą, niepalącą, wielkich potrzeb nie mam. Na gorzałę i zabawy nie wydawałem pieniędzy. A że nie mam rodziny, wszystkie oszczędności pakowałem w łyżwy i sport młodzieżowy. Pomagały mi też Łódzka Federacja Sportu i urząd gminy.

Po latach doczekał się pan wielkiej satysfakcji.

- Tak, to nagroda.

W Domaniewicach czy nawet w pobliskiej Łodzi nie ma tradycji ścigania się na łyżwach. Jak pan wpadł na to, żeby dzieci i młodzież uprawiali short-track?

- Powiem tak: gdyby w kalendarzu wojewódzkiego szkolnego związku sportowego były skoki narciarskie, to w Domaniewicach wybudowałbym małą skocznię. Zawsze chciałem moim uczniom umożliwić starty we wszystkich dyscyplinach. W tamtych czasach w programie były m.in. łyżwiarstwo, czyli błękitna sztafeta, złoty krążek i jazda szybka. Jak był mróz, robiliśmy więc lodowisko. Mówiłem, że będziemy startować w zawodach, to przychodziło mnóstwo chętnych. Robili przekładanki, jeździli slalomy, śmigali się na czas tak, że aż rowy wycinali w tym lodzie. Wtedy brało się wiaderka i szło do szkoły po wodę, czekało, aż zamarznie, i dalej. Gdy miałem już kilku niezłych zawodników, którzy wchodzili do finałów ogólnopolskich, to gdzieś tam na górze zrobiono głupotę i zlikwidowano takie konkurencje. Żeby tego nie zmarnować, powołaliśmy uczniowski klub sportowy z sekcją łyżwiarską. Dzięki temu młodzież mogła rywalizować w całym kraju.

Zbigniew Bródka od początku się wyróżniał?

- Nie. Był taki cichy, nieśmiały, bardzo skromny. Jako mały chłopak pomagał rodzicom w gospodarstwie. Musiał wszystko zrobić i dopiero wtedy zasuwał sześć kilometrów na łyżwy czy na salę. Był i jest bardzo pracowity.

Kiedy odkrył pan u niego talent?

- Między Łukaszem Fabiańskim a Zbyszkiem cały czas toczyła się rywalizacja. Nie tylko w łyżwiarstwie, ale we wszystkich dyscyplinach: skakali, grali w piłkę ręczną, nożną. Później sami stwierdzili, że najlepiej czują się na łyżwach, dlatego zostawili lekką atletykę. Pomogły im sukcesy, jakie odnosili.

A do treningów trzeba go było namawiać?

- Nie, nigdy. Sami przychodzili na zajęcia. W nocy zrobiłem lód, a oni wstawali o piątej rano, zapalali światło i jeździli. Przed wyjazdem do szkoły średniej w Zgierzu już był po treningu.

Patrząc na postępy Zbigniewa Bródki, przyszło panu kiedyś na myśl, że wygra Puchar Świata i stanie na olimpijskim podium?

- Nigdy nie przypuszczałem, że może osiągnąć tak wielki wynik. Cieszyłem się z kolejnych sukcesów: zwycięstw w zawodach, powołania do reprezentacji, wyjazdu do Chin na mistrzostwa świata. Zbyszek jest bardzo ambitny. Pamiętam rozpacz, gdy z powodu kontuzji nie pojechał na igrzyska do Turynu. Po tym stwierdził, że chyba musi przejść na długi tor, gdzie urazów jest mniej. Długo nad tym dyskutowaliśmy. Raz w roku w Warszawie są spotkania trenerów łyżwiarskich. Na jednym z nich przedstawiłem sprawę Krzysztofowi Niedźwiedzkiemu [ojcu Konrada, olimpijczyka z Soczi - przyp. red.], który wtedy prowadził kadrę. Opowiedziałem, kim jest Zbyszek, jakie ma osiągnięcia. Niedźwiedzki zaprosił go na konsultację, zrobił testy i był bardzo zadowolony, że trafił na takiego zawodnika. Z kadry short-tracku został od razu przeniesiony do kadry na długim torze. Na pierwszy obóz go nie zabrali, poprosiłem więc znów, żeby dali mu szansę. I udało się. Teraz pracuje pod kierunkiem Wiesława Kmiecika, do którego mam pretensje za Soczi.

Za co, przecież Bródka zdobył złoto...

- Kmiecik nie powinien się zgodzić na zmianę przez Zbyszka Bródkę płóz przed biegiem na 1000 m. Bródka też popełnił błąd, bo czegoś takiego nie robi się przed najważniejszym startem w życiu. Jak się o tym dowiedziałem, to aż mnie poderwało. Pół nocy nie mogłem zasnąć. To tak, jakby przed ważnym wyścigiem przesiąść się na całkiem nowy motocykl. Podczas rozgrzewki przed biegiem na 1500 m przypatrywałem się na telewizyjnych zbliżeniach, co ma na nogach. Zobaczyłem, że znów ma stare płozy, to się uspokoiłem. Jak można taki numer zrobić na igrzyskach. Gdyby wcześniej nie zmienił płóz, mielibyśmy dwa indywidualne medale. Jestem przekonany, bo stać go było na podium także na 1000 m.

Dużo mówi się i pisze o słynnych treningach na desce imitujących jazdę na łyżwach. Skąd takie pomysły?

- Wszyscy tak ćwiczą w Polsce. Jeździłem po kraju, podglądałem innych i wprowadzałem te nowinki u siebie. Sugerowano nam, żeby tego nie robić, ale postanowiliśmy zostać przy starych metodach. Na AWF-ie nie nauczono mnie, jak powinny wyglądać treningi stricte łyżwiarskie, tylko podstawowych elementów jazdy. Dziś na AWF nie ma już chyba łyżwiarstwa. Po zakończeniu studiów zrobiłem jeszcze uprawnienia instruktora łyżwiarskiego. Na więcej nie miałem czasu. Dlatego starałem się podglądać innych, coś przeczytać. I tyle.

Czego brakowało Bródce, by wcześniej dołączyć do światowej czołówki?

- Teraz po short-tracku każdy młodzik myśli o przejściu na dłuższy tor. To naturalna zmiana. Gdybyśmy zrobili to z Bródką wcześniej, nawet po skończeniu wieku juniora młodszego, to teraz zaliczałby czwarte igrzyska. Za późno podejrzałem, że coś takiego można zrobić z dobrym skutkiem. Ale człowiek cały czas się uczy... Wracając do Bródki, to on po dwóch latach startów na długim torze wywalczył kwalifikację olimpijską. Przestawił się błyskawicznie, choć to poważna zmiana. Inna jest krzywizna toru, inne płozy. Ma też swoje korzyści. Zbyszek wielokrotnie powtarza, że gdyby nie short-track, wielokrotnie częściej by się przewracał. Dzięki technice potrafi wyjść z trudnych sytuacji.

Bródka miał chwile zwątpienia, chciał kończyć karierę?

- Największe przed igrzyskami w Turynie. To był żal, że tak wiele pracy poszło na marne. Na szczęście nie trzeba było go przekonywać do pozostania przy sporcie, bo jak już wielokrotnie mówiłem, on sam zawsze szuka najlepszego wyjścia z trudnej sytuacji.

Jak długo jeszcze będzie startował? Rozmawialiście o tym?

- Rok przed igrzyskami, po zdobyciu Pucharu Świata, powiedział, że albo będzie jeździł rok, albo pięć. Teraz mówi o kolejnych igrzyskach. On nie jest sportowcem wyeksploatowanym, dlatego jeszcze przez kilka lat może odnosić sukcesy.

Ma pan u siebie w Domaniewicach kandydatów na nowych Bródków?

- Teraz takich zapaleńców jak on nie ma, podobnie jak takich pajaców jak ja, który wszystko im poświęcał.

* Mieczysław Szymajda ma 58 lat. Jest nauczycielem wychowania fizycznego w gimnazjum w Domaniewicach. Jak mówi o sobie, ma cztery pasje: wędkarstwo, akwarium, zbieranie grzybów i przede wszystkim sport młodzieżowy

Więcej o:
Skomentuj:
Mieczysław Szymajda, pierwszy trener Zbigniewa Bródki: "Mogły być dwa indywidualne medale" [WYWIAD]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX