Turniej w Chinach szczęśliwy dla polskiej reprezentacji siatkówki plażowej

Michał Kądzioła i Jakub Szałankiewicz, którzy na co dzień trenują w łódzkim SMS, zakończyli rywalizację podczas World Tour Grand Slam w Szanghaju na piątym miejscu. To bardzo dobry wynik i prognostyk przed kolejnymi zawodami, ponieważ zawody w Chinach były pierwszymi w tym sezonie. - Jesteśmy zadowoleni z tego startu i będziemy dążyć do tego, żeby było jeszcze lepiej - mówi prosto z Szanghaju Jakub Szałankiewicz
Rozmowa z

Jakubem Szałankiewiczem

siatkarzem plażowym

Maciej Nowocień: Piąte miejsce to wymarzony wynik na początek sezonu.

Jakub Szałankiewicz: Rzeczywiście ten rezultat należy traktować jako bardzo dobry wynik, zważywszy na fakt, że to zawody Grand Slam. W ubiegłym roku w Szanghaju zajęliśmy czwarte miejsce, dlatego Chiny są już od paru lat dla nas szczęśliwym miejscem.

Jaka była wasza reakcja po losowaniu grup? Trafiliście na Rosenthala i Dalhaussera, turniejową jedynkę z USA, rewelację poprzedniego sezonu, czyli Włochów Tomatis/Ranghieri i jak na razie odkrycie tego sezonu, czyli Katarczyków De J Santos/Santos Pereira.

- Nasza grupa była wyrównana. Oczywiście głównymi faworytami byli Amerykanie, którzy potem swoją grą to potwierdzili. Z duetem z Włoch sparowaliśmy zaś w czasie przygotowań, choć tak naprawdę to tylko z jednym z tych zawodników, ponieważ drugi odniósł kontuzję i musiał pauzować. Jeśli chodzi o parę z Kataru, to są to brazylijscy zawodnicy, którzy zmienili narodowość, w ten sam sposób co kiedyś Gruzini Geor/Gia.

W grupie przegraliście właśnie z Katarem i USA. Dużo zabrakło do szczęścia?

- W meczu z USA w pierwszym secie graliśmy punkt za punkt, ale w końcówce popełniliśmy kilka błędów i dlatego przegraliśmy. W drugim nie mieliśmy natomiast za dużo do powiedzenia. Amerykanie cały czas dobrze grali zagrywką i w ten sposób wygrali cały mecz. Jeśli chodzi o Katar, to nie zaczęliśmy dobrze, ale staraliśmy się dogonić rywali. Przewaga była jednak tak duża, że ciężko było to odrobić. Drugiego seta przegraliśmy przez własną głupotę, ale przecież człowiek uczy się na własnych błędach, dlatego wyciągniemy z tego odpowiednie wnioski.

Wyszliście jednak z grupy i naprzeciw wam stanęła kolejna mocna para, czyli Walkenhorst/Stiekema. Holendrzy wydawali się być w gazie po zajęciu trzeciego miejsca w Fuzhou.

- Nasze mecze z tą parą z Holandii zawsze są długie. W tamtym roku graliśmy z nimi tie-breaka w Klagenfurcie. Tam przegraliśmy, ale dziś się zrewanżowaliśmy. Cieszy mnie fakt, że udało nam się wytrzymać te nerwowe końcówki. W ostatnich latach bardzo tego brakowało.

W drugiej rundzie odegraliście się za Fijałka i Prudla z Amerykanami Bourne/Hyden...

- Parę z Ameryki mieliśmy idealnie rozpisaną przez naszych trenerów Martina Olejnaka i Grzegorza Klimka. Praktycznie przez cały mecz grali tak, jak chcieliśmy, i od początku do końca kontrolowaliśmy sytuację na boisku.

Polegliście dopiero w ćwierćfinale z Łotyszami Samoilovsem i Smedinsem. Była szansa na półfinał?

- Oczywiście, że była szansa na półfinał, i uważam, że gdyby nie system rozgrywek, jaki był na turnieju, to byłaby jeszcze większa szansa na awans. Dziś był to nasz trzeci mecz przy temperaturze 30 stopni, a Łotysze po raz drugi wyszli na boisko. Sami sobie zawiniliśmy i mogliśmy awansować z pierwszego miejsca, wtedy nie byłoby takiego problemu, ale mimo wszystko uważam, że trzy spotkania jednego dnia to za dużo. To powinno ulec zmianie.

Turniej dał się wam we znaki pod względem fizycznym?

- Ze zdrowiem jest coraz lepiej, zarówno z kostką Michała, jak i moim barkiem. Jesteśmy trochę zmęczeni, ale teraz przez kilka dni w Polsce odpowiednio zregenerujemy się. Na pewno wrócimy do pełnej dyspozycji. Jesteśmy zadowoleni z tego startu i będziemy dążyć do tego, żeby było jeszcze lepiej.

Gdzie teraz będzie można spotkać parę Kądzioła/Szałankiewicz?

- Przez trzy tygodnie będziemy trenować w Polsce, ponieważ turniej w Brazylii został przesunięty na późniejszy termin.