Maciej Lampe mówi o dzieciństwie w Łodzi, NBA, Realu Madryt i Barcelonie [DŁUGI WYWIAD]

- Gdy miałem cztery lata, nie chciałem iść z rodzicami w gości, więc uciekłem z domu. Mamie powiedziałem, że idę na dwór i wrócę za dziesięć minut. Znalazłem się na komisariacie policji - mówi o swoim dzieciństwie na łódzkiej Retkini Maciej Lampe, koszykarz FC Barcelona
Rozmowa z

Maciejem Lampe

koszykarzem FC Barcelona

Maciej Nowocień: Co pamiętasz ze swojego dzieciństwa w Łodzi?

Maciej Lampe: Przez pięć lat mieszkałem na Retkini w ośmiopiętrowym wieżowcu. Na samej górze. Pamiętam, że do żłobka jeździłem na rowerze. Ktoś mi mówił, że nie umiałem dobrze hamować i często wjeżdżałem w samochody. Dużo wychodziłem do znajomych na osiedle. Była taka knajpka, gdzie piliśmy oranżadę. Miałem bardzo dobrego kolegę Jacka, który mieszkał w tym samym bloku, ale na trzecim piętrze. Pamiętam też, jak w żłobku inny znajomy wyrzucił mój smoczek przez balkon. Na szczęście w zamian dostałem do ssania cukierki. Moi rodzice mieli poloneza i kiedyś z tatą pojechałem go sprzedać. On lubił szybką jazdę i chciał go przetestować. Najadłem się wtedy sporo strachu. Najbardziej zapadły mi w pamięć przygody z dzielnicy. Gdy miałem cztery lata, nie chciałem iść z rodzicami w gości, więc uciekłem z domu. Mamie powiedziałem, że idę na dwór i wrócę za dziesięć minut. Poszedłem do kolegów na sąsiednie podwórko i nie kwapiłem się do powrotu. Wylądowałem na komendzie policji. Mama mnie stamtąd odebrała i w dostałem w domu lanie... podczas obiadu, gdy jadłem zupę. Można powiedzieć, że już wtedy pokazywałem charakter.

Teraz odwiedzasz stare kąty?

- Moja rodzina od strony ojca mieszka w Uniejowie. Kiedy w grudniu graliśmy mecz w Polsce, widziałem się z bliskimi. W samej Łodzi mieszka mój kuzyn z dziećmi. Planuję go odwiedzić latem. Lubię przyjeżdżać do Łodzi, ale są to z reguły krótkie wizyty. Na Retkinię już raczej nie jeżdżę, bo nie mam tam już znajomych. Zazwyczaj biorę rodzinę do Manufaktury i idziemy na obiad.

Czujesz się łodzianinem?

- Tak, choć w Łodzi się tylko urodziłem, a wychowałem w zasadzie już w Sztokholmie. Ze Szwecji przyjeżdżaliśmy do Polski na święta czy na wakacje. Pamiętam, że płynęliśmy promem do Gdańska i potem jechaliśmy samochodem. Trzeba było oszczędzać, więc o samolotach nie było mowy. Pakowaliśmy się w samochód, jechaliśmy kilka godzin na prom i płynęliśmy 17 godzin do Polski. Droga z Gdańska do Łodzi w tamtych czasach też nie była krótka. Pamiętam, że ojciec bardzo lubił jeździć samochodem i chwalić się swoją supermazdą 626 (śmiech).

Nie ma się czemu dziwić. Wówczas taki samochód dla Polaków to był rarytas.

- Gdy przyjeżdżaliśmy na osiedle, to nasza mazda była atrakcją. Ojciec był do niej bardzo przywiązany. Nie pamiętam dokładnie, ile czasu ją miał, ale na pewno kilkanaście lat. Sprzedał ją chyba dwa lata przed swoją śmiercią, czyli gdzieś w 2010 roku. Miał jeszcze inny samochód, ale to mazdą przejechał całą Europę, także potem ze mną do Hiszpanii.

Jako pięciolatek wyjechałeś z rodziną do Szwecji. Trudno było?

- Dla mnie to nie był żaden problem. Gorzej zniósł to brat, który jest ode mnie dziewięć lat starszy. Miał kłopoty, bo dla nastolatka to już całkiem inny świat. To nie było też tak, że wyprowadziliśmy się i prowadziliśmy świetne życie. Cały czas szukaliśmy lepszego miejsca z osiedla do osiedla. Nie było łatwo znaleźć dobre mieszkanie. Z perspektywy czasu jestem bardzo wdzięczny rodzicom, że wyjechaliśmy. Miałem o wiele lepsze możliwości w tamtych czasach. Bez problemów nauczyłem się angielskiego, bo oglądałem telewizję, a tam wszystko było w tym języku. Gdybym został w Polsce, to nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie. W Szwecji było mi dobrze.

Zacząłeś też grać w koszykówkę.

- Tak, ale najpierw trenowałem hokej na lodzie, wioślarstwo i piłkę nożną. Koszykówka była dla mnie dopiero czwartym sportem.

Dlaczego nie zostałeś więc hokeistą? To w Szwecji niemal sport narodowy.

- Ojciec kupił mi spodnie o cztery numery za duże, bo sprzęt hokejowy był bardzo drogi. Myślał, że szybko urosnę. Naprawdę głupio wyglądałem w tych ciuchach na lodzie. To mnie zniechęciło.

A wioślarstwo?

- W Szwecji można je uprawiać tylko przez kilka miesięcy. Potem jest za zimno.

Piłka nożna?

- Stałem w bramce, ale chyba tylko ja myślałem, że jestem dobrym piłkarzem. Zacząłem trenować koszykówkę i to najbardziej mi się spodobało. Tym bardziej że grali w nią w Szwecji prawie sami obcokrajowcy, zwykle uchodźcy z Jugosławii czy Ameryki Południowej.

Uczyłeś się w katolickiej szkole u sióstr zakonnych. Kto miał z kim więcej problemów?

- No, było tam trochę kłopotów (śmiech). Na szczęście siostry wiedziały, jaki mam charakter. Z niektórymi mam kontakt do tej pory, mieszkają niedaleko Monachium. Przyznam się jednak, że nie lubiłem chodzić do szkoły. Ludzie śmiali się ze mnie, że chodzę do katolickiej szkoły. Patrząc z perspektywy czasu, była to jednak najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przytrafić w tamtych czasach. Nauczyłem się dyscypliny. Mieliśmy bardzo dużo lekcji. W Szwecji podstawówka trwa dziewięć lat. Przez pierwsze trzy byłem dobrym uczniem. Przez kolejne trzy też było nieźle, ale koszykówka już wtedy zajmowała mi większość dnia. Cały czas grałem i nie odrabiałem lekcji. Już wtedy mówiłem wszystkim, że będę koszykarzem. Nie miałem już dobrych ocen i mama się martwiła. Niektórzy do końca we mnie wierzyli. Na koniec roku szkolnego dyrektor wyróżnił mnie i powiedział, że dobrze jest mieć coś innego w głowie, niż tylko naukę. Inni uczniowie zaczęli mi bić brawo, gdy dodał, że jestem najlepszym koszykarzem w Skandynawii. Mama się popłakała ze szczęścia.

Podstawówkę skończyłeś jednak już w Hiszpanii po podpisaniu umowy z Realem Madryt.

- Chodziłem tam już do specjalnej szkoły dla sportowców w Alcorcon. Pamiętam, że uczył się w niej też Fernando Torres [piłkarz Milanu - przyp. red.]. Tam nauczyłem się też hiszpańskiego.

Do Madrytu przeprowadziłeś się z całą rodziną. Rodzice uważali, że 15 lat to za wcześnie, byś rozpoczął samodzielne życie?

- Nie lubię wracać do tej historii, bo w Hiszpanii nie było nam dobrze. Podpisałem byle jaki kontrakt, bo chciałem po prostu wyjechać ze Szwecji. Tam nie było dobrej koszykówki, a ja chciałem grać. Nie robiło mi różnicy to, gdzie będę mieszkał. Chciałem gdziekolwiek zaistnieć. Ojciec poświęcił całe dotychczasowe życie, spakował nas i pojechaliśmy samochodem do Madrytu, bym został gwiazdą. Miałem 15 lat i choć miałem swoje zdanie i tłumaczyłem rodzicom, żeby zostali w Szwecji, to ojciec nie chciał tego słuchać. Tata dużo kłócił się z Realem o kwestie kontraktowe. Na początku nie mogłem grać, a do tego mama się rozchorowała. Było wiele trudnych chwil, ale koszykówka była tym, co mnie trzymało.

Dlaczego zgodziłeś się na grę w Realu, skoro umowa była zła?

- To była pierwsza drużyna, która się po mnie zgłosiła. Dobrze zaprezentowałem się w meczu reprezentacyjnym kadetów w Portugalii. Tam mnie wypatrzyli, a ja ślepo wskoczyłem do tej łódki. Teraz wiem, że trzeba było poczekać. Słyszałem, że tydzień później chciała do mnie dzwonić Barcelona... Teraz już o tym nie myślę. Cieszę się, że grałem w Realu i mogłem jako bardzo młody zawodnik pokazać się w Eurolidze.

Zadebiutowałeś w tych rozgrywkach w wieku 16 lat.

- Myślałem, że jestem dobry. Gdy podpisałem pierwszą umowę z agentem, to usłyszałem, że najlepszą rzeczą w mojej koszykówce jest pewność siebie. Zawsze taki byłem. Tak jak mówiłem wcześniej, gdy grałem w hokeja, to myślałem, że będę wielkim hokeistą (śmiech). Tak się stało z koszykówką.

Z Madrytu wyjechałeś do elitarnej NBA. Musiałeś jednak wykupić swój kontrakt za dwa miliony euro.

- Zostałem wybrany w drafcie z numerem 30, dlatego musiałem jeszcze udowodnić swoje umiejętności na treningach. To był szok, bo rywale skakali mi nad głową. Na szczęście lepiej zaprezentowałem się w meczu przedsezonowym z Utah Jazz. Siedział mi rzut i w końcu podpisałem kontrakt z New York Knicks. Większość mojej pensji szło na spłatę buyoutu z Madrytu [kwota wykupienia z klubu - red.]. Po trzech latach w NBA, bo byłem jeszcze w Phoenix Suns, New Orleans Hornets i Houston Rockets, praktycznie nie zarobiłem żadnych pieniędzy. Nawet gdy odszedłem już do Chimki Moskwa, to musiałem spłacić jeszcze 350 tys. dolarów.

Jak się czuje 18-letni chłopak, przed którym stoi otwarta brama do NBA?

- Nie wiesz, co się będzie z tobą działo. Przed tym, jak znalazłem się w drafcie, musiałem pojechać na specjalne treningi. Tam poszło mi dobrze i rzeczywiście szansa gry w NBA była realna. Cały czas wierzyłem też, że ktoś mnie weźmie, bo czytałem o sobie dużo dobrego. Kłopotem był jednak ten nieszczęsny buyout z Madrytu. Pierwsi odezwali się włodarze Milwaukee Bucks, którzy chcieli wziąć z mnie z numerem 17. Zażądali jednak, żebym jeszcze parę lat grał w Europie. Wszyscy dookoła mówili mi jednak, że jestem gotowy na NBA. Odmówiłem. Spadłem więc do 30. miejsca i mimo że New York Knicks mnie chcieli, to cały czas miałem wrażenie, że znów ktoś chce zrobić mnie w konia. Powiem szczerze, że tej nocy się nawet popłakałem. Wszystko się jednak potoczyło w dobrym kierunku.

W Nowym Jorku zagubiłeś się życiowo.

- Niestety, za wzór wziąłem nie tych ludzi, co powinienem. Koszykówka była mojej głowie, chciałem grać, ale było mi tam ciężko. Byłem młody, chciałem zobaczyć świat. W ogóle jednak nie grałem i to mnie bolało. Treningi mieliśmy w Westchester, a mecze w Madison Square Garden. Podróż autem między tymi ośrodkami zajmuje około 1,5 godziny. Bogaci gracze mieli domy niedaleko hali i apartamenty przy naszym centrum treningowym. Ja musiałem codziennie spędzać po kilka godzin w samochodzie. W Nowym Jorku nie zachowywałem się też tak, jak przystało na sportowca. Knicks oddali mnie więc do Phoenix Suns. Tam miałem bardzo dobrego trenera, Mike'a D'Antoniego. Bardzo mi pomógł, mogliśmy rozmawiać na każdy temat. Trochę zacząłem grać, ale gdy Suns podpisali kontrakt z innym zawodnikiem na moją pozycję, to się obraziłem. Brakowało mi pokory i cierpliwości.

Zaliczyłeś także występy w New Orleans Hornets i Houston Rockets.

- W Suns bardzo mnie lubili. Dobrze przepracowałem okres letni i wydawało się, że nie będą chcieli się mnie pozbyć. Suns byli wówczas jedną z najlepszych drużyn w NBA, a oddali mnie do najsłabszej. Trochę to mnie bolało. Tam też zresztą nie grałem.

Ze Stanów pojechałeś grać do Moskwy. Chciałeś wyjechać z NBA czy po prostu nie miałeś szans zostać za oceanem?

- Miałem okazję przedłużyć kontrakt z Houston za minimum finansowe. Chciałem jednak zarobić pieniądze, a taką okazję dawała mi Rosja.

W Chimiki odżyłeś koszykarsko. Zrozumiałeś swoje błędy?

- Można powiedzieć, że tak. W NBA nie zarobiłem żadnych pieniędzy, więc wiedziałem, że nareszcie trzeba zacząć grać w tego kosza. W Rosji od nowa zakochałem się w tym sporcie. Miałem 21 lat, wchodziłem w wiek dorosłego zawodnika. Trzeba było się w końcu pokazać.

Po kolejnych epizodach w Izraelu i znów w Rosji trafiłeś do hiszpańskiego Caja Laboral.

- Przed odejściem do Hiszpanii miałem znakomity sezon w Uniksie Kazań. Zdobyliśmy m.in. EuroCup i szczerze mówiąc, to myślałem, że podpiszę kontrakt z jeszcze lepszym klubem niż Caja Laboral. Dużo rozmawiałem jednak telefonicznie z trenerem Dusko Ivanoviciem i mnie ostatecznie przekonał.

Po dwóch sezonach znalazłeś się w słynnej Barcelonie. Czym cię skusili?

- To najlepszy klub w Europie. Kto nie chciałby tam grać?

To jasne, ale może miałeś gdzieś lepszą ofertę finansową?

- Rzeczywiście, była jedna propozycja, gdzie mogłem zarobić trochę więcej. Chciałem jednak grać w Barcelonie. Ten klub jest świetnie zorganizowany. Do tego co roku mam szansę wygrać kilka tytułów. Czuję się zawodnikiem wielkiego klubu. Niczego mi tu nie brakuje.

Jesteś popularny w stolicy Katalonii?

- Ludzie mnie rozpoznają, ale raczej nie mam kłopotów z tym, żeby gdzieś się publicznie pokazać. Barcelona też mi się bardzo podoba jako miasto.

Jak jako zawodnik Barcelony podchodzisz do drużyny Realu Madryt? Krótko mówiąc, te ekipy się nie lubią, a ty masz jeszcze nieciekawą historię z klubem ze stolicy Hiszpanii.

- Co ciekawe, większość ludzi, z którymi miałem okazję współpracować w Realu, dalej jest w klubie. Nie mam jednak w tym zespole wrogów. Oczywiście mecze z Realem to wielkie derby i jak się gra w takim meczu, to mobilizacja jest szczególna. Wszyscy w zespole to czujemy, a szczególnie ja przez dawne przygody. To też nasz największy rywal w walce o mistrzostwo Hiszpanii i w Eurolidze.

W ubiegłym sezonie znacznie się przyczyniłeś do mistrzostwa Hiszpanii, rzucając w końcówce meczu z Realem celnie z dystansu. Często oglądasz tę akcję?

- Czasem ktoś mi ją pokaże w internecie. Sam w domu jej nie oglądam (śmiech), ale bardzo dobrze pamiętam. Przyszłoroczny turniej Final Four Euroligi odbędzie się w Madrycie. Liczymy na powtórkę, a zwycięstwo byłoby spełnieniem naszych marzeń.

Spełniasz się w Barcelonie, ale czy nie liczysz na powrót do NBA?

- Szansę na pewno dostanę, a po ostatnim sezonie dzwonił do mnie Larry Bird z Indiana Pacers. Nie wiem jednak, czy wrócę do Stanów. Zobaczymy. Na razie jestem skoncentrowany na grze w Barcelonie.

Co z reprezentacją Polski? Zagrasz w przyszłorocznym Eurobaskecie?

- Nie wiem, czy dostanę powołanie. Wcześniej trener mnie nie widział w składzie, ale wziął młodych chłopaków, którzy muszą się ogrywać. To była moim zdaniem dobra decyzja. Widziałem grupę, w której w przyszłym roku zagrają Polacy [Francja, Finlandia, Izrael, Rosja oraz Bośnia i Hercegowina - red.]. Łatwa nie jest.

Latem tego roku oświadczyłeś się swojej partnerce w Uniejowie. Kiedy ślub?

- Planujemy go na lato 2015, ale jeszcze nie wiemy, gdzie. Jest opcja na Polskę, ale mamy jeszcze czas, by podjąć decyzję.

Wrócisz do Łodzi po zakończeniu kariery?

- Mam na oku jedną fajną działkę pod Uniejowem. Chciałbym ją kupić i coś w Polsce wybudować. Ale czy na stałe? Tego jeszcze nie wiem.