Z Łodzi na mecze NBA, NHL i MLS, czyli sportowy American Dream spełniony [RELACJA oraz FOTO+WIDEO]

Pod koniec października ubiegłego roku oglądając skróty z meczów NBA po prostu zdecydowałem, że chcę to zobaczyć na żywo. I swego dopiąłem. W Stanach Zjednoczonych spędziłem niezapomnianych dziesięć dni, gdzie obejrzałem mecze najlepszych lig świata
Stwierdziłem, że podczas pierwszej wycieczki za ocean warto zobaczyć Nowy Jork, który jest przecież reprezentatywnym miastem, jeśli chodzi o USA. Zdecydowałem, że polecę tam pod koniec marca na 10 dni. Zapowiadały się wówczas ciekawe mecze NBA, a poza tym miałem pięć miesięcy, by dobrze zaplanować i zorganizować swoją wycieczkę.

Wielkie przygotowania

Po pierwsze, złożyłem wniosek o nowy paszport, ponieważ stary był już nieważny ładnych parę lat. Odebrałem go 10 dni po złożeniu wniosku, po czym z marszu wysłałem prośbę o przyznanie wizy turystycznej. Sama aplikacja, bez względu na decyzję konsulatu, to koszt 160 dolarów. Kilka dni później stawiłem się w Warszawie na rozmowę z pracownikiem konsulatu. Pech chciał, że przez korki na autostradzie spóźniłem się na spotkanie. Na szczęście ochroniarze byli wyrozumiali i wpuścili mnie do budynku. Bardzo miła pani konsul zadała mi kilka podstawowych pytań, m.in. o cel wyjazdu, ewentualną rodzinę lub znajomych w USA, rodzinę w Polsce i miejsce zatrudnienia. Oczywiście na wszystkie pytania odpowiadałem zgodnie z prawdą, bo przecież nie miałem nic do ukrycia. Tym samym obaliłem mit o trudnościach w staraniu się o wizę do Stanów Zjednoczonych, bo po dwóch minutach rozmowy otrzymałem 10-letnią promesę i z uśmiechem na twarzy wróciłem do Łodzi.

Mogłem już spokojnie zająć się kwestią lotów, zakwaterowania i planu wycieczki. Jeśli chodzi o przejazd, to po kilku tygodniach śledzenia portali lotniczych udało mi się zakupić bilety na trasie Warszawa - Berlin - Nowy Jork z powrotem Nowy Jork - Berlin - Budapeszt za zaledwie 1200 zł. Do tego oddzielnie dokupiłem samolot z Budapesztu do Warszawy, co kosztowało mnie dodatkowe 200 zł (z czego 120 zł to opłata za duży bagaż).

Zacząłem więc powoli planować wycieczkę. Oczywiście najpierw kupiłem bilety na mecze, bo moja wyprawa miała przede wszystkim cel sportowy. Śledząc fora NBA wyczytałem, że nawet z najwyższych rzędów bardzo dobrze widać boisko, dlatego postanowiłem, że nie będę przepłacał za wejściówki. Tym samym kupiłem bilety na prawie wszystkie możliwe mecze NBA, które odbywały się w terminie mojej wycieczki: New York Knicks - Memphis Grizzles (65$), Brooklyn Nets - Cleveland Cavaliers (95$) i Brooklyn Nets - Los Angeles Lakers (60$).

Ponadto udało mi się za 6 dolarów kupić bilety autobusowe w dwie strony z Nowego Jorku do Waszyngtonu. Oczywiście postanowiłem zobaczyć mecz drużyny Marcina Gortata, Washington Wizards. "Czarodzieje" grali wówczas z Indiana Pacers w Verizon Center. Za bilet na mecz zapłaciłem 20 dolarów.

Jako fan sportu nie mogłem odpuścić także meczów słynnej hokejowej NHL. Postanowiłem zobaczyć spotkania pomiędzy New Jersey Devils i New York Islanders (45$) oraz New York Rangers i Anaheim Ducks (66$).

Jako ostatnie kupiłem bilety na mecze piłkarskie. Rezerwy New York Red Bulls grały pierwszy mecz sezonu z Rochester Rhinos w United Soccer League, czyli zapleczu Mayor League Soccer, amerykańskiej ekstraklasy. Za bilet na Red Bull Arena zapłaciłem symboliczne 10 dolarów. Nie mogłem także odpuścić meczu nowo powstałej drużyny New York City FC, w której gra m.in. David Villa. Za wejściówkę na... baseballowy stadion Yankee Stadium, na którym grają zawodnicy NYC FC, musiałem zapłacić 40 dolarów.

Pech chciał, że kiedy kupiłem już bilety na wszystkie mecze, z gry wypadło kilku zawodników, których bardzo chciałem zobaczyć. Najpierw kontuzji nabawił się Kobe Bryant z Los Angeles Lakers, a następnie z drużyny Knicks wypadł Carmelo Anthony. Żeby tego było mało, Brooklyn Nets na Minnesotę Timberwolves zamienił Kevin Garnett.

Najdłużej zajęło mi szukanie mieszkania. Hotele w Nowym Jorku są drogie, więc skorzystałem z portalu Airbnb.com, poprzez który można wynająć kwaterę prywatną. Nie jestem zbytnio wygodny, dlatego po długich poszukiwaniach udało mi się znaleźć skromny pokój na granicy dzielnic Queens i Brooklyn, za który zapłaciłem około 950 zł za 10 nocy. Co ciekawe, w dzielnicy Ridgewood, gdzie się zatrzymałem, mieszka najwięcej Polaków, oczywiście zaraz po najbardziej obleganym przez naszych rodaków Greenpoincie.

Skoro załatwiłem już wszystkie formalności, zacząłem dokładnie planować wycieczkę, by w Nowym Jorku nie stracić ani minuty. Wertując przewodniki, strony internetowe i wypytując znajomych, zrobiłem listę atrakcji, które chciałbym zaliczyć podczas pobytu.

Przygody na lotnisku i... "Kielecki mayonnaise",

W końcu się doczekałem. Lot do Nowego Jorku minął spokojnie, ale chyba nie spodobałem się celnikom. Dość długo byłem przepytywany, po co przejechałem, na ile, ile wziąłem ze sobą pieniędzy, gdzie będę mieszkał, co będę robił itd. Ostatecznie otrzymałem jednak półroczną wizę i mogłem iść odebrać bagaż.

Kolejny celnik zdecydował się sprawdzić moją walizkę, czy aby na pewno samotny podróżnik zwariowany na punkcie sportu nie przemyca dziesiątek tysięcy dolarów czy narkotyków. Gdy usłyszał, że jestem Polakiem, zawołał drugiego kontrolera, który był naszym rodakiem. Obaj dokładnie przeszukali wszystkie moje bagaże. Musiałem pokazać gotówkę, którą ze sobą miałem, tłumaczyłem się ze wszystkich zapisów w notatniku. Polski celnik był jednak bardzo miły. Okazało się, że jest fanem New York Red Bulls, więc chwilę pogadaliśmy o piłce. Dodał, że w zasadzie nie wie, dlaczego jego przełożony skierował mnie na kontrolę, bo on u mnie nie widział nic podejrzanego. Uścisnął mi rękę i życzył miłego pobytu w Stanach.

Polska pożegnała mnie ciepłym słoneczkiem, a wychodząc z lotniska w Nowym Jorku, przywitał mnie... śnieg. Skontaktowałem się z właścicielem mieszkania, w którym miałem się zatrzymać. Przestrzegł mnie, żebym uważał, bo jest "snow storm". Jak dla mnie były to normalne opady. Do mieszkania bez problemu dotarłem metrem. O tym, że jestem w polskiej dzielnicy, przekonałem się już podczas pierwszej wizyty w sklepie. Nie brakowało "Kieleckiego mayonnaise", wedlowskich delicji czy puszek lecha, żywca i warki.

Jeśli chodzi o zwiedzanie, zdecydowałem się na zakup specjalnej karty New York Pass, dzięki której przez dwa dni pobytu mogłem bezpłatnie skorzystać z kilkudziesięciu najważniejszych atrakcji miasta. Dzięki temu m.in. wjechałem na taras widokowy wieżowców Empire State Building oraz Top of the Rock, zwiedziłem muzeum zamachu na World Trade Center, od środka poznałem słynną halę Madison Square Garden oraz przepłynąłem statkiem wycieczkowym wokół Manhattanu i zwiedziłem muzeum na lotniskowcu Intrepid. Ponadto przeszedłem cały Central Park, zwiedziłem słynną Wall Street, zobaczyłem Times Square, przeszedłem Brooklyn Bridge i zjadłem słynnego hot doga na Coney Island. Atrakcji było dużo, dużo więcej...

NHL, czyli "let's go..."

Na każdym z meczów byłem najpóźniej godzinę wcześniej. Co ciekawe, wielu widzów decyduje się na równie szybkie przyjście do hali, a wszystko po to, by... uniknąć kolejek po jedzenie. Miałem wrażenie, że Amerykanie na widowiska sportowe przychodzą przede wszystkim na posiłek, a dopiero w drugiej kolejności zobaczyć ciekawy mecz. Większość z nich zamawia potężne zestawy kurczaków, frytek i hamburgerów, a do tego duże piwo lub napój gazowany. Czekając na wydanie posiłku, tracą sporą część meczu.

Pierwszego dnia wycieczki pojechałem do Newarku na hokejowy mecz Devils z Islanders. To małe derby, dlatego do Prudential Center przyjechało także wielu kibiców z Nowego Jorku. Czuć było atmosferę rywalizacji, a muzyka na rozgrzewce grana na organach tylko nadawała odpowiedniego klimatu meczowi hokejowemu. Podczas spotkania fani obu drużyn przekrzykiwali się... jedynym okrzykiem chyba dla wszystkich drużyn NHL, czyli "let's go Devils/Islanders". Serio, już potem podczas meczu nie usłyszałem żadnej innej piosenki.



Mecz poprzedziła efektowna prezentacja. Co ciekawe, kompletnie pominięto zespół gości, choć jak już hokeiści Islanders wjechali na lód, kibice Devils "przywitali" ich gwizdami. Nie oszczędzali się także sami zawodnicy. Nie brakowało zaczepek słownych i fizycznych. Ewidentnie hokeiści dążyli do bójek, jednak sędziowie tonowali emocje i pojedynków bokserskich przez całe spotkanie nie było. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 3:0 dla Islanders, a kibice "Wyspiarzy" świętowali zwycięstwo jeszcze w pociągu powrotnym do Nowego Jorku, którym również jechałem się do domu.



Po wyjściu ze stacji wciąż śpiewający kibice Islanders spotkali fana Rangers, który zaczął głośno wychwalać swój klub. Nie brakowało uszczypliwości między kibicami obu drużyn, jednak nie było mowy o wszczynaniu bójek czy wulgarnym obrażaniu drużyny rywali. Wszystko z uśmiechem i przekonaniem, "ja i tak mam rację".

Drugiego dnia wycieczki czekał mnie mecz w słynnej hali Madison Square Garden, która jest domową areną New York Rangers. W dniu meczowym obiekt podświetla się w barwach drużyny, które będzie wieczorem grała, dlatego hala przed meczem hokeistów z Nowego Jorku z Anaheim Ducks była biało-czerwono-niebieska. Doping na meczu Rangersów nie był już tak żywiołowy, jak na Devils, a oczywiście jedyną pieśnią było "let's go Rangers". W spotkaniu padło jednak o wiele więcej bramek, bo gospodarze pokonali "Kaczorów" aż 7:3. Co ciekawe, doszło do jednej bójki, która jest elementem "kultury" hokeja na lodzie, ale sędziowie szybko rozdzielili przeciwników i odesłali ich na ławkę kar.

Pracownikom Madison Square Garden zajmuje kilka godzin, by taflę lodu zamienić na boisko do koszykówki. Kolejnego dnia zobaczyłem upragniony mecz NBA, a Knicks grali z Grizzlies. Atmosfera na spotkaniach najlepszej koszykarskiej ligi świata kompletnie różni się od tych w polskich halach. Nie ma tam zorganizowanego dopingu, a podczas meczu dokładnie słychać kozłowanie piłki i pisk spod butów zawodników. Szkoda, bo fajnie byłoby posłuchać dopingu w hali, którą zapełniło kilkanaście tysięcy widzów. Bardzo słabo spisujący się w tym sezonie Knicks przegrali z Memphis aż 83:102, a mecz nie był porywający. Ciekawy był za to mecz młodych adeptów koszykówki w przerwie meczu. Widać było, że rosną następcy aktualnych gwiazd NBA.

Z wizytą u Marcina Gortata

Nadszedł czas na wycieczkę do Waszyngtonu, który, krótko mówiąc, nie jest ciekawym miastem. Spore wrażenie zrobiło na mnie tylko muzeum lotnictwa i przestrzeni kosmicznej. Co ciekawe, znów przeszedłem szczegółową kontrolę w drodze do Kapitolu. Idąc ulicą, zaczepił mnie policjant, który zadawał mi podobne pytania, jak na lotnisku, do tego przeszukał, usilnie szukając broni (o nóż pytał trzykrotnie) i... zrobił quiz z moich danych z dowodu osobistego. Oczywiście nic nie narozrabiałem i mogłem zobaczyć amerykański parlament. Co ciekawe, podczas zwiedzania jeden z przewodników dał mi przepustkę na kongres senatu, z której oczywiście skorzystałem. Po kilkunastu minutach niezbyt ciekawego słuchania problemów Amerykanów zdecydowałem się wyjść i kontynuować zwiedzanie stolicy Stanów Zjednoczonych.

Po odwiedzeniu Białego Domu udałem się już do Verizon Center, czyli hali Washington Wizards. Oczywiście w klubowym sklepiku kupiłem koszulkę z nazwiskiem jedynego Polaka w NBA i zająłem swoje miejsce. Mecz z Pacers był już o wiele bardziej emocjonujący niż spotkanie Knicks z Grizzlies. Walka trwała do ostatnich sekund i tylko przez błąd obrony drużyna Gortata przegrała 101:103. Największy aplauz na trybunach wzbudziła specjalna atrakcja dla kibiców. W przypadku, gdy rywal nie trafił dwóch rzutów wolnych, każdy mógł po meczu udać się do jednej z restauracji i odebrać darmowy zestaw kurczaków. Co ciekawe, zawodnik Pacers dwukrotnie spudłował i wówczas w hali zapanowała euforia.



Mecz na żywo oglądała reprezentacja Argentyny w piłce nożnej, na czele z Leo Messim z mojej ukochanej FC Barcelona. Siedzący w okolicznych sektorach fani robili sobie z nim zdjęcia, a po meczu zgromadzili się wokół wyjścia z loży dla VIP-ów, gdzie siedzieli aktualni wicemistrzowie świata. Messi został jednak zaproszony do szatni Wizards, a halę opuścił specjalnym wyjściem, dlatego kibice musieli obejść się smakiem autografu czy wspólnego zdjęcia.

Mistrzowie UFC na wyciągnięcie ręki

Tuż przed wyjazdem do Stanów dowiedziałem się, że w Nowym Jorku organizowana jest otwarta konferencja prasowa gali mieszanych sztuk walki UFC 189, która odbędzie się dopiero... w lipcu. Oczywiście nie mogłem odpuścić takiego wydarzenia, dlatego wybrałem się do Beacon Theater, czyli jednego z teatrów na słynnym Broadwayu. Spotkanie z zawodnikami poprowadził sam Dana White, czyli szef UFC, a do dyspozycji dziennikarzy i kibiców była wielka czwórka zawodników MMA: Jose Aldo, Robbie Lawler, Conor McGregor oraz Rory MacDonald. Duże wrażenie zrobiło na mnie zachowanie kibiców, których na spotkanie przyszło ponad 3 tysiące. Fani bardzo żywiołowo reagowali na poszczególne pytania, odpowiedzi, a nawet samą obecność swoich ulubionych czy znienawidzonych zawodników. Po kilkudziesięciu pytaniach od dziennikarzy głos oddano kibicom. Oczywiście nie brakowało docinków, ale zabawa, podsycana kontrowersyjnymi wypowiedziami zawodników (szczególnie McGregora), była przednia. Po godzinnej "rozmowie" wszyscy zawodnicy zostali jeszcze na scenie i rozpoczęli sesję autografów oraz zdjęć z fanami oraz udzielali indywidualnych wywiadów.



Piłkarz Widzewa? Pewnie, że znam

Całą sobotę w USA poświęciłem na mecze piłkarskie. Najpierw pojechałem do Harrison w New Jersey, gdzie znajduje się stadion New York Red Bulls, w których jeszcze w ubiegłym sezonie grał japoński obrońca Widzewa Kosuke Kimura. Druga drużyna nowojorczyków zagrała swój pierwszy w sezonie mecz z Rochester Rhinos. Zgodnie z przewidywaniami na stadion przyjechały tylko rodziny zawodników, najwierniejsi kibice i turyści. Na trybunach było może około 100 osób. Choć w meczu nie brakowało kilku ciekawych akcji, to było to dla mnie najnudniejsze spotkanie od świąt bożonarodzeniowych, podczas których byłem na sparingu Broni Radom z Energią Kozienice. Oczywiście mecz zakończył się wynikiem 0:0.

Na trybunach Red Bull Arena zasiadł Andrew Jean-Baptiste, czyli zawodnik z pierwszej drużyny New York Red Bulls. Uciąłem sobie z nim pogawędkę, a zapytałem m.in. o Kimurę. Okazało się, że Amerykanin dobrze zna aktualnego zawodnika Widzewa, bowiem grał z nim w drużynie Portland Timbers. Gdy powiedziałem mu, że Kimura gra w moim mieście, to Andrew momentalnie zgadł, że jestem z Polski. Przyznał, że Kosuke to bardzo fajny chłopak, którego wszędzie było pełno. Prosił też przekazać mu pozdrowienia, co zrobiłem po meczu Widzewa w Legnicy.



Prosto z Harrison pojechałem na nowojorski Bronx, gdzie usytuowany jest Yankee Stadium, czyli słynny stadion baseballowej drużyny New York Yankees. Od tego sezonu piłkarskiego gra tam nowy zespół New York City FC, który akurat w sobotę miał mecz ze Sportingiem Kansas City. Niestety, w spotkaniu nie zagrał David Villa, ale samo widowisko było o niebo lepsze niż to, które oglądałem kilka godzin wcześniej. Co ciekawe, mimo koszmarnej pogody bilety się wyprzedały, a mecz oglądało blisko 28 tys. osób, co tylko potwierdza, że piłka nożna jest coraz bardziej popularna w Stanach. Jeśli chodzi o atmosferę, to bardzo przypomina tę z polskich meczów siatkówki. Za sektorem, w którym siedziałem, rozstawiła się orkiestra, która przygrywała piłkarskie piosenki. Oczywiście nie zabrakło spontanicznych okrzyków Amerykanów, a po kilku piwach coraz bardziej zabawnych piosenek. Mecz wygrał Sporting, który strzelił jedyną bramkę. To było niezwykłe doświadczenie oglądać mecz piłkarski na boisku narysowanym na polu do baseballa.



Czekały mnie jeszcze mecze Brooklyn Nets, najpierw z Cleveland Cavaliers, a następnie z Los Angeles Lakers. Na pierwsze spotkanie w Barclays Center przyszedł niemal komplet publiczności, z czego połowa po prostu chciała zobaczyć LeBrona Jamesa. Zawodnik kreowany na następcę Michaela Jordana nie pomógł jednak swojej drużynie i choć drużyna z Cleveland była dopingowana przez miejscowych, to Brooklyn wygrał mecz 106:98. Na meczu nie można było się nudzić, bo zawodnicy obu drużyn popisywali się wsadami, alley-oopami czy po prostu bajeczną techniką.



Gdy Brooklyn grał z Lakers, władze klubu zorganizowały "chiński dzień" w hali, czyli coś na wzór "polskiej nocy" w Waszyngtonie. Przed każdym meczem NBA, NHL, MLS czy innych amerykańskich lig odgrywany jest hymn Stanów Zjednoczonych. Podczas chińskiego dnia odśpiewał go Amerykanin chińskiego pochodzenia, tak samo jak meczową piłkę również dostarczyły chińskie dzieci. Sam mecz z zawodzącymi w ostatnich sezonach Lakers, których w dzieciństwie oglądałem każdy transmitowany w telewizji mecz, nie był już ciekawy. Nets pewnie wygrali 107:99.



Gran Derbi w Nowym Jorku

Jako wierny fan FC Barcelona nie mogłem odpuścić Gran Derbi, czyli meczu Katalończyków z Realem Madryt. Mecz w Hiszpanii rozpoczynał się o godz. 21 czasu lokalnego, więc w Nowym Jorku była wówczas 16. Wszedłem do jednego z barów na Manhattanie i zająłem miejsce przy stoliku. W przerwie zagadałem innego kibica "Barcy", który siedział razem ze mną. Okazało się, że pochodzi z Kolumbii, a mieszka na stałe w New Jersey. Opowiadał mi ciekawostki futbolowe ze swojego kraju, jak i ze Stanów. Stwierdził, że piłka nie była tak popularna w USA ze względu na niewielką liczbę goli. Amerykanie lubią, gdy ktoś cały czas zdobywa punkty (najlepszymi przykładami koszykówka czy hokej na lodzie), a nie doceniają dobrego meczu piłki nożnej, który kończy się rezultatem 0:0. Coś w tym jest, ale, jak już pisałem, ten sport jest coraz bardziej popularny za oceanem. Sam byłem tego świadkiem, bo spacerując po Nowym Jorku, miejscowi pozdrawiali mnie ze względu na saszetkę z logo FC Barcelona, z którą się nie rozstawałem.

Warto też opisać wycieczkę po Madison Square Garden. W swojej blisko 50-letniej historii w hali przy Pennsylvania Station odbywały się tysiące ważnych meczów, koncertów, walk bokserskich czy innych imprez. To właśnie tam Marilyn Monroe zaśpiewała słynne "Happy Birthday" dla prezydenta Kennedy'ego. Halę odwiedził także papież Jan Paweł II. W Madison Square Garden odbyła się także pierwsza gala wrestlingu oraz walka bokserska Muhammada Alego z Joe Frazierem zwana "walką stulecia". Nie wspominam już o setkach, jeśli nie tysiącach meczów Rangers, Knicks czy New York Liberties - nowojorskiej drużyny w WNBA, czyli żeńskiej lidze koszykówki.

Dzięki "All access tour" mogłem zobaczyć loże VIP-owskie, widok z przeróżnych trybun, gabloty z bezcennymi pamiątkami po najważniejszych wydarzeniach w dziejach hali czy nawet pokój z setkami beczek... piwa, które serwowane jest podczas imprez. Żałowałem tylko, że akurat Rangers grali wieczorem mecz z Los Angeles Kings, bo z tego powodu niedostępne dla turystów były szatnie obu nowojorskich zespołów grających w Madison Square Garden. Dzięki temu mogłem jednak zobaczyć trening Kings, który odbywał się podczas mojej sesji zwiedzania.

Dziesięć dni spędzonych w Stanach minęło w ekspresowym tempie. Ledwo przyjechałem, a już musiałem wracać do Polski. Oczywiście przygód nie zabrakło także przy lotach powrotnych, bo do Łodzi wróciłem po 26-godzinnej podróży i to ostatecznie bez przystanku w Budapeszcie. Byłem bardzo zmęczony, ale jeszcze bardziej szczęśliwy. Spełniłem kolejne swoje marzenie. A przecież po to się żyje...