Aleksandra Urbańczyk-Olejarczyk: Pływak wysypia się w niedziele [WYWIAD]

- Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, czy ktoś mnie docenia. Czuję, że zapisałam się w kartach historii polskiego pływania i to mnie cieszy - mówi Aleksandra Urbańczyk-Olejarczyk, łodzianka i najlepsza polska pływaczka
Rozmowa z

Aleksandrą Urbańczyk-Olejarczyk

Maciej Nowocień: Wyspałaś się dzisiaj?

Aleksandra Urbańczyk: Oczywiście, że nie. Pływak wysypia się w niedziele, choć w najbliższą mam start, także nie będzie czasu na leniuchowanie.

Brak snu to zmora pływaków...

- To z czasem wchodzi w krew i da się przeżyć. Choć zawsze chciałoby się wyłączyć budzik i jeszcze pospać te kilka minut... Jak całe życie wstaje się w okolicach godz. 5, to człowiek musi być niewyspany. Taka jednak dola pływaków. Trzeba położyć się jak najwcześniej, by pospać chociaż te osiem godzin. Czasami jest ciężko, bo nieraz treningi są wieczorami, a dodatkowo mamy inne sprawy do załatwienia. Najgorzej też jest jesienią i zimą, gdy jest ciemno. Wychodzę z domu w nocy i wracam w nocy (śmiech ).

Wstajesz o godz. 5 i...

-... jem delikatne śniadanie. Jakiś jogurt z owocami, banan czy płatki. Po treningu czeka mnie poważniejszy posiłek i regeneracja. Przygotowuję jedzenie na cały dzień, sprzątam. Po drugim treningu jem kolację lub zostaję jeszcze na basenie na zajęciach z dziećmi, w ramach mojej szkółki pływackiej. Co drugi weekend mam zawody. Skończyłam już wszystkie swoje uczelnie, więc między treningami nie muszę jeździć na zajęcia czy się uczyć. Jestem jednak zapraszana na różne lekcje wychowania fizycznego i staram się zawsze przyjechać.

Stosujesz dietę?

- W tygodniu w ogóle nie jem słodkiego. Wspólnie z mężem i jednocześnie trenerem [Bartoszem Olejarczykiem - przyp. red.] tak postanowiliśmy, choć oboje uwielbiamy słodycze. Na początku było ciężko. Nie stosuję specjalnych diet, ale staram się jeść regularnie, co trzy godziny. Sporo warzyw i owoców. Wieczorem spożywam białko, a nie węglowodany. Unikam rzeczy smażonych czy tłustych. Jestem jednak mięsożerna i jem wszystko (śmiech ). To normalna dieta, którą powinien stosować każdy, kto chce czuć się dobrze.

Przejdźmy do sportu. Polacy potrafią pływać?

- U niektórych dorosłych jest z tym ciężko. Wiem, że zainteresowanie pływaniem rekreacyjnym jest duże. Rodzice chcą, by ich dzieci potrafiły pływać. Ale kiedy zaniedba się to w dzieciństwie, to im człowiek starszy, tym trudniej mu przyjść na lekcje. 40- czy 50-latkowie często wstydzą się, że nie potrafią pływać. Od razu mówię: to żaden wstyd, wręcz przeciwnie. Podziwiam, że mają odwagę zapisać się na kurs. Moim zdaniem nauka pływania powinna być podstawą, jak tabliczka mnożenia. Tak jest m.in. w Australii. Tam każdy musi chodzić na basen, także w ramach zajęć szkolnych.

Dzieci łatwiej przyswajają wiadomości. Dorośli mają też pewne ograniczenia ruchowe, koordynacyjne. Czasem już u nastolatków widać, że mają sztywne stopy, bo nie udzielają się sportowo. Dlatego im wcześniej, tym lepiej.

Jak już wspomniałaś, trenujesz z mężem. To pomaga czy przeszkadza?

- Dogadujemy się bardzo dobrze. Przez te lata dotarliśmy się. Wiemy, czego od siebie oczekiwać. Na pływalni mamy relację trener-zawodnik i nie kwestionuję uwag czy poleceń Bartka. Zachowuję się jak inni zawodnicy. Bartkowi może bardziej zależeć, bo ma podwójną motywację: jako trener i jako mąż. Ale się nie kłócimy. Jeśli już, to jak z każdym innym trenerem, przy gorszym dniu któregoś z nas.

Jesteś najlepszą polską pływaczką. Czujesz się doceniona?

- Wiem, do czego nawiązujesz... Od zawsze wiedziałam, jak wygląda finansowanie pływania czy postrzeganie nas przez Polski Związek Pływacki. Nigdy się nie zastanawiałam nad tym, czy ktoś mnie docenia. Sądzę, że jest jakieś uznanie za wyniki, które osiągnęłam. Czuję, że zapisałam się w kartach historii polskiego pływania i zostanę zapamiętana. To mnie cieszy.

To jednak nie przekłada się na finanse, o czym ostatnio mówiła Alicja Tchórz.

- To nie tak, że czegoś oczekuję. Wszystko muszę potwierdzić wynikami. Jedyne, czego bym chciała, to zmiana podejścia niektórych osób i działaczy. Nie tylko mnie wydaje się, że mogłoby być lepiej. Jako pływacy "gryziemy wodę", by osiągać wyniki i chcielibyśmy mieć pełne wsparcie. Fajnie jest, jak ktoś robi to, co kocha i do tego jeszcze ma jakieś gratyfikacje. Większość pływaków idąc na trening, nie myśli o nagrodach. Każdy ma swoje cele i plany i jeśli je osiągnie, jest wielka satysfakcja.

Za tym stoi wiele dni treningu, potu i czasem łez. Ten sukces jest największą nagrodą za czas spełniony na treningach.

Dlaczego związek nie weźmie się za waszą promocję czy marketing?

- Oficjalna wersja to brak pieniędzy. Czy rzeczywiście tak jest? Nie wiem, nie wnikam w to. W związku pracuje kilka osób, ale o dziale marketingu nie ma mowy. Brakuje w zarządzie też takiej osoby, która dałaby sygnał do działania. Szkoda, że Ala Tchórz musiała głośno powiedzieć o takich rzeczach, żeby media się tym zainteresowały. Powinno się mówić o kolejnych rekordach, medalach z wielkich imprez, bo takich nie brakuje, a naprawdę trudno znaleźć takie informacje. W dzisiejszym świecie żyjemy sensacjami, bo to jest atrakcyjne dla konsumenta. Jest też mało dziennikarzy, którzy znają się na pływaniu. Często na zawodach spiker ogranicza się jedynie do wymienienia nazwisk zawodników. Świetnym spikerem jest trener Piotr Woźnicki, bo wie, o co chodzi w pływaniu, i potrafi to przekazać nawet laikom. Ale bywały też zawody, gdzie była "stypa". Czasem spiker nie wiedział nawet, że uzyskaliśmy kwalifikację na ważne zawody. Mamy mistrzów świata czy Europy, ale sądzę, że gdyby zapytać przechodniów o Radka Kawęckiego, Pawła Korzeniowskiego czy Konrada Czerniaka, to większość nie wiedziałaby, o kim mowa. Powinno być o nich głośno, a oni przez brak popularności też mają problemy ze sponsorami. Niektórych z nich powinno się nosić na rękach za tyle lat pięknych sukcesów.

A ty ile autografów rozdałaś, kiedy szłaś ulicą?

- To sporadyczne sytuacje. Zdarza się, że ktoś zaczepi mnie na ulicy i chwilę porozmawia. Najczęściej są to jednak taksówkarze, którzy mają czas na czytanie gazet (śmiech ).

Niektórzy znają też nazwisko, ale nie rozpoznają mnie, bo widzą mnie w czepku i okularach.

Może nie jesteście popularni, bo brakuje takich sukcesów, jak złoto olimpijskie Otylii Jędrzejczak?

- Ale my mamy takie sukcesy! Druga Otylia może się już nie narodzić, przynajmniej ja takiej na razie nie widzę. Wiadomo, że fajnie mieć sukcesy olimpijskie, ale może być z tym ciężko. Widać kilka talentów, ale u chłopców. U dziewczyn jest problem. Patrzę na swoje czasy juniorskie i wiem, że byłam lepsza od dziś startujących o kilka sekund. Kilkanaście lat temu, a przecież wszystko poszło do przodu! Nie ma zawodniczek, które by mnie goniły. Tak naprawdę na podium wymieniamy się tylko z Alą Tchórz i Anią Dowgiert. W Polsce walczymy tylko z czasem. Sukcesy są miłe, ale teraz najważniejszy jest wynik i to on wywołuje największą euforię. Nie mam problemów z motywacją. Mierzę wysoko i dążę do swoich celów.

Zrezygnowałaś z obozów kadry, bo nie został do niej powołany twój trener. Nie uważasz, że akurat tobie powinni pójść się na rękę i włączyć Bartka do reprezentacji?

- O to trzeba pytać już kogoś wyżej. Wiem, jak to wygląda od środka i takie są po prostu decyzje, na które czasem nie mamy wpływu. Ale jeśli nie taką drogą, to inną. Gdy pokażemy im, że można coś zrobić inaczej, nasza satysfakcja będzie jeszcze większa. Z jednej strony szkoda, bo to się wiąże z wydatkami, a obozy nie są tanie. Mam nadzieję, że pomogą mi miasto i klub. Po grudniowych mistrzostwach Europy ma być ustalona nowa kadra, więc może coś się zmieni. Na razie pracujemy sobie w Łodzi i się tym nie przejmujemy.

Nie denerwuje cię fakt, że m.in. piłkarze są wychwalani, gdy awansują do mistrzostw Europy, podczas gdy ty jesteś multimedalistką tej imprezy?

- Tutaj zaczyna się rola mediów. O piłkarzach, choćby grali bardzo słabo, zawsze będzie się pisało na pierwszych stronach gazet. Już nawet zapomina się o siatkarzach, którzy zaledwie rok temu zostali mistrzami świata. Może dlatego, że nie zostali mistrzami Europy? (śmiech ). Żyjemy w takim świecie, że sport to biznes.

W Polsce dużo kibiców przychodzi na zawody pływackie?

- Niestety nie, ale jest to słabo rozreklamowane. Lepiej jest na mistrzostwach Polski, ale często nawet sami organizatorzy nie potrafią dobrze poinformować o imprezie. W weekend jest Grand Prix Polski na pływalni AZS, a nie widziałam żadnego plakatu. Zapraszam wszystkich, bo przyjedzie czołówka polskiego pływania. Do tego wejście na zawody jest darmowe.

Masz dobre warunki do treningów w Łodzi?

- Cóż, są jakie są (śmiech ). Muszę sobie jakoś radzić. Wolę wyjeżdżać na zgrupowania, bo tam jestem podporządkowana tylko treningom. W Łodzi przychodzę na konkretną godzinę, bo tylko wtedy jest wolny tor. Trzeba się dostosować. Kilka rzeczy bym zmieniła, ale nie mogę narzekać. Trenuję na Czajkowskiego, to typowa pływalnia szkolna, ale do treningów jest w porządku. Czekam na długi basen przy Politechnice. Mamy tam trenować i mam nadzieję, że nic się nie zmieni. Będzie to spełnienie marzeń wielu pływaków.

Długo masz zamiar jeszcze pływać?

- Zobaczymy, na ile mi pozwoli zdrowie i plany życiowe. Na razie będę przygotowywała się co najmniej do igrzysk olimpijskich. Dzieci? Na razie instynkt macierzyński mi się nie włączył. Chcę pływać jak najdłużej. A może trafię na życiową formę? Po zakończeniu kariery też nie rozstanę się z pływaniem, bo nie wyobrażam sobie życia bez sportu. Fajnie byłoby przekazywać wiedzę innym.

Zawody Grand Prix w Łodzi odbędą się w najbliższy weekend w pływalni AZS na ul. Styrskiej. Szczegółowy program można znaleźć na www.polswim.pl.