Piotrkowianin znów jest liderem pierwszej ligi

Emocjami, jakimi w ostatni weekend kipiały mecze w I i II lidze piłkarzy ręcznych, można by obdzielić kilka kolejek.
I liga, grupa A

Przed pierwszym gwizdkiem piotrkowianie znali już rezultat z Oławy, gdzie Moto Jelcz pokonał 34:18 Ostrovię Ostrów Wlkp., dotychczasowego lidera grupy B I ligi, i wiedzieli, że wygrana da im pozycję lidera. Presja widocznie jednak sparaliżowała podopiecznych Rafała Przybylskiego w pierwszych 30 minutach. Goście grali poniżej oczekiwań i gdyby nie wysoka skuteczność Szymona Woynowskiego, to gospodarze mogli rozstrzygnąć losy meczu w tej odsłonie. W pewnym momencie prowadzili już bowiem aż 15:9. Ostatnie minuty pierwszej połowy należały jednak do gości, którzy dzięki czterem bramkom z rzędu złapali kontakt z niepokonanymi do tej pory we własnej hali legniczanami.

Druga połowa zaczęła się od gry bramka za bramkę. W 42. min Piotrkowianin wyrównał. O losach meczu zadecydowały dwie czerwone kartki dla gospodarzy. Boisko musieli opuścić młody Jacek Będzikowski oraz doświadczony Paweł Piwko. Goście wykorzystali kolejne wykluczenia w ekipie Miedzi i w 45. min wygrywali już 23:19. Gospodarze nie złożyli jednak broni i do samego końca deptali po piętach faworyzowanej ekipie z Piotrkowa. W końcówce ciężar zdobywania bramek wziął na siebie Dmitro Zinchuk, którego bramka ustaliła wynik spotkania na 29:31.

Za tydzień Piotrkowianin musi czeka jeszcze trudniejsze zadanie, bowiem do hali Relax w Piotrkowie przyjedzie pogromca Ostrovii - rewelacyjny beniaminek Moto Jelcz Oława.

<b>Siódemka Miedź Legnica -Piotrkowianin 29:31 (15:13)</b>

Piotrkowianin: Banisz, Procho - Woynowski 8, Swat 6/1, Zinchuk 5, Iskra 3, Mróz 2, Pożarek 2/1, Wędrak 2, Góralski 1, Pacześny 1, Surosz 1, Hejniak.

Karne: 2/3

Kary: 8 minut (Iskra, Hejniak, Pożarek, Zinchuk)

II liga grupa mazowiecka

Anilana wraca do gry o I ligę. W niedzielę po bardzo zaciętym meczu pokonał bardzo mocną ekipę AZS UW Warszawa.

W mecz lepiej weszli przyjezdni, którzy po bramkach skrzydłowego Dawida Szpejny (w całym meczu miał aż 9 trafień) oraz środkowego rozgrywającego Tomasza Makowskiego wygrywali 2:0. Na pierwszego gola Anilana czekała do siódmej minuty, gdy na 2:1 trafił Piotr Rutkowski. Zdobywanie kolejnych bramek przychodziło łodzianom z dużym trudem. Główna w tym zasługa doskonale broniącego AZS. Defensywa drużyny ze stolicy była bardzo skoncentrowana, umiejętnie się przesuwała, a kiedy było trzeba, przerywała ataki łodzian na 9-10 metrze. Akcje Anilany były rwane, goście z kolei grali szybko i dokładnie i po bramce Szpejny 15. min było już 7:3. Oprócz skrzydłowego AZS spore spustoszenie w defensywie Anilany siał obrotowy Marek Podobas, który zbyt łatwo uwalniał się spod opieki obrońców gospodarzy, a gdy łapał piłkę podawaną od rozgrywających, to albo wykańczał akcję bramką, albo zdobywał rzuty karne i - co gorsze - powodował wykluczenia rywali. Podobas grał jednak dosyć agresywnie. W jednej z akcji sędziowie nie zauważyli jego uderzenia łokciem Piotra Rutkowskiego. Co się odwlecze to nie uciecze... W 26. minucie obrotowy AZS próbując uwolnić się z objęcia Daniela Strzebieckiego uderzył go bezpardonowo łokciem i tym razem sędziowie bez chwili namysłu pokazali mu bezpośrednią czerwoną kartkę. W tym momencie goście prowadzili 11:6. Wykluczenie Podobasa było przełomowym momentem. Anilana rzuciła cztery bramki z rzędu i wróciła do gry. Do przerwy o jedną bramkę lepsi byli akademicy (11:12).

Drugą odsłonę lepiej zaczęła Anilana. W 37. min po bramce najlepszego na boisku Piotra Rutkowskiego było 15:13 dla gospodarzy. W kolejnych minutach znów jednak przeważali goście. W 47. min Szpejna wyprowadził ich na trzybramkowe prowadzenie 21:18. Minutę później w przeciągu kilku sekund sędziowie wykluczyli dwóch zawodników ze stolicy. Dla jednego z nich - Jakuba Pietrzaka - była to trzecia kara, co automatycznie oznaczało czerwoną kartkę (w końcówce meczu jeszcze jeden zawodnik drużyny gości skończył mecz przed czasem). Anilana w przewadze zdołała jednak odrobić tylko jedną bramkę. Kiedy w 53. min Szpejna wykorzystał rzut karny dający gościom prowadzenie 24:21, wydawało się, że gospodarzom nie uda się odwrócić losów meczu.

W końcówce zespół trenerów Roberta Sobóra i Michała Matyjasika wspiął się jednak na wyżyny. Spora w tym zasługa doświadczonego bramkarza Tomasza Matulskiego, który znów obronił kilka ważnych piłek. Anilana odrobiła straty w 58. min. W kolejnej akcji błąd techniczny popełnili goście, w odpowiedzi Łukasz Wolski faulował Bartosza Pawlaka, sędziowie podyktowali rzut karny i wykluczyli faulującego. Karnego wykorzystał Kamil Witkowski. Kilkanaście sekund później rzut z siódmego metra wykonywał Szpejna, ale tym razem nie wytrzymał próby nerwów z Matulskim. Do końca zostało nieco ponad 40 sekund i po nieco chaotycznej akcji piłka trafiła do kołowego Kamila Strzebieckiego, który pokonał Marcina Malanowskiego. Goście próbowali jeszcze krycia jeden na jeden, ale łodzianie umiejętnie wyprowadzili ich w pole. Faulowany przez broniącego w kole Michała Jasińskiego był Witkowski, który chwilę później ustalił wynik meczu.

Warto dodać, że warszawiacy mieli sporo pretensji do arbitrów. Faktycznie wiele decyzji dwójki sędziowskiej z Tomaszowa Mazowieckiego wzbudziło kontrowersje, ale twierdzenie, że ich wyroki godziły jedynie w zespół AZS jest nieuzasadnione. Także Anilanie arbitrzy zaleźli mocno za skórę pochopnie gwiżdżąc niektóre kary wykluczenia.

Za tydzień Anilana zmierzy się we własnej hali z AZS AWF Warszawa, który w tej kolejce sensacyjnie pokonał Mazura Sierpc 34:30.

<b>Politechnika Anilana Łódź - AZS UW Warszawa 27:24 (11:12) </b>

Anilana: Łukasik, Bartczak, Matulski - Witkowski 9 (4/5), Rutkowski 8, Wawrzyniak 5, Pawlak 4, Kamil Strzebiecki 1, Daniel Strzebiecki, Bilichowski, Morąg, Kucharski, Misiak.

Karne: 4/5

Kary: 10 minut (Daniel Strzebiecki x2, Kucharski, Kamil Strzebiecki, Witkowski)



Piłka ręczna bywa piękna i przewrotna. Przekonali się o tym zawodnicy z Konstantynowa i Dąbrowy Białostockiej, które po niezwykle emocjonującym spotkaniu podzieliły się punktami. Tylko najbardziej niepoprawni optymiści zgromadzeni konstantynowskiej hali mogli przypuszczać, że gospodarze po fatalnej pierwszej połowie będą w stanie doprowadzić do wyrównania, a jednak podopieczni Pawła Kraski dokonali cudu i wyrwali gościom punkt.

Początek meczu był w wykonaniu gospodarzy fatalny. Niemoc w ataku i ślamazarność w defensywie sprawiły, że goście w 11. min wygrywali już 7:0. W tej samej minucie pierwszą bramkę dla Włókniarza rzucił Filip Jencz. W 19. min po trafieniu Marcina Kubiaka gospodarze zniwelowali straty do pięciu trafień (4:9), ale ostatnie minuty to znów popis beniaminka z Dąbrowy Białostockiej, który rzucił pięć bramek przy tylko jednej odpowiedzi Włókniarza.

Wydawało się, że 9-bramkowa strata dla drużyny, która rzuca najmniej bramek spośród całej drugoligowej stawki, jest nie do nadrobienia. Co prawda każdy fan piłki ręcznej pamięta m.in. cudowny powrót polskiej reprezentacji, która w ME w Serbii w 2012 roku odrobiła 11-bramkową stratę w meczu ze Szwecją, jednak trudno było przypuszczać, aby do tego pięknego osiągnięcia nawiązał ligowy outsider z Konstantynowa.

A jednak się udało! Konstantynowianie zacieśnili defensywę, a jak w transie zaczął bronić Jakub Biernat. W efekcie goście pierwszą bramkę po przerwie rzucili dopiero po ośmiu minutach, a drugą w 46. min. Gospodarze zaś zdobywali bramki seriami i na dwanaście minut przed końcem meczu po trafieniu Jencza przegrywali już tylko 13:16. Kolejne minuty to niemoc z obu stron, którą przełamali goście trafiając na 14:18.

Bohaterem ostatnich minut był Jencz, który wziął ciężar zdobywania bramek na siebie. Jeszcze w 55. min szanse gospodarzy na wywalczenie choćby punktu były niewielkie (16:19), jednak kolejne trzy bramki środkowego rozgrywającego Włókniarza dały upragniony remis. Goście mieli jeszcze blisko 30 sekund aby przechylić szalę wygranej na swoją korzyść, ale na szczęście znów na posterunku byli defensorzy Włókniarza.

Co prawda remis nie poprawił zbytnio sytuacji zespołu z Konstantynowa, jednak okoliczności w jakich został wywalczony z pewnością dodadzą drużynie wigoru. W ostatnich dwóch meczach tej rundy Włókniarz nie pozostaje bez szans. Za tydzień podopieczni trenera Kraski zagrają w Ostrołęce z tamtejszą Trójką, rok zakończą zaś domowym meczem z Czarnymi Regimin.

KKS Włókniarz Konstantynów Łódzki - Szczypiorniak Dąbrowa Białostocka 19:19 (5:14) Włókniarz: Biernat, Brański, Florczak - Jencz 8, Borsuk 4 (2/3), Lux 3, Włodarczyk 2, Kubiak 2, Knol, Kaczorowski, Przybysz, Michał Borsiak, Główczyński, Karga.

Karne: 2/3

Kary: 12 minut (Główczyński x2, Jencz, Kubiak, Przybysz, Włodarczyk)



Zgodnie z przewidywaniami kibice zgromadzeni w hali przy ul. Św. Jana w Pabianicach doczekali się dużych emocji. Gospodarze w sobie tylko znany sposób stracili komplet punktów. ChKS, chociaż grał poniżej oczekiwań, to wywiózł z Pabianic cenne dwa punkty.

Mecz nieco lepiej rozpoczęli przyjezdni, którzy po trafieniu Radosława Walczaka w 6. min wygrywali 4:2. Kolejne minuty to popis liderów ekipy Pabiksu - Bartosza Gościłowicza oraz Bartłomieja Kiełbasińskiego, którzy po paru minutach niemocy znaleźli sposób na byłego bramkarza pabianickiego zespołu Kacpra Łuczyńskiego i wspólnie rzucili 5 bramek z rzędu, wyprowadzając swój zespół na prowadzenie 7:4.

Dalszy przebieg pierwszej połowy to wymiana serii bramek z obu stron. Pabianiczanom brakowało też szczęścia, gdyż kilkukrotnie obijali obramowanie bramki bronionej przez Łuczyńskiego. Na piuęć minut przed końcem pierwszej połowy po bramce Gościłowicza gospodarze prowadzili 12:10. W kolejnej akcji skrzydłowy Marcin Trojanowski trafił w poprzeczkę. Niewykorzystana okazja zemściła się trzema kolejnymi trafieniami ChKS, w którego szeregach brylował Oskar Kempiński.

Druga połowa do złudzenia przypominała pierwszą. Żadna z drużyn nie potrafiła odskoczyć na więcej niż 2-3 bramki. Dobrą ku temu okazję mieli gospodarze, którzy w 45. min - po trzeciej z rzędu bramce Gościłowicza - prowadzili 19:17. W drugiej odsłonie kilka znakomitych interwencji zaliczył jednak drugi bramkarz ChKS Kacper Antosik. To on zatrzymał dwie kolejne okazje gospodarzy. Po siedmiu minutach niemocy łódzki zespół przełamał się w ataku i zdobył 6 bramek przy tylko jednej Pabiksu. W 57. min - po bramce Konrada Witczaka - było 24:21 dla zawodników z Chojen. Gospodarze nie zrezygnowali jednak z walki i doprowadzili do wyrównania. Wtedy doszło na boisku do ogromnej awantury. Goście mieli pretensję do Gościłowicza, że jego zasłona w poprzedniej akcji była zbyt agresywna. Pabianiczanin lekko odepchnął rywala, co nie spodobało się łodzianom. Z ławek rezerwowych obu zespołów wyskoczyli do siebie zawodnicy i zaczęła się trwająca kilkanaście sekund bijatyka. Po opanowaniu sytuacji sędziowie ukarali czerwonymi kartkami Gościłowicza oraz Dariusza Okulskiego, ale niewykluczone, że po obejrzeniu relacji z monitoringu dojdą kolejne dyskwalifikacje. Kary zostały wpisane do protokołu co oznacza, że wykluczeni zawodnicy nie zagrają co najmniej w dwóch meczach.

Na kilkanaście sekund przed końcem obydwa zespoły grały więc w osłabieniu, a przy piłce byli łodzianie. Długo nie potrafili zakończyć akcji rzutem. Udało im się jednak skorzystać z gapiostwa gospodarzy, którzy nie zdążyli ani zablokować ani sfaulować najlepszego w ekipie ChKS Rafała Fałdrowicza i piłka znalazła się w siatce. Na odpowiedź pabianiczanom nie starczyło już czasu.

Wynik meczu w Konstantynowie sprawił, że Pabiks powrócił na ostatnie miejsce w mazowieckiej II lidze. W dodatku pabianiczan za tydzień czeka wyjazdowe spotkanie z AZS UW Warszawa. ChKS z kolei powinien powalczyć o kolejne dwa punkty, bowiem gościć będzie beniaminka - Szczypiorniak Dąbrowa Białostocka.

<b>SPR Pabiks Pabianice - ChKS Łódź 24:25 (13:13)</b>

Pabiks: Oklejak, Forc - Gościłowicz 10, Kiełbasiński 8, Trojanowski 3, Pielesiak 2, Nowicki 1, Stawicki, Pietrzykowski, Bagiński, Sobolak, Cieślik.

Karne: 0/0Kary: 6 minut (Gościłowicz, Kiełbasiński, Sobolak)

Czerwona kartka: Gościłowicz (za udział w przepychance, 60 minuta)

ChKS: Łuczyński, Antosik - Fałdrowicz 9 (2/2), Kempiński 5, Witczak 3, Pankowski 2, Kuśmierczyk 2, Stężała 1, Winiarski 1, Przybylski 1, Walczak 1, Darnowski, Kaźmierczak, Rokicki, Okulski.

Karne: 2/2

Kary: 10 minut (Kaźmierczak x2, Kempiński, Fałdrowicz, Okulski)

Czerwona kartka: Okulski (za udział w przepychance, 60 minuta)



Gładkie zwycięstwo MKS Wieluń w Lublinie. Do 12. min gospodarze wytrzymywali tempo narzucone przez gości i po bramce Huberta Obydzia remisowali 4:4. Kolejne cztery gol zdobyli jednak goście. Kilkubramkową zaliczkę wielunianie utrzymali do końca pierwszej odsłony, która zakończyła się rezultatem 11:16.

Druga połowa zaczęła się od zaskakującego rozwiązania jakiego podjęli się akademicy. Ich trener Jakub Ignaszewski nakazał kryć indywidualnie każdego z rywali, przez co gra przez kilka minut była chaotyczna. Taka obrona nie pokrzyżowała szyków gościom, którzy dzięki umiejętnej grze jeden na jednego wychodzili na czyste pozycje i rzucali kolejne bramki. W 38. min po rzucie Macieja Torchały MKS prowadził już 21:14. Gospodarze nie byli w stanie zniwelować strat, w czym spora zasługa bramkarza MKS Jarosława Wolniaczyka.

Mecz z AZS UMCS był "przystawką" przed decydującymi pojedynkami w tej rundzie z Uniwersytetem Radom oraz AZS AWF Biała Podlaska. Niespodziewana porażka Mazura Sierpc w tej kolejce sprawiła, że dwie wygrane w tych meczach dadzą podopiecznym Tomasza Derbisa pozycję lidera po rundzie jesiennej.

AZS UMCS Lublin - MKS Wieluń 23:31 (11:16)

MKS: Kolanek, Wolniaczyk - Paweł Dutkiewicz 7 (2/3), Bernaś 6, Piwnicki 3 (2/3), Torchała 3, Majda 3, Ścigała 2, Węcek 2, Młodzieniak 2, Krzysztof Dutkiewicz 1, Olbiński 1, Głowacki 1, Klimas, Kleszcz, Tomasz Łuczak. Karne: 4/6 Kary: 4 minuty (Węcek, Torchała)

Więcej o: