Sport.pl

Zygfryd Kuchta o mistrzostwach Europy w piłce ręcznej: "Będę zadowolony z czwórki"

Gdy reprezentacja Polski w piłce ręcznej zdobywała jedyny medal olimpijski, grało w niej trzech zawodników z Łodzi. - Łza się w oku kręci - mówi Zygfryd Kuchta, czyli jeden z nich
ROZMOWA Z

Zygfrydem Kuchtą,

brązowym medalistą olimpijskim

Jarosław Bińczyk: Jesteśmy europejską potęgą w piłce ręcznej?

Zygfryd Kuchta: W pełnym składzie na pewno można zaliczyć nas do światowej elity. Czyli do pierwszej szóstki, w której poziom jest bardzo wyrównany. Trochę wyżej od innych jest Francja, która na wszystkich pozycjach ma wybitnych graczy.

Polska jednak nie zagra w mistrzostwach Europy w pełnym składzie.

- Tak, Mariusz Jurkiewicz, czyli podstawowy środkowy rozgrywający, nie zdążył się wyleczyć.

To duże osłabienie.

- Tak, choć powinniśmy sobie poradzić. Pewien niepokój zasiał turniej w Hiszpanii. Ostatni mecz, bardzo wysoko przegrany z gospodarzami [12:26 - przyp. red.], nie powinien się zdarzyć. Zdziwił mnie brak determinacji u zawodników walczących o miejsce w kadrze. Chociaż nie uważam, żeby odbiło się to na psychice naszych zawodników, bowiem ci kluczowi są bardzo doświadczeni.

Mamy na koncie medale mistrzostw świata, ale ani jednego z mistrzostw Europy. Uda nam się wreszcie?

- Byłbym zadowolony, gdybyśmy znaleźli się w czołowej czwórce. W mistrzostwach świata w Katarze wszystko nam sprzyjało, nawet problemy udawało się rozwiązywać. Nie zawsze tak się dzieje. Druga sprawa, że jeśli gospodarz traci szansy we wczesnej fazie, to siada cała impreza. Muszę jednak podkreślić, że zainteresowanie mistrzostwami jest ogromne. W Krakowie i Wrocławiu bilety są wyprzedane, a w Gdańsku i Katowicach też ma być dobra frekwencja, choć nie zagra tam Polska. Czegoś takiego nie było na innych mistrzostwach. Gdy nie grała reprezentacja gospodarzy, trybuny świeciły pustkami. U nas zanosi się, że na wszystkich meczach hale się wypełnią.

Najważniejszy jest jednak sport. Co jest największym atutem Polski?

- Najsilniejszą pozycją jest obsada bramki, gdzie mamy Sławka Szmala, Piotra Wyszomirskiego i Marcina Wicharego. Na lewym skrzydle najlepiej prezentuje się Przemysław Krajewski, na prawym - Michał Daszek, na kole - Kamil Syprzak, a z tyłu Karol Bielecki, Michał Jurecki i Krzysztof Lijewski. Przygotowania nie dały odpowiedzi, kto mógłby być zmiennikiem Jureckiego na środku. Jeśli unikniemy kontuzji, dobrze byłoby wyjść z grupy z czterema punktami. Wtedy można by myśleć o czymś wyższym.

Rywali mamy jednak mocnych: Francję, Serbię i Macedonię.

- System jest inny niż w mistrzostwach świata, bo nie ma play-off, a z grupy wychodzą trzy drużyny. Nie wiadomo, jak mistrzostwa potraktują Francuzi. Mają już zapewniony występ w igrzyskach olimpijskich, więc teoretycznie mogą pozwolić sobie na eksperymenty. Przy ich potencjale każdy skład będzie silny. Ostatnio w związku sprawdziliśmy, że mamy w Polsce zarejestrowanych 21 tys. zawodników, a w pięciomilionowej Danii jest aż 108 tys. Francja, z tego co słyszałem, ma 20 tys. instruktorów i trenerów.

Mimo wszystko jesteśmy w czołówce. Fenomen!

- Można powiedzieć, że jako dyscyplina jesteśmy na podium krajowym, bo kobieca reprezentacja zajęła czwarte miejsce w mistrzostwach świata, a mężczyźni wrócili z brązowym medalem. Wygląda więc, że jesteśmy w Polsce potęgą.

A jednak medalu mistrzostw Europy nigdy nie udało nam się wywalczyć?

- Bo jest to trudniejszy turniej niż mistrzostwa świata. Stawka drużyn jest bardziej wyrównana. Nie ma meczów z Arabią Saudyjską czy Chile.

Skąd bierze się więc fenomen polskiej piłki ręcznej?

- U nas można zaobserwować falowość sukcesów. W latach 70. i 80. reprezentacja też była wśród najlepszych, z wydatnym udziałem naszej łódzkiej grupy. W 1982 roku zdobyliśmy pierwszy medal mistrzostw świata, zresztą ja wtedy byłem trenerem. Wywalczyliśmy kwalifikację do igrzysk w Los Angeles, na które nie pojechaliśmy. Później na kolejne dobre wyniki trzeba było czekać do 2007 roku. Przyznam jednak, że z lekką trwogą patrzę na przyszłość reprezentacji. Po igrzyskach paru zawodników odejdzie, a zaplecza nie widać. W rozgrywkach młodzieżowych nie odnosimy sukcesów. Liczę, że ośrodki szkolenia powstałe w każdym województwie przyniosą przełom. Chcemy pójść tym torem co siatkówka, choć trudniej nas pozyskiwać dzieci i młodzież, bo do piłki ręcznej potrzeba większych hal, trudniej jest też od strony organizacyjnej. Trenerzy nie chcą oddawać swoich najlepszych, ponieważ na nich opierają swoje drużyny.

Sukcesy odnoszą jednak reprezentacje prowadzone przez zagranicznych trenerów: kobiety trenuje Duńczyk, a mężczyzn - Niemiec. Co się stało z polskimi szkoleniowcami?

- Moim zdaniem to nie jest problem wiedzy, tylko tego, że Polakom trudniej jest wyegzekwować zadania. Przyjeżdża obcokrajowiec, ustala pewne reguły, a nasi działacze bez słowa się dostosowują. Polacy mają taką przywarę, że nie uznają swoich autorytetów.

Dawniej łatwiej było zachęcić dzieci i młodzież do uprawiania piłki ręcznej?

- Wtedy opieraliśmy się na szkołach, bo piłka ręczna była w programie szkół podstawowych. Wiele osób, w tym ja, uważa, że likwidacja zajęć SKS zaszkodziła rozwojowi dzieci. Kiedyś nauczyciel namawiał uczniów do treningów, kierował je do klubów.

A jak różni się piłka ręczna z pana czasów od dzisiejszej?

- Przede wszystkim dynamiką gry. Większą wymusiły przepisy, jak choćby szybkie rozpoczęcie od środka czy mniej czasu na rozegranie akcji. Na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium padały wyniki 11:8 z Duńczykami czy 13:13 ze Szwedami. Często słyszę pytania, czy tacy zawodnicy jak Klempel, Kałuziński, ja czy Przybysz daliby sobie radę obecnie. Na pewno, bo w moich czasach trenowaliśmy równie ciężko jak teraz, nawet cztery razy dziennie. Kiedyś nie grało się kombinacyjnie, nie było wkrętek ze skrzydeł...

Pamiętam, że w lidze pierwszy stosował to w kraju skrzydłowy Anilany Łódź.

- Tak Marek Kordowiecki, który przyszedł do nas z Włocławka.

Cały sport stał się bardziej fizyczny, także piłka ręczna. Jeśli zawodnik nie ma 190 cm wzrostu, jest mu bardzo trudno.

- Nasza drużyna, która zdobyła medal w Montrealu, była prekursorem takich zmian, bo nawet na skrzydłach grali bardzo wysocy zawodnicy. Jurek Melcer na lewym skrzydle miał prawie dwa metry, a Zdzisiek Antczak na prawym ponad 190 cm. Teraz zachwycamy się, że wybiega z boku Krajewski i rzuci z tyłu. Kiedyś to wchodziło do naszego podstawowego systemu, ponieważ mieliśmy odpowiednich ludzi. Dawniej bardzo popularny był rzut z podłoża. Wynikało to z tego, że do piłki ręcznej siedmioosobowej trafiali zawodnicy z piłki 11-osobowej, w której taki rzut był podstawą. Następnie był rzadziej używany, ale znów wraca spowodowany agresywną obroną. Zawodnik nie zdąży wykonać dwóch, trzech kroków, by się wybić, próbuje więc zaskakiwać rzutem z miejsca.

Jadąc na pamiętne igrzyska do Montrealu, byliście zaliczani do faworytów?

- Faworytami nie byliśmy, ale sytuacja była podobna do obecnej. Nie byliśmy typowani do medali, ale przed igrzyskami osiągaliśmy niezłe wyniki. Efekt mógł być jeszcze lepszy, ale w półfinale przegraliśmy z Rumunią 15:17. Pamiętam, że w końcówce nie wykorzystaliśmy dogodnej sytuacji, a rywale trafili.

Łódź miała wtedy bardzo duży wkład w trzecie miejsce.

- Jechało nas tam trzech z Łodzi: Andrzej Szymczak, Rysiek Przybysz i ja. Cztery lata wcześniej do Monachium zamiast Przybysza pojechał Włodek Wachowicz. W późniejszych latach byli Leszek Dziuba, Kordowiecki, Roman Wójcik. Teraz wspominam te czasy z łezką w oku.

Przed laty z Łodzi wywodzili się najlepsi polscy piłkarze ręczni, Anilana zdobyła mistrzostwo Polski, zresztą pod pana kierunkiem. Teraz została niemalże pustynia.

- Bardzo żal, że to się skończyło. Ludzie starają się reaktywować Anilanę z pomocą Politechniki Łódzkiej. Problem polega na tym, że młodzi zawodnicy, którzy mogliby pomóc w awansie do pierwszej ligi, odchodzą. Biernacki z ChKS poszedł do Szczecina, a Wypych z Anilany do Mielca. Są w składach drużyn w ekstraklasie, więc gdyby u nas były warunki, żeby ich zatrzymać, można byłoby powalczyć o awans. Czołowi juniorzy są przechwytywani przez silne ośrodki. Kiedyś kartą przetargową była możliwość studiowania w Łodzi. Dziś tych filii różnych uczelni jest pełno nawet w małych miastach. W drużynach walczących o I ligę zawodnicy mają stypendia w wysokości 1500 zł, a nawet wyższe, a my w Łodzi nie jesteśmy w stanie zwrócić chłopakom kosztów dojazdu. Gdy są pieniądze, nie ma problemu ze zbudowaniem zespołu.

Ale do sukcesów potrzeba kilkudziesięciu milionów złotych jak w Kielcach czy Płocku.

- Żartujemy, że powinniśmy przyznawać w Polsce dwa tytuły mistrzowskie: dla wysokobudżetowych i niskobudżetowych.

Na koniec wrócę do mistrzostw Europy. Będzie ten pierwszy medal?

- Nie mam, niestety, szklanej kuli, żeby przepowiedzieć przyszłość (śmiech ).

Więcej o: