Niesforny rekordzista Polski zawieszony przez klub. A związek mu pomaga

Adrian Strzałkowski został dyscyplinarnie zawieszony przez MKS Aleksandrów Łódzki. Mimo to, Polski Związek Lekkiej Atletyki finansuje mu przygotowania
Adrian Strzałkowski to skoczek w dal, który przez cztery lata trenował w MKS pod opieką Leszka Lipińskiego. Zawodnik, który jest m.in. halowym mistrzem Polski oraz rekordzistą kraju pod dachem (8,18 m), w sierpniu został zawieszony na rok przez klub ze względów dyscyplinarnych. Spóźniał się na treningi, czasami w ogóle nie brał w nich udziału. Oszukiwał też trenera, w tak ważnych sprawach, jak badania lekarskie. - Do tego odmawiał wykonywania niektórych ćwiczeń. Nie mogłem z nim po prostu normalnie współpracować i wydaje mi się, że nikt tego nie potrafi - rozkłada ręce Lipiński.

W Aleksandrowie twierdzą, że Strzałkowski jest trudny we współpracy. - Mieliśmy dobry kontakt podczas pierwszego roku, ale wówczas musiałem uczyć zawodnika całego szkolenia treningowego w lekkiej atletyce - mówi Lipiński. - I rzeczywiście, Adrian szedł do przodu, osiągał coraz lepsze wyniki, ale im dalej skakał, tym trudniej było się z nim porozumieć. Może nie były to aż takie rezultaty, na które liczyłem, ale to wiąże się z tym, że Strzałkowski uważał, że najlepiej zna się na technice skoku w dal. Nie chciał mnie słuchać.

Z czasem u skoczka pojawiły się też inne problemy zdrowotne. - Skłamał, że był na umówionym badaniu USG, które miały zdiagnozować jego kontuzję. Pod przykrywką tego urazu nie wystartował w letnich mistrzostwach Polski - zdradza Lipiński. - Miarka przebrała się po tym, gdy ubliżył mi podczas treningu, i to przy młodszych zawodnikach. Powiedział wprost, że nie ma do mnie najmniejszego zaufania, jeśli chodzi o technikę skoku.

- Dlaczego więc tak długo prowadził pan tego zawodnika, skoro kosztowało to pana tyle zdrowia? - Widziałem i wciąż widzę w nim ogromne możliwości fizyczne - odpowiada Lipiński, który trenerem jest kilkadziesiąt lat.

Strzałkowski oczywiście odwołał się od decyzji i zakwestionował wszystkie zarzuty klubu. Sprawa została także zgłoszona do Łódzkiego Okręgowego Związku Lekkiej Atletyki. Zarząd ŁOZLA, po zapoznaniu się z dokumentacją, podtrzymał decyzję klubu. Związek wystąpił jedynie o skrócenie zawieszenia ze względu na ewentualne przygotowanie Strzałkowskiego do sierpniowych igrzysk olimpijskich w Rio. MKS zgodził się na ten warunek i zawodnik 23 kwietnia 2016 będzie mógł zmienić klub zgodnie z przepisami PZLA. - Nie mamy zamiaru blokować zawodnika i blokować mu kariery - wyjaśnia Lipiński.

Wyrozumiały PZLA

Po zawieszeniu, Strzałkowski wyjechał z Aleksandrowa do rodzinnego Szczecina. Mimo kary, uczestniczy w zgrupowaniach PZLA. Związek tłumaczy, że w przepisach odpowiedzialności dyscyplinarnej PZLA nie ma zakazu powoływania na zgrupowanie kadry zawodnika, który został zawieszony przez swój macierzysty klub. To może być jedynie kara dodatkowa. Tyle, że Strzałkowski w tym roku wystartował już w dwóch sprawdzianach PZLA w Spale. Podczas pierwszego startu w kratka z przynależnością klubową przy jego nazwisku była pusta, a przy drugim wpisano go jako zawodnika niestowarzyszonego. - Oba zgłoszenia są niezgodne z prawem. On cały czas jest zawodnikiem MKS, tyle że zawieszonym i nie może startować - uważa Lipiński.

W piśmie nadesłanym do klubu czytamy też słowa Henryka Olszewskiego, kierownika szkolenia PZLA: "Nie jest w interesie Związku pozbywanie się zawodników mających taki potencjał, jak Adrian Strzałkowski. Co nie znaczy, że pochwalamy niesubordynację. Cenię i rozumiem swego kolegę Leszka Lipińskiego, ale nie może być podstawą do zawieszenia lub dyskwalifikacji zawodnika jego odmowa do współpracy z danym trenerem. Jest to kwestia wolności osobistej i wolnego wyboru".

- Prawo i przepisy są przecież jednakowe dla wszystkich, bez względu na pochodzenie lub zdolności człowieka - denerwuje się Lipiński. - PZLA postępuje niepedagogicznie. Nawet teraz, gdy Strzałkowski mieszka w Szczecinie, a jego trener w Krakowie, zajęcia odbywają się "na odległość". Nie wiadomo czy zawodnik w ogóle przystępuje do treningów, bo miał przecież taki zwyczaj. Kłótnie ze mną to tylko mały element całej sprawy. To nie miało decydującego znaczenia, jeśli chodzi o zawieszenie. Strzałkowski nie przestrzegał wielu innych punktów regulaminu klubu. Według mnie pan Olszewski bardzo spłaszczył wszystkie nasze zarzuty.

Nie wykrył go system

Skontaktowaliśmy się też z Olszewskim. - Strzałkowski jest szkolony centralnie, bo ma potencjał. Jeśli chodzi o sprawy dyscyplinarne, to ja się tym nie zajmuję - uciął kierownik szkolenia PZLA.

Jaki więc status ma Strzałkowski? - Ta sprawa to kwestia dyskusyjna - mówi Janusz Krynicki, przewodniczący komisji ds. nagród i wykroczeń PZLA. - Sam fakt zawieszenia zawodnika oznacza, że nie ma on prawa do startów ani świadczeń związkowych. Można to jednak różnie interpretować. Prawnicy, którzy analizowali sprawę stwierdzili, że w przepisach nie ma jednoznacznego zapisu, że zawieszony przez klub zawodnik nie ma prawa do szkolenia centralnego. Ale w zawodach nie powinien brać udziału.

Co na to Jerzy Skucha, prezes PZLA, który podpisał wspomniane pismo wysłane do klubu? - Nasi prawnicy sprawdzili regulaminy i zawieszenie zawodnika nie koliduje z jego szkoleniem centralnym - twierdzi. - A starty? Nasz elektroniczny system powinien zidentyfikować, że do zawodów zgłosił się zawodnik bez licencji i nie powinien go dopuścić do startu. Dlatego nie umiem odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ostatecznie Strzałkowski wystąpił w Spale.

Jak się dowiedzieliśmy, sprawa Strzałkowskiego będzie jeszcze rozpatrywana na sobotnim spotkaniu zarządu PZLA. - Klub prosił o wyjaśnienie, dlaczego zawodnik startował w Spale, więc musimy tej sprawie przyjrzeć się raz jeszcze - potwierdza Skucha.

Hoffmann zostawiony sam sobie

Przed sezonem w Wałczu odbyła się konferencja, podczas której klasyfikowano lekkoatletów do poszczególnych grup szkoleniowych. Wziął w niej udział również Leszek Lipiński, trener MKS Aleksandrów, opiekun m.in. Karola Hoffmanna, jednego z najlepszych polskich trójskoczków. Syn Zdzisława, byłego mistrza świata w trójskoku, poprzedni rok miał nieudany z powodu kontuzji i operacji kolana. Nie zrezygnował jednak z rywalizacji o prawo startu na igrzyskach w Rio.

Trener i zawodnik zaplanowali w styczniu obóz przygotowawczy w Republice Południowej Afryki. PZLA ustalił jednak tak wysokie opłaty, że klubu nie było na nie stać. - Musieliśmy więc zmienić układ przygotowawczy do zawodów halowych - tłumaczy Lipiński.

Trójskoczek MKS wziął więc udział w krótkim zgrupowaniu w Spale. - Uznaliśmy jednak, że nawierzchnia w hali Centralnego Ośrodka Sportu nie do końca służy Karolowi, bo po remoncie jest bardzo sprężysta - wyjaśnia szkoleniowiec. - To popularne podłoże, ale w hali w Toruniu, gdzie odbędą się mistrzostwa Polski, go nie ma. Mamy mniejszą szansę na udział w mistrzostwach świata, więc chcemy postarać się o złoto chociaż na krajowym podwórku. Z tego powodu trenujemy w Aleksandrowie.

Lipiński skontaktował się z Piotrem Borą z PZLA i potwierdził, że rezygnuje z przygotowań w Spale. Poprosił też o możliwość dofinansowania treningu w Aleksandrowie. - Trener Bora, który aktualnie... trenuje Strzałkowskiego, poprosił o uzasadnienie, więc wszystko mu wyjaśniłem - mówi Lipiński. - Otrzymałem jednak odpowiedź negatywną, bo, zdaniem związku, należy przygotowywać się w ośrodkach COS. To nieprawda, bo nie wszystkie zgrupowania odbywają się na tych obiektach. Zdecydowaliśmy się więc zrobić obóz dochodzeniowy w Aleksandrowie, ale już za pieniądze klubu.

To niestety mocno zmniejsza szanse Hoffmanna na dobry wynik w sezonie halowym i przede wszystkim na odpowiednie przygotowanie się do walki o igrzyska olimpijskie.

Z Borą, mimo wielu prób, nie udało nam się porozmawiać.