Łódź liderem w budowie obiektów sportowych. To dobra droga [KOMENTARZ]

Pod względem sportowej infrastruktury Łódź jest już w ścisłej czołówce polskich miast. Teraz kluby muszą pokazać, że zasługują na nowoczesne obiekty.
Czasy, kiedy wstydziliśmy się stadionów, a wizytówką Łodzi była stara hala przy ul. ks. Skorupki, już dawno minęły. Dziś Atlas Arenę zna każdy kibic siatkówki czy koszykówki, a koncerty największych gwiazd muzyki ściągają ludzi nie tylko z Polski. Nowoczesną halę treningową mają w MKT tenisiści, na odnowionym stadionie AZS można rozgrywać profesjonalne mityngi. Zamiast słynnego Estadio da Gruz jest nowoczesna trybuna na 5 tys. miejsc, a najnowocześniejszy przed 20 laty polski stadionik przy al. Piłsudskiego zastąpi wkrótce kameralny obiekt. To nie koniec, bo obok naszej reprezentacyjnej hali wkrótce ma stać mniejsza, dla ligowych drużyn, Politechnika Łódzka stanie się posiadaczem najnowocześniejszego w kraju kompleksu sportowego z basenem o wymiarach olimpijskich, rozstrzygnięto już przetarg na stadion żużlowy, a w planach jest modernizacja obiektów Rudzkiego Klubu Sportowego oraz dwa kompleksy treningowe dla piłkarzy. Takim bogactwem nie może się pochwalić żadne inne miasto w Polsce.

Hala zamiast stadionów

Ale po kolei... Na początku XXI wieku pojawiła się koncepcja zbudowania w Polsce nowoczesnej hali widowiskowo-sportowej. Katowicki Spodek miał już swoje lata, a imprez było coraz więcej. Łódzkie lobby w parlamencie i rządzie stanęło na wysokości zadania, udało się też przekonać do inwestycji niezbyt przychylnego sportowi prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Logika nakazywała wówczas zbudować w Łodzi stadion, bo przecież końcówka poprzedniego stulecia należała w piłce nożnej do Widzewa i ŁKS. W owych czasach było to jednak zadanie niewykonalne. Pamiętam pomysł, by na bazie stadionu Startu powstał... kryty tor kolarski. Był już nawet wstępny projekt za kilkaset milionów złotych. Na szczęście został zablokowany.

Hala, nazwana później Atlas Areną, kosztowała 285 mln zł. Budżet został przekroczony, bo w trakcie budowy rozpoczął się boom inwestycyjny i ceny materiałów mocno wzrosły. Udało się trochę obniżyć cenę, bo mądrzy ludzie w urzędzie miasta wcześniej kupili elementy dachu.

Latem 2009 roku powstał obiekt na blisko 13 tys. miejsc, w którym gościliśmy już mistrzostwa świata siatkarzy, mistrzostwa Europy siatkarek i koszykarzy i całą masę innych zawodów i koncertów. Hala nie jest idealna, bo została zaprojektowana do lekkiej atletyki, ale zabrakło pieniędzy na bieżnię. W ubiegłym roku z pomocą Ministerstwa Sportu udało się kupić bieżnię do sprintów i skoków.

Pocałunki śmierci

W końcu przyszedł czas na nowe stadiony, ale - jak się okazało - każda decyzja o ich budowie była pocałunkiem śmierci dla klubów, które miały na nich grać. Gdy postanowiono postawić obiekt przy al. Unii, ŁKS przestał istnieć. Analogicznie było w przypadku Widzewa, który też zbankrutował po rozpoczęciu inwestycji. Dziś ełkaesiacy grają w III lidze na obiekcie za 95 mln zł, a ich lokalni rywale czekają w IV lidze, aż w listopadzie zakończy się budowa stadionu za 120 mln. Ten pierwszy został zmniejszony o dwie trzecie, ale władze Łodzi zapewniają, że myślą o dobudowaniu kolejnych trybun.

Wkrótce mają zacząć się kolejne inwestycje: mała hala przy Atlas Arenie (prawie 40 mln zł) i stadion dla żużlowców i innych sportów motorowych (za 45 mln zł). Bo władze Łodzi mają ambicje, by miasto stało się polskim centrum motorowym. A hala na 3 tys. miejsc jest potrzebna, bo przy wielu imprezach w Atlas Arenie siatkarki Budowlanych nie mają kiedy rozgrywać swoich meczów. A przecież to najwyżej sklasyfikowana łódzka drużyna w liczących się sportach drużynowych. Oczywiście medale zdobywają rugbiści czy piłkarze wodni, ale to u nas dyscypliny niszowe.

Kolejną perełką powinno stać się centrum sportowe PŁ. Podobnego w Polsce nie ma, a przecież w pływaniu odnosimy sukcesy. Na trybunach wokół basenu będzie mogło oglądać zawody 2,5 tys. kibiców. W kosztach budowy partycypują też miasto i urząd marszałkowski (po 12 mln zł), a obiekt ma być gotowy jeszcze w tym roku.

Widzew i ŁKS doczekają się też obiektów treningowych: przy ul. Małachowskiego (Łodzianka) i Minerskiej (Kolejarz). W sumie na inwestycje sportowe Łódź ma wydać w kilku najbliższych latach ok. 100 mln zł. Dużo, ale dzięki temu będziemy mieć jeszcze więcej powodów do dumy i pozbędziemy się kompleksów wobec innych miast. Tak szerokiej gamy obiektów sportowych nie ma nawet w stolicy, której brakuje choćby nowoczesnej hali widowiskowo-sportowej.

Nowe obiekty to większy prestiż

Od razu nasuwa się pytanie, komu to jest potrzebne? Są w Łodzi ludzie uważający, że po co nam kosztowne inwestycje, skoro silnych drużyn mamy jak na lekarstwo. Jak już pisałem, w popularnych sportach jedyną liczącą się łódzką drużyną są Budowlani. Ale bez nowoczesnego stadionu żużlowcy Orła nie mają po co walczyć o awans, bo i tak nie zostaną dopuszczeni do ekstraklasy z powodu przestarzałej infrastruktury. Jestem przekonany, że gdyby Widzew i ŁKS wcześniej miały nowe stadiony (stadion?!), ich szanse na przetrwanie byłyby dużo większe. Trzeba było dużo samozaparcia, by wybrać się na rozlatujący się obiekt przy al. Unii czy też moknąć przy al. Piłsudskiego. Dziś kibice mają znacznie większe wymagania niż kilkanaście lat temu, bo większość spotkań mogą obejrzeć, siedząc w fotelu przed telewizorem. Do wyjścia z domu trzeba ich jakoś zachęcić, m.in. komfortowymi warunkami na trybunach. Wiadomo przecież, że po oddaniu do użytku nowego stadionu frekwencja rośnie przynajmniej o 20 proc.

Obiekty sportowe nie sprawią, że miasto zacznie na nich zarabiać, ale znacząco podniosą jego prestiż. Najlepiej widać to na przykładzie Atlas Areny, która dzięki mistrzostwom i meczom PGE Skry Bełchatów w Lidze Mistrzów nazywana jest siatkarską mekką Europy. Na stadion miejski już zawitała piłkarska reprezentacja Polski, na razie młodzieżowa.

Wędki zamiast ryb

Pojawia się jednak pytanie, po co obiekty, skoro brakuje nam sportu na wysokim poziomie? Słyszę, że zamiast wydawać miliony na stadiony czy hale, lepiej dać klubom. Co jest lepsze: dać potrzebującemu rybę czy wędkę, by mógł sam sobie złowić? Jestem zwolennikiem drugiej metody, bo pierwsza w Polsce nigdzie się nie sprawdziła. A już całkowicie zbankrutowała w piłce nożnej. Kluby przejęte na miejski garnuszek, albo padły albo padają, jak Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Wpompowano w nie dziesiątki milionów złotych, a efektów nie ma żadnych, poza rozczarowaniem i frustracją. Obie drużyny mają nowe stadiony, ale zostały nauczone, że o pieniądze nie trzeba się starać, bo same przyjdą.

Miasto jest po to, żeby pomagać, ale w rozsądnych granicach, a nie fundować prezesom 90 proc. budżetu, nabijać kieszenie przeciętnym zawodnikom, działaczom i menedżerom. Mając nowe stadiony i hale, pole do popisu mają zawodnicy, którzy powinni tak grać, żeby przyciągnąć ludzi na mecze. Bo przecież już od dawna wiadomo, że kibice to najwięksi sponsorzy, a dochody z tzw. dni meczowych są poważną częścią budżetów w lepszych klubach od łódzkich.

Działaczom zaś łatwiej będzie namawiać sponsorów, oferując im produkt,jeśli nie lepszy, to lepiej podany i opakowany. Dla nich to sprawdzian z operatywności, bo już nie będzie można tłumaczyć się, że na rozlatujący się obiekt wstyd kogoś zaprosić, jak to słyszałem przez lata.

Niedawny remont mocno podupadłej ulicy Piotrkowskiej pomógł ją ożywić, choć wydawało się to niemal niemożliwe. Dziś znów jest to wizytówka Łodzi, nie tylko z nazwy. Mam nadzieję, że te wszystkie stadiony, baseny i hale sprawią, że nasz sport rozkwitnie i nie będziemy chwalić się nowoczesnymi obiektami za setki milionów, ale drużynami i zawodnikami na nich grającymi. Tak jak to było dawniej. Potrzeba do tego jednak prawdziwych menedżerów, ludzi z wizją, Nie zmarnujmy tej szansy...

Więcej o: