Andrzej Niemczyk. (Nie)Spokojny chłopak z Bałut [WSPOMNIENIE]

Umarł Andrzej Niemczyk, jeden z najsłynniejszych polskich trenerów, nie tylko siatkarskich. Pochodził z Łodzi i przez większość życia był z nią związany.
- Urodziłem się na Bałutach, a jak wiadomo, Bałuty i Chojny to naród spokojny - powiadał kilka lat temu. W siatkówkę grał w Społem i Anilanie, które miały wtedy sekcje siatkarskie. Bez takich sukcesów jak jego kolega klubowy z Anilany Zbigniew Zarzycki, mistrz świata i mistrz olimpijski. Ale stał się bardziej znany jako trener. Najpierw szkolił młodzież w Stali Mielec, ale w latach 70. ubiegłego wieku wrócił do rodzinnego miasta. Pod Jego wodzą siatkarki Chojeńskiego Klubu Sportowego zostały w 1976 roku sensacyjnym mistrzem Polski.

Z kobietami trudniej pracować

"Teraz jestem zaszufladkowany jako specjalista od kobiet, a to nieprawda. Prowadziłem mężczyzn w Berlinie i miałem bardzo dobre wyniki. Trenerzy, którzy przeszli z męskiej do żeńskiej siatkówki, nie dali sobie rady. Ci, którzy przeszli z żeńskiej do męskiej, zawsze osiągali bardzo dobre wyniki. Dlaczego? Bo w męskiej siatkówce dużo lżej się pracuje. Ja zawsze odpoczywałem, trenując siatkarzy. Najlepszy trener we Włoszech Julio Velasco zdobył z mężczyznami wszystko, co było do wygrania. Przejął żeńską reprezentację Włoch i po półtora roku powiedział, że się nie nadaje. Hubert Wagner też po mnie przejął kadrę kobiet i po dwóch latach wywalczył ósme miejsce na mistrzostwach Europy. Kobiety nie są gorsze, po prostu więcej wymagają i są bardziej zróżnicowane. Chłopaków można pod sznurek prowadzić, a dziewczyn nie wolno. Do każdej trzeba znaleźć dojście w inny sposób" - opowiadał dziesięć lat temu.

Błyskawicznie trafił do reprezentacji Polski, lecz po czwartym miejscu w mistrzostwach Europy w 1977 roku został zwolniony. Wrócił po 26 latach i był to powrót triumfalny. Każdy kibic siatkarski wie, kim są "złotka". To polskie kadrowiczki, które dwa razy z rzędu zdobyły mistrzostwo Europy. Niespodziewanie...

"Gdybym nie wierzył, że nasza reprezentacja jest w stanie zdobywać medale, nie podjąłbym się pracy z nią. Po powrocie z Niemiec przez pewien czas obserwowałem polską siatkówkę i wiedziałem, na kogo postawić. Agatę Mróz wziąłem z drugoligowego KSZO Ostrowiec. Kiedy zaczynałem pracę z kadrą, starsze zawodniczki, tak jak moja córka [Małgorzata, obecnie posłanka - przyp. red.], nie miały ochoty grać. Miały już dosyć przebywania przez 100-120 dni w roku na zgrupowaniach. Potem jechały na mistrzostwa Europy i zajmowały ósme czy dziewiąte miejsce. Między moją pierwszą i drugą przygodą z reprezentacją, a trwała ona 26 lat, kadrę prowadziło 12 szkoleniowców. Zdecydowanie za często zmieniano trenerów. Ja przez dziesięć lat byłem w Niemczech selekcjonerem reprezentacji. Ale tam jak ktoś robi dobrą robotę, to nawet jeśli nie osiągnie dobrego wyniku, nie zwalnia go się od razu. U nas, jak się gębę wykrzywi na prezesa albo powie dwa słowa za dużo, następnego dnia jest się wyrzuconym z pracy".

Potrafił rozmawiać z kobietami. Miał zresztą trzy żony. Mówił zawodniczkom, żeby przed meczem robiły staranny makijaż, bo to też deprymuje rywalki. Dziś to normalne, ale kiedyś nie było tak oczywiste.

O złotych medalach, gwiazdach i trenerach

"Do drużyny nie można powołać wszystkich najlepszych. Z niektórymi nie mogłem się dogadać i choć były lepsze od innych, zrezygnowałem z nich. Kluczową rolę odgrywa zawsze zespół, a nie zawodniczka. Jeżeli jedna siatkarka decyduje o grze drużyny, nie jest dobrze. W takiej sytuacji nie ma szans na osiągnięcie wielkich sukcesów. Bo jeśli gwiazda ma słabszy dzień czy dozna kontuzji, to zespół przestaje istnieć. Ale w drużynie muszą być zawodniczki wiodące, bo pod nie ustawia się sposób gry. Podczas mistrzostw Europy w 2003 roku taktyka była ustawiona pod Małgosię Glinkę. Dzięki temu Magda Śliwa została najlepszą rozgrywającą, a Glinka najlepszą zawodniczką mistrzostw. Bo rozgrywającą ocenia się po tym, ile ataków po jej wystawie zostanie skończonych, a nie po tym, jak wyglądała wystawa. W naszym przypadku wiązało się blok po jednej stronie siatki i wystawiało na drugą. Glinka dostawała tyle piłek na pojedynczy blok, że w jednym meczu zdobyła nawet 41 punktów. W następnych mistrzostwach Europy nie było tak wyróżniającej się zawodniczki jak wcześniej Glinka, bo taktyka była rozłożona na pięć siatkarek. W statystykach Dorota Świeniewicz była tylko niewiele lepsza od innych koleżanek. Ale gwiazdy są potrzebne zespołowi, bo czasami przeciwnik gra na nie. Można założyć taktykę, że gwiazda wiąże blok, a piłkę ma ktoś inny. Wyniki pokazują, że w obu turniejach o mistrzostwo Europy mieliśmy dobrą taktykę".

Był bezkompromisowy. Przejawem była też krytyka innych szkoleniowców. Nawet w ostatnich latach, gdy pracował jako komentator telewizyjny, nie szczędził trenerów Orlen Ligi i reprezentacji. W latach 90. nie bał się krytykować Raula Lozano, prowadzącego męską kadrę. Miał mu za złe, że... nie uczy się polskiego. "Ode mnie wszędzie wymagali, żebym mówił w języku kraju, w którym pracuję. Wtedy jest zupełnie inny kontakt z zawodnikami".

"Kryzys szkoleniowy w naszym kraju rozpoczął się od czasu, kiedy akademie wychowania fizycznego przeszły spod władzy Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki do Ministerstwa Edukacji. Za moich czasów na jedno miejsce w AWF było 12-16 chętnych. Były małe szanse, by się dostać na tę uczelnię. Trzeba było strasznie wkuwać. Ale władze robiły bardzo dobrze, bo ci, którzy grali w reprezentacji i pierwszej lidze, dostawali dodatkowe punkty. W ten sposób wychwytywali bardzo dobrych sportowców, którzy na AWF zostawali trenerami. Teraz nie ma takiej selekcji. Drugą przyczyną kryzysu jest to, że polscy trenerzy się nie dokształcają. Z dwóch przyczyn - bo jest bardzo mało fachowej literatury polskiej i szkoleniowcy nie znają języków. Kiedyś pomagali sobie publikacjami rosyjskimi. Teraz Rosjanie nic nie piszą, a na dodatek też mają problemy, i z tego, co wiem, korzystają z naszej słabej literatury. Szkoda, że Polacy nie mogą czytać na przykład książek niemieckich. Ja mam szczęście, bo znam ten język, a Niemcy w każdej dziedzinie życia, nie tylko w sporcie, tłumaczą wszystko, co dobre. Tam wchodzi się do księgarni i całe regały są zapełnione książkami o tematyce sportowej. Warto też jeździć po świecie, bo w innych krajach zawsze człowiek coś podpatrzy. Dokształcanie się jest najważniejsze. Jak wyjeżdżałem z Polski, będąc młodym trenerem, też myślałem, że już wszystko wiem. Okazało się, że muszę się jeszcze dużo nauczyć. Inny trener wyjechał z Polski, a inny wrócił. Polscy trenerzy wstydzą się pokazać, że czegoś nie umieją. Tego nie ma na Zachodzie. Tam nawet bardzo mądry i wysoko postawiony trener chętnie słucha innego, bo uważa, że zawsze można się od niego nauczyć czegoś nowego".

O stracie miliona dolarów

Nie wstydził się publicznie mówić o pieniądzach. Uważał, że w Polsce jest wstydliwe nastawienie do pieniędzy. "Na Zachodzie ludzie się chwalą, ile zarabiają, bo to podnosi ich prestiż w społeczeństwie. A u nas w kontrakcie utajnia się zarobki. Ja przez trzy lata pracy w Turcji zarobiłem na czysto ponad milion dolarów. Ale straciłem wszystko i wyszedłem na zero. A nawet na minus. Miałem dwa wyjścia - albo kupić pistolet i strzelić sobie w łeb, albo wziąć się do roboty. Szybko złapałem się za odbudowę. Pracując z kadrą, przez dwa lata dokładałem do interesu, ale wiedziałem, co robię. Powiedziałem dziewczynom: Mamy pieniądze na zgrupowania, wyjazdy, turnieje, nie ma premii, ze stypendiami jest różnie, a ja też słabo zarabiam. Wszystko jednak sobie odbijemy, jak przyjdzie wynik. Wypromujemy się, każda z was dostanie propozycję z Włoch czy Rosji. Promocja wyszła, bo większość dziewczyn dostała naprawdę dobre propozycje. Ja też zarabiam już dobre pieniądze. Na warunki polskie powiedziałbym, że nawet bardzo dobre".

Sukcesy z reprezentacją sprawiły, że stał się popularny. "Z jednej strony, jest to sympatyczne i przyjemne, lecz czasami jest jej za dużo. Ale to normalne i trzeba z nią żyć. Jak się idzie po ulicy, szczególnie w Łodzi, i co jakiś czas ktoś podchodzi, podaje rękę i gratuluje, to jest to bardzo przyjemne. To są z zasady starsi ludzie, a wszyscy do mnie krzyczą »panie trenerze «, tak jak zawodniczki. Miło jest jednak słyszeć od prezydenta Kwaśniewskiego, że w wieczór wyborczy oglądał programy w dwóch telewizorach - w jednym nasz mecz z Włochami o złoty medal, a w drugim wyniki wyborów".

Próbował kariery politycznej, jednak nie dostał się do parlamentu.

O chorobach

Tak jak bez skrępowania mówił o pieniądzach czy trudnych kontaktach z zawodniczkami, tak samo nie wstydził się opowiadać o swoich problemach ze zdrowiem. Już kilkanaście lat temu walczył z nowotworem. - Zapiłem go - żartował. Naprawdę jednak przeszedł kilka chemioterapii. Dwa lata temu znów okazało się, że ma raka. "Po tygodniu trafiłem do szpitala na Banacha. Zrobili mi badania i znaleźli tego cholernego raka. Już ponad dwa lata siedzi w obu płucach" - mówił w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego". Zapewniał jednak, że nie ma zamiaru się poddać, bo siłę do walki daje Mu siatkówka. "Niech pan zapamięta, że życie to impreza, z której nikt nie wychodzi żywy (...). Czego się bać?"

Andrzej Niemczyk przeżył 72 lata.