Sport.pl

Rio 2016. Marek Krochmalski o czwartych igrzyskach: "Czasami trzeba przyłożyć palec boży"

Łódzki lekarz Marek Krochmalski wyjechał już na Igrzyska Olimpijskie do Rio de Janeiro. Jest członkiem misji medycznej, która ma zapewnić sportowcom bezpieczeństwo zdrowotne
Maciej Nowocień: To dla pana już czwarte igrzyska olimpijskie.

Marek Krochmalski: Po raz pierwszy pojechałem do Pekinu i było to ogromne przeżycie. Całkiem inna mentalność ludzi. Przyzwyczailiśmy się do innych Chin, a tam wszystko było dobrze zorganizowane, ludzie bardzo mili. Były nawet osoby w jednakowych koszulkach, których jedynym zadaniem było kłanianie się gościom. Trudno było nie zauważyć pustych domów dookoła wioski olimpijskiej, ludzie musieli jechać na urlop. Zastanawialiśmy się, czy Londyn przebije igrzyska w Pekinie i Brytyjczycy rzeczywiście zrobili świetną imprezę. Były lepsze niż te w Pekinie: kameralne, ale niczego nie brakowało. Była fajna oprawa, mili ludzie i dobra służba zdrowia. Jeśli chodzi o Soczi, to nigdy wcześniej tam nie byłem. Gdy przyjechałem, wszystko wyglądało jak na Zachodzie. Piękna linia kolejowa, dworzec... Naprawdę się przygotowali i nie żałowali pieniędzy. Wszyscy rozmawiali po angielsku. Jedynie wolontariusze nie byli najlepiej odżywiani, a niektórzy dojadali u nas. Inna ciekawostka: żołnierze schowali się w lesie w białych namiotach, a podczas igrzysk... brakowało śniegu, więc się wyróżniali, zamiast się wtopić w otoczenie. Gdy jeździliśmy na zawody, autobusy były plombowane, a przy wyjściu wszystkich sprawdzano. Pod względem bezpieczeństwa nie można było niczego zarzucić.

A przed igrzyskami w Brazylii czego pan się obawia?

- Byłem w Brazylii jako lekarz, na sympozjum. Znam już ten kraj. Igrzyska zawsze rządzą się specjalnymi prawami. Obawialiśmy się Rosjan, a było czysto. Może nie był to pięciogwiazdkowy hotel, ale było przyzwoicie. Tak samo będzie w Brazylii. Niedociągnięcia zawsze są, ale jakby przyjrzeć się zdjęciom, to wszystko jest nowe. Moglibyśmy obawiać się o bezpieczeństwo zdrowotne zawodników, ale jako misja medyczna ubezpieczyliśmy się i zadbaliśmy o to, by niczego nie zabrakło. Jest duża edukacja zdrowotna, prewencja, szczepienia. Przygotowana została specjalna strona internetowa o zdrowiu w Rio de Janeiro. Każdy zawodnik musiał zobaczyć prezentację, a później czekał go quiz. To zawsze pretekst, żeby się zapoznać z tym, co może nas spotkać.

Z większością olimpijczyków pan się zna. Stale współpracuje pan m.in. z lekkoatletami.

- A wcześniej przez 15 lat opiekowałem się ciężarowcami. Lekkoatleci to fajna grupa, bardzo zgrana. Igrzyska są ważne, bo oprócz medali można wywalczyć stypendium olimpijskie do końca życia, co uważam za świetny pomysł państwa. A o medalach decydują miejsca, a nie wyniki, więc trzeba się nauczyć startować. Byłem w Londynie z ciężarowcem Marcinem Dołęgą, który chciał być mistrzem olimpijskim i rekordzistą świata. Skończył na czwartym miejscu. Znam słabe strony lekkoatletów. Są niewielkie kontuzje, ale jeśli ktoś startuje, to znaczy, że nie jest najgorzej. Moją rolą jest zminimalizować te urazy. Jedna z lekkoatletek kilka tygodni temu złamała rękę. Leczyliśmy, a ona trenowała i na igrzyska pojedzie zdrowa. Najważniejsze jest to, by leczenie nie zatrzymywało treningu.

Jak wygląda pański dzień na igrzyskach?

- Zaczyna się wieczorem (śmiech ). Mamy spotkanie w misji lekarskiej i dzielimy obowiązki na następny dzień. Każdy z nas obstawia inną dyscyplinę. Czasami nie ma nic do pracy, a czasami trzeba przykleić plaster czy zrobić zastrzyk. Często też musimy podjąć decyzję, czy ewentualny uraz pozwala na dalszy start. Jeśli zawodnik się uprze, może to się skończyć tragicznie. Wielu piłkarzy już umarło na boisku... Ale teraz świadomość sportowców jest inna. Nie ma już metody "na upartego".

W Rio de Janeiro będzie pan zajmował się tylko lekkoatletami?

- Jestem członkiem głównej części misji medycznej, więc zajmujemy się wszystkimi sportowcami. Ale jest też grupa lekarzy, która nie jest bezpośrednio w misji i oni pracują dla swoich związków. To także odciążenie finansowe dla Polskiego Komitetu Olimpijskiego, bo to związki muszą opłacić im chociażby noclegi.

Jerzy Janowicz jest już w pełni zdrowy, by dobrze reprezentować Polskę w igrzyskach?

- Wytrzymaliśmy z nim bardzo dużo. Trzeba było go hamować, ale teraz stać go na wiele. To nie jest typ rzemieślnika, ale może wykręcić dobry wynik na igrzyskach. Jest zdrowy, ale musieliśmy go trochę dłużej trzymać. Wcześniej popełniany był błąd, bo Jerzy za wcześnie chciał wrócić. Teraz przeciągnęliśmy aż dwa miesiące, aż kontuzja ustąpiła. Do tego doszła rehabilitacja. Na razie z urazem jest cisza i spokój. Pojechał do Rio i mam nadzieję, że wróci z dobrym wynikiem.

Zdarzały się panu wyjątkowe przypadki podczas wielkich imprez?

- Raczej nie. Czasami trzeba zrobić rzeczy inne niż zastrzyk czy operacja. Jeden z zawodników miał kiedyś kłopoty z przewodem pokarmowym. Zrobiłem mu akupunkturę i nagle stwierdził, że po raz pierwszy nie miał problemów. Czasami wystarczy przyłożyć palec boży (śmiech ). Bardzo ważna jest też psychika. Trzeba podejść do sportowców w pozytywnym sensie, co już przerabiałem kilkakrotnie.

Czyli pełni pan czasem rolę psychologa?

- Żaden pracownik służby zdrowia nie może być maszyną, tak samo lekarz. Fizjoterapeuci czasem są jak rodzice czy spowiednik. Sportowcy mają wokół siebie specyficzną aurę i ludzie, którzy z nimi współpracują, też muszą być specyficzni. Inaczej się nie da.

W Brazylii sen z powiek spędza wirus Zika i zanieczyszczenie wody. Często sportowcy pytają pana o to?

- Raczej nie. Zrobiliśmy wszystkie możliwe szczepienia, więc czują się bezpieczni. Co prawda na zikę nie ma metody prewencyjnej, jedynie środki odstraszające komary. Ale wszystkim zawodnikom, którzy po igrzyskach myślą o prokreacji, zapewnimy badania, czy na pewno nie są zarażeni wirusem. O ile sportowcy są chronieni, to przecież przyjedzie sporo kibiców, którzy rozprzestrzenią zikę na całym świecie. Statystyki mówią, że przecież ktoś musi paść ofiarą. Nie ma jednak co panikować, bo w Brazylii jest teraz zima i komary niechętnie latają.

Nie mogę nie zapytać o doping, który stał się globalnym problemem.

- Pracowałem ze sztangistami, których obdarzono historią dopingową. Ale nie ma co przesadzać, bo lekkoatleci i kolarze również są w to tak samo zamieszani. Tak naprawdę teraz coraz trudniej jest się czymkolwiek niedozwolonym wspomagać. Medycyna coraz lepiej wykrywa substancje niedozwolone i to po dłuższym czasie. Ostatnio wielu sportowców zostało ukaranych za doping podczas igrzysk w Pekinie. Teraz prowadzone są badania osób, które już zakończyły karierę i po igrzyskach mogą być kolejne odsunięcia. Ogromne zamieszanie jest z Rosjanami. Znam środki, które oni przyjmowali, i być może nie jest to mocno szkodliwe, ale niedozwolone i trzeba tego przestrzegać. Bardziej przeraża fakt, że to forma zorganizowana. Szczególnie obciąża to całą ekipę w sportach drużynowych. Trzeba też pamiętać, że to zawodnik odpowiada za to, co przyjmuje i nikt nie może zrzucać winy na innego, że "ktoś coś mu podał". Międzynarodowy Komitet Olimpijski podkreśla, że kto przyjmuje, ten odpowiada.

Był pan za wycofaniem wszystkich rosyjskich sportowców z igrzysk w Rio de Janeiro?

- To sprawa trochę polityczna. MKOl wpadł na pomysł na zepchnięcie odpowiedzialności na federacje. To cwany ruch, bo umywa ręce. Wycofanie Rosjan to duży wstrząs dla sportu, ale jak nie będzie niektórych rasowych dopingowiczów, to dobrze. Sportowcy wkładają ogrom pracy, dużo radości, a przez niedozwolone środki można to zepsuć. Podczas ubiegłorocznych mistrzostw świata w Pekinie również Kenijczycy byli na cenzurowanym. Światowa Agencja Antydopingowa pogroziła im palcem i niewiele brakowało do wykluczenia.

Rozumiem, że życzyć panu na igrzyskach jak najmniej pracy?

- Tak, a oprócz tego zdrowia i żebym mógł cieszyć się z sukcesów naszych zawodników.

Więcej o: