Sport.pl

Zygfryd Kuchta o śmierci Andrzeja Szymczaka: "Bardzo mnie to dotknęło"

Zmarł Andrzej Szymczak, jeden z najlepszych piłkarzy ręcznych w historii tej dyscypliny, medalista olimpijski, mistrzostw świata. Miał 68 lat.
ROZMOWA Z

ZYGFRYDEM KUCHTĄ,

kolegą z boiska i przyjacielem Andrzeja Szymczaka

Jarosław Bińczyk: Spośród ludzi sportu chyba najlepiej znał pan Andrzej Szymczaka.

Zygfryd Kuchta: Rzeczywiście, to bardzo smutna wiadomość. Miałem nadzieję, że uda Mu się wygrać tę ostatnią walkę, ale we wtorek rano dostałem informacje, że niestety zmarł. Dotknęło mnie to bardzo, bo przez wiele, wiele lat byliśmy przyjaciółmi na boisku i poza nim. Ja jako trener, a On jako zawodnik zdobyliśmy pierwszy medal mistrzostw świata i mistrzostwo Polski z Anilaną. Wcześniej przywieźliśmy brąz z igrzysk olimpijskich w Montrealu. A poza sportem nasze rodziny też się przyjaźniły. To dla mnie naprawdę duży cios. Odeszła postać znacząca w historii piłki ręcznej, nie tylko polskiej.

Dziś kibice emocjonują się grą Sławomira Szmala czy Piotra Wyszomirskiego. Młodzi nie wiedzą, że Andrzej Szymczak uważany był jeśli nie za najlepszego, to jednego z najlepszych na świecie.

- Trudno teraz ustawić hierarchię, jednak był jednym z najlepszych na świecie. Występował wówczas w reprezentacji świata. Gdy w tamtych czasach odnosiliśmy sukcesy, to w każdym z nich znaczący udział miał Andrzej Szymczak. W reprezentacji i klubie.

Pamiętam, że różnił się wówczas od innych bramkarzy tym, że był potężnym mężczyzną, który zasłaniał pół bramki.

- Był jednym z pierwszych bramkarzy na świecie, którzy wykorzystywali warunki fizyczne. W czasie Jego świetności na tej pozycji mało było tak rosłych zawodników. Dziś to normalne, ale wówczas była to nowość.

Miał też bardzo silny charakter, wręcz dominujący, także jako trener.

- Po zakończeniu kariery został trenerem, ale musiał dać sobie spokój z powodu kłopotów zdrowotnych. Później razem próbowaliśmy ratować upadająca Anilanę. Niestety, nie udało się, bo nie było wielkiego zainteresowania... Był bardzo silną osobowością. Jeśli trzeba było kogoś docenić, to pochwalił, ale potrafił też skrzyczeć kolegów, którzy popełnili błąd. Był bramkarzem, który grał razem z obroną. To Jego kolejny wielki atut, bo często widzimy bramkarzy stojących w tych swoich sześciu metrach kwadratowych i skupiających się na swojej działalności. Andrzej starał się dyrygować obroną od tyłu i jeśli ktoś wybrał sobie inną partyturę, to mu się obrywało.

Po zerwaniu ze sportem Andrzej Szymczak prowadził w Konstantynowie bar "Szymek".

- To był taki mały rodzinny biznes, z którym skończył kilka lat temu. Ostatnio był emerytem i czasami udzielał się w akcjach promujących piłkę ręczną czy idee olimpijskie. Ostatni weekend spędził w Wągrowcu, gdzie zorganizowano imprezę na boiskach trawiastych. Andrzej był tam z Włodkiem Wachowiczem [były zawodnik Anilany - przyp. red.]. Wrócił w niedzielę do domu i niestety zasłabł. Trafił do szpitala, jednak nie udało się Go uratować.

Przed igrzyskami olimpijskimi w Rio de Janeiro widziałem Jego wypowiedź telewizyjną, w której namawiał trenera Talanta Dujszebajewa, by postawić w bramce na Wyszomirskiego, ponieważ Szmal jest już wypalony. Były to prorocze słowa, bo dzięki znakomitej grze Wyszomirskiego Polska awansowała do półfinału.

- On to powtórzył dwukrotnie. Przez pierwszą wypowiedź, w czasie mistrzostw świata w Katarze [w 2015 roku - przyp. red.], miałem spore problemy. Byłem wtedy kierownikiem polskiej ekipy, a te słowa przez pomyłkę przypisano mi. Gdybym nawet tak myślał, to jako kierownik nie miałbym prawa tego powiedzieć. Trener Biegler miał do mnie pretensje, zresztą słuszne. Do końca Niemiec nie był przekonany, czy Andrzej Szymczak nie wypowiedział moich myśli. Przed Rio były to prorocze słowa, bo Wyszomirski pomógł nam pokonać Chorwację w ćwierćfinale.

Pogrzeb Andrzeja Szymczaka najprawdopodobniej odbędzie się w poniedziałek

Więcej o: