Witold Skrzydlewski, prezes Orła: "Zafundowałem łodzianom emocje"

- Nie mamy zamiaru awansować przy zielonym stoliku. Jeśli nie będziemy na tyle silni, by pokonać Lokomotiv, to nawet jak ustawi się stu sponsorów z milionami, walkę o ekstraligę przesuniemy o rok - mówi Witold Skrzydlewski, prezes Orła Łódź
ROZMOWA Z

WITOLDEM SKRZYDLEWSKIM,

prezesem Orła Łódź

Jarosław Bińczyk: Czy przed sezonem spodziewał się pan, że dla Orła zakończy się on tak efektownie?

Witold Skrzydlewski: Nie, bo zakładaliśmy, że wygramy wszystkie mecze, a dwa przegraliśmy.

Przed Orłem ostatni mecz w fazie zasadniczej i dwumecz z Lokomotivem Daugavpils, który nie ma żadnego znaczenia, bo regulamin zabrania zagranicznemu klubowi walki o mistrzostwo Polski. Jesteście więc w ekstralidze.

- Jesteśmy ludźmi honoru: ja, moja rodzina i wszyscy łódzcy fani żużla, podjąłem więc decyzję, że jeśli przegramy finał z Łotyszami, co jest możliwe, bowiem to bardzo silny zespół, to nie wystartujemy w ekstralidze, nawet jeśli znajdziemy pieniądze.

Żartuje pan...

- Słowo honoru! Nie mamy zamiaru awansować przy zielonym stoliku. Ważna jest sportowa walka. Jeśli nie będziemy na tyle silni, by pokonać Lokomotiv, to nawet jak ustawi się stu sponsorów z milionami złotych, walkę o ekstraligę przesuniemy o rok. Inna sprawa, że nie wyobrażam sobie, byśmy mogli przegrać.

Wspominał pan, że władze polskiego żużla namawiają pana do startu w ekstralidze.

- Spotkałem się z panem Andrzejem Witkowskim (prezesem PZM) oraz szefem Ekstraligi Wojciechem Stępniewskim. Obaj zapewniali, że jeśli sportowo wywalczymy awans, zostaniemy dopuszczeni do rozgrywek, a na naszym stadionie warunkowo będzie można rozgrywać mecze. Byłoby grzechem, gdyby zrobiono inaczej, bo przecież godzinę jazdy od Warszawy powstaje nowy stadion, jeden z najładniejszych i najbardziej funkcjonalnych w Polsce.

A jaka jest różnica w budżetach pierwszej i ekstraligi?

- W pierwszej lidze mieścimy się w 2,5 mln zł. W ekstralidze bez 4,5 mln na zapłacenie zawodnikom nie ma co zaczynać. A są kluby z budżetem 15 mln zł. Z biletów się nie utrzymamy, bo mecz kosztuje nas ok. 120 tys. zł, a dochód za spotkanie z Częstochową wyniósł 42 tys. zł.

Większy budżet to lepsi zawodnicy?

- Niekoniecznie. Jestem przekonany, że większość zostałaby w klubie, bo potrzeba nam wzmocnienia jednym, może dwoma żużlowcami. Ale taki Oskar Bober nie zostanie, gdy będziemy płacić mu 1300 zł za punkt. Zażąda 5 tys. plus 200 tys. zł na przygotowanie do sezonu. Już za nim kluby biegają, bo wciąż będzie juniorem. Po prostu bez podwyżek nas rozdrapią. Poza tym nasi zawodnicy muszą mieć lepsze motory. Umiejętności wszyscy mają podobne, a wszystko zależy, na czym żużlowiec siedzi. Lepsi mechanicy są dwa razy drożsi. Do nas już dzwonią zawodnicy, chcący jeździć w Orle. Gdybym ujawnił nazwiska, toby pan spadł z krzesła.

Dlaczego chcą startować w Orle?

- Z prostej przyczyny: wiedzą, że będzie nowy stadion. A do tego czasu stary kurnik też będzie handicapem. Jesteśmy w stanie wzmocnić się Jasonem Doylem czy Peterem Kildemandem. Hans Andersen wcześniej, jak to się mówi, woził ogony, a u nas jest liderem. Dlaczego? Powiedział mi to Doyle: jeśli zawodnik cały czas myśli, czy będzie miał za co zapłacić mechanikowi, kupić motor, nie może się skupić na zawodach. U nas wie, że jak wystawi fakturę, dostanie pieniądze. Nasi zawodnicy wiedzą, że jak awansujemy, dostaną szansę. Po finale mamy miesiąc na podjęcie decyzji. Możemy ogłosić: "sorry Winnetou", ale nas nie stać. Byłoby nam łatwiej, gdybyśmy dostali milion złotych z ekstraligi, tak jak pozostałe kluby. Okazało się jednak, że beniaminka to nie dotyczy, on dostaje tylko 300 tys. zł. Z tego musi za 100 tys. wykupić udziały w spółce, drugie sto na przekształcenie w spółkę i zostaje mu tylko 100 tys. zł. Czujemy się jak Wokulski: masz chamie kasę, to wchodzisz do elity...

Gdyby dziś miał pan podjąć decyzję o awansie, to jak ona by była?

- Dopiero zaczyna się ruch, są telefony od sponsorów, prowadzimy rozmowy. Nie wywiesiłem białej flagi. Mogłem oszczędzać pieniądze i w Pile czy teraz ze Stalą Rzeszów wystawić słabszy skład. Ale chcemy dać kibicom emocje i zadowolenie, a nie - jak niektóre kluby - robić karykaturę meczu. Hans Andersen ma połamane palce i grozi mu utrata czucia w ręce. Chylę czoło przed chirurgami ze szpitala WAM, którzy chcą mu pomóc. Duńczyk zapowiedział, że na 18 września, kiedy zaplanowany jest pierwszy mecz finału, będzie gotowy.

Czy ten sezon dał panu prywatną satysfakcję?

- Jestem kontrowersyjną osobą, bo mówię to, co myślę. Nie mam przyjaciół w żużlowych władzach, więc ten sukces daje mi podwójną satysfakcję. Nie mówiąc już o uśmiechniętej twarzy mojej córki, bo żużel to jej hobby, a nie moje. Skrzydlewscy lubią wygrywać, a do tej pory przegrali dwukrotnie: córka w wyborach do europarlamentu, a ja do Sejmu. W pierwszej chwili miałem machnąć ręką na klub. Postanowiłem jednak zrobić odwrotnie i zafundować łodzianom emocje.

W lidze dwa razy pokonaliście Lokomotiv. Zakładam, że podobnie będzie w finale. Czego Orzeł potrzebuje, by wystartować w ekstralidze.

- Pieniędzy. Z pełną świadomością mówię, że rodzina Skrzydlewskich sama nie jest w stanie utrzymać klubu w ekstralidze. Chciałbym, żeby pan to podkreślił! Łaska kibica na pstrym koniu jeździ i jeśli awansujemy na siłę i przegrywali wszystkie mecze, to ludzie, którzy dziś klaszczą i krzyczą "Witold Skrzydlewski", będą mnie wyganiać. Dziś na ekstraligę nas nie stać, mimo pomocy miasta. Nie mogę podziękować panu marszałkowi, bo to, co nam przekazuje, nie wystarcza na zapłacenie za jeden start Hansa Andersena. Gdyby wspierał nas tak jak miasto, byłoby nas stać na ekstraligę. Jestem przekonany, że za rok najsilniejsza będzie Wanda Kraków, której pomaga wojewoda małopolski, wielki kibic żużla. My za czasów poprzedniej wojewody łódzkiej słyszeliśmy, że nie ma możliwości wspierania sportu.

Wanda będzie najsilniejsza, bo w pierwszej lidze nie będzie już Orła.

- Nie, nie (śmiech ). Dziś daję jeden procent szans na start w ekstralidze. Gdybym był tylko sponsorem i stał z boku, to w razie niepowodzenia byłoby mi wszystkie jedno. W naszym przypadku nie mogę sobie pozwolić na stratę dobrego imienia firmy, na którą pracowaliśmy latami.

W ostatnim meczu rundy zasadniczej Orzeł zmierzy się na własnym torze ze Stalą Rzeszów. Początek meczu w niedzielę o godz. 13.45