ŁKS może wylądować pod mostem. Za długi wobec MOSiR

Stowarzyszenie ŁKS-u będzie musiało opuścić pokoje na stadionie przy al. Unii, bo zalega z opłatami. Dług wobec miasta przekracza 160 tys. zł.
- Wiem, że jesteśmy zadłużeni, i czuję się winny. Ale z drugiej strony myślę, że władze miasta powinny nam pomóc, bo płacimy za metr kwadratowy pomieszczeń więcej niż w biurowcach klasy A - mówi Mirosław Wróblewski, prezes stowarzyszenia ŁKS-u.

W klubie trenuje ponad 100 młodych piłkarzy i lekkoatletów. Rok temu ćwiczących było zdecydowanie więcej, ale sekcja siatkówki kobiet została przeniesiona do spółki, a zajęcia w sekcjach zapasów i podnoszenia ciężarów zostały zawieszone. Powodem były ogromne kłopoty finansowe liczącego 103 lata klubu.

- Nie miałem pieniędzy, aby wszystkie sekcje utrzymywać, bo czynsz był bardzo duży, a na domiar złego straciliśmy jedyne źródło utrzymania, którym była dzierżawa bazaru na Retkini - wyjaśnia prezes.

Jak dowiedziała się "Gazeta", zaległości przekroczyły 160 tys. zł. MOSiR, który jest właścicielem obiektów przy al. Unii, zamierza złożyć do sądu pozew przeciwko stowarzyszeniu. - To, że ŁKS nie płaci za pomieszczenia, możemy jeszcze przeboleć. Ale ma też zaległości za wodę, energię i ogrzewanie, które musimy za niego sami regulować na bieżąco, stąd nasze twarde stanowisko - tłumaczy Janusz Kopeć, dyrektor MOSiR-u.

Za cztery pomieszczenia biurowe stowarzyszenie powinno płacić spółce miejskiej co miesiąc ponad 2 tys. zł. Nie robi tego od dawna, bo kasa jest pusta, a do tego wszystkie konta zostały zablokowane przez komornika. Przejął on ostatnio nawet pieniądze, które ŁKS otrzymywał za dzierżawę billboardów na koronie stadionu.

- Wiem, że trzeba spłacać swoje długi, ale jak to zrobić, skoro nie mamy żadnych wypływów? - zastanawia się Wróblewski. Prezes liczy na pomoc miasta, dlatego w najbliższych dniach chce spotkać się z prezydent Hanną Zdanowską. - Myślę, że przyjdzie nam z pomocą i ponadstuletni klub nie wyląduje pod mostem - dodaje.