Sport.pl

TBL. Statystyki nie kłamią, Amerykanie w ŁKS robią różnicę

Aż 49 z 65 punktów w przegranym meczu z Treflem Sopot zdobyli dla ŁKS-u Kirk Archibeque, B.J. Holmes i Jermaine Mallet. To niejedyna statystyka, która pokazuje, że amerykańskie trio w łódzkiej drużynie robi różnicę.
We wtorkowym spotkaniu 2. kolejki TBL emocje skończyły się pod koniec pierwszej połowy, gdy aspirujący do mistrzostwa Trefl zanotował serię 12 punktów z rzędu i odskoczył gospodarzom na 10 punktów. - Ten mecz był całkowicie pod ich kontrolą. Nawet gdy w końcówce spotkania podeszliśmy do rywali na pięć punktów [50:55 - przyp. red.], to jednak cały czas kontrolowali jego przebieg. Wystarczyło, że trochę przyspieszyli czy bardziej się skoncentrowali i nam uciekali - ocenia przegrane 65:87 spotkanie Piotr Trepka, kapitan ŁKS-u.

Z porażki z tak silnym rywalem tragedii nie robi Piotr Zych. - Trochę zimnej wody na głowę trzeba nam wylać, bo niektórzy po wygranej z Anwilem [innym kandydatem do medalu - przyp. red.] chyba uwierzyli, że będziemy grali o mistrzostwo Polski - zauważa trener łodzian. - Dla Trefla takie mecze to bułka z masłem, dla nas to dopiero drugie spotkanie w ekstraklasie. Będziemy walczyli w każdym spotkaniu, ale takie mecze jak ten będą się nam przydarzały i musimy być na to przygotowani.

Po spotkaniu bardziej niż o wkalkulowanej porażce mówiono o postawie Amerykanów. A dokładniej - o czym świadczy to, że zdobyli 49 z 65 punktów drużyny. Zdaniem niektórych był to dowód na to, że to właśnie oni są siłą napędową łodzian, bez której ŁKS w TBL nie ma czego szukać. Zdaniem innych był to jednak efekt egoistycznej gry, która często jest tym, co koszykarzy z USA wyróżnia najbardziej. - Będę analizował, czy Amerykanie za dużo na siebie brali, czy to Polacy nie trafiali - mówił na pomeczowej konferencji Zych. - Patrząc na statystyki, widzi się, że np. Krzysztof Sulima oddał sześć rzutów i żaden z nich nie był celny, co jest dramatem.

Co mówią statystyki, gdy przyjrzymy się im się jeszcze bliżej? We wtorkowym spotkaniu koszykarze z al. Unii oddali 46 rzutów za dwa punkty. Większość - bo aż 26 z nich była dziełem Amerykanów: Jermaine Malleta (13), Kirka Archibeque (9) i B.J. Holmesa (4). 14 z nich wpadło do kosza, co daje 53-procentową skuteczność. Z kolei z 20 rzutów Polaków w koszu wylądowało zaledwie pięć, co daje 25 proc. skuteczności. Różnica jest ogromna.

Jeszcze większa jest w rzutach za trzy. Koszykarze z USA zza linii 6,75 m trafili czterokrotnie na 11 prób (36 proc.), podczas gdy Polacy... jedną na 13 (7 proc.). Jakby tego było mało, Amerykanie popisali się także 100-procentową skutecznością z rzutów osobistych (dziewięć na dziewięć), podczas gdy polscy gracze wykorzystali trzy z czterech prób.

Słabszy dzień Polaków najwyraźniej widać jednak, gdy ich statystykom przyjrzy się indywidualnie. Dlatego nawet jeśli Amerykanie grali czasami zbyt egoistycznie, to trudno im się dziwić. A już na pewno prawo do indywidualnych akcji zyskał Mallet, który oprócz tego, że w drugim meczu z rzędu zdobył 26 punktów, był także najlepiej zbierającym zawodnikiem spotkania (osiem zbiórek miał także Jakub Dłuski). Zapowiedzi, że 23-letni skrzydłowy może być nawet objawieniem ligi, zaczynają się sprawdzać.

Piękne cheerleaderki ŁKS znowu zachwycają! [ZDJĘCIA]


Więcej o: