ŁKS - Śląsk. Rekord frekwencji blisko, wygrana daleko, czyli kibice lepsi niż koszykarze

W meczu ŁKS-u ze Śląskiem Wrocław nie było ani wymarzonego rekordu frekwencji, ani długo oczekiwanego przełamania gospodarzy. O ile ponaddziewięciotysięczna widownia jest jednak powodem do dumy, o tyle swojej gry łodzianie mogą się wstydzić
Czy mający za sobą cztery kolejne porażki ełkaesiacy wreszcie się przełamią? Czy w Atlas Arenie padnie rekord frekwencji? To dwa główne pytania, jakie zadawano przy al. Unii przed sobotnim meczem ze Śląskiem. Niestety, odpowiedź w obu przypadkach jest taka sama: "nie". Choć "nie" kibicowskie przy "nie" koszykarskim pozostawia zupełnie inne wrażenie...

Sobotni mecz ŁKS-u ze Śląskiem Wrocław obejrzało w Atlas Arenie aż 9.128 kibiców. To największa widownia, jaka zasiadła na ligowych meczach w 14-tysięcznej hali. Do rekordu frekwencji w halowych rozgrywkach w Polsce trochę jednak zabrakło. A dokładnie... 888 osób. Choć najlepszym wynikiem (10.015) wciąż mogą poszczycić się Ergo Arena i kibice z Trójmiasta, to jednak łódzcy fani wcale nie muszą czuć się gorsi. Tak licznej widowni mogą im przecież pozazdrościć niejedni biegający po boiskach ekstraklasy piłkarze. W tym m.in. piłkarze ŁKS-u, których podczas ostatniego meczu przy al. Unii z Wisłą Kraków wspierało niespełna 4 tys. fanów.

Próba bicia rekordu - choć nieudana - pokazała, że zapotrzebowanie na sport na wysokim poziomie jest w Łodzi bardzo duże. Zresztą nie tylko w Łodzi - w Atlas Arenie zasiedli kibice m.in. z Konstantynowa, Pabianic, Uniejowa, Bydgoszczy, Rzeszowa, Warszawy, a nawet... Gdańska.

Swoją drogą ciekawe, jaka byłaby frekwencja, gdyby w sobotę na parkiecie Atlas Areny nie biegały dwie z trzech najsłabszych drużyn w lidze? Przed sobotnim pojedynkiem ŁKS i Śląsk zanotowały ledwie po jednym zwycięstwie i aż cztery porażki. - Gdybym był kibicem, sam bym się mocno zastanawiał, czy przyjść na taki mecz. Tym, którzy się nie zdecydują, wcale nie będę się dziwić - nie ukrywał przed spotkaniem Piotr Trepka, kapitan ŁKS-u.

- Oczywiście byliśmy pod wrażeniem publiczności w Łodzi, ale od czterech dni w mediach pojawiały się informacje o próbie bicia rekordu, tak że byliśmy na to gotowi. Nasi amerykańscy koszykarze są przyzwyczajeni do takiej publiczności, bo w Stanach grali przy 47 tys. kibiców - stwierdził już po meczu Miodrag Rajković, trener Śląska.

Tego samego nie można powiedzieć o łodzianach, którzy po raz kolejny zaprezentowali się z bardzo słabej strony. Sparaliżowała ich niemal pełna hala? Zabrakło kontuzjowanych Marcin Salamonika i Bartłomieja Bartoszewicza? Czy też reszcie zabrakło umiejętności? Trudno stwierdzić. Fakt jest jednak taki, że łodzianie są w tej chwili jedną z najsłabszych drużyn w lidze. O ile nie najsłabszą. - Szkoda, że przy takim święcie, jakie było w hali, nie zaprezentowaliśmy się lepiej. To był najsłabszy mecz - przyznał po porażce Piotr Zych, trener ŁKS-u.

Ełkaesiacy wszystko, co najlepsze pokazali w pierwszej kwarcie, w której prowadzili nawet 21:12. Niestety, później było już znacznie gorzej. Główną przyczyną piątej z rzędu porażki gospodarzy była - tradycyjnie już - fatalna skuteczność. Przeciwko wrocławianom łodzianie trafili zaledwie 16 z 45 rzutów za dwa i pięć z 17 trójek. - W koszykówce trzeba trafiać z czystych pozycji. Oddaliśmy więcej rzutów, zebraliśmy więcej piłek w ataku, ale niestety nie zamieniliśmy tego na punkty - zauważa Zych. I dodaje: - Nie udało nam się w ogóle nawiązać walki ze Śląskiem, który był lepszy w każdym elemencie gry.

Szanse na to, by ŁKS przełamał się już wkrótce, są niestety nikłe. Najbliższe trzy mecze łodzianie rozegrają bowiem na wyjeździe. Pierwszy z nich już w środę z czwartym w tabeli Zastalem Zielona Góra.