Grający właściciel ŁKS Filip Kenig: Słyszałem już, że gram w lidze, bo jestem prezesem

- Nikt mi tego nie powiedział w twarz, ale słyszałem głosy, że gram w klubie, bo jestem jego właścicielem. Dzięki takiemu meczowi zeszło więc ze mnie trochę ciężaru - mówi portalowi lks.sport.pl Filip Kenig, grający współwłaściciel ŁKS, który był jednym z bohaterów łodzian w wygranym meczu z Zastalem
9.128 kibiców w Atlas Arenie! Zobacz zdjęcia z próby bicia rekordu frekwencji

Koszykarze ŁKS-u w środę wygrali drugi mecz w tym sezonie. Po dramatycznym spotkaniu pokonali na wyjeździe wyżej notowany Zastal Zielona Góra. Obie drużyny grały falami, seryjnie tracąc i zdobywając punkty. Najpierw ŁKS od wyniku 29:41 wyszedł na prowadzenie 50:45, by pod koniec trzeciej kwarty ponownie przegrywać 57:70, a za chwilę remisować 74:74. Ogromne emocje były już do końca, ale w najważniejszych momentach więcej zimnej krwi zachowali łodzianie. Podopieczni Piotra Zycha doprowadzili do dogrywki na siedem sekund przed końcem, a decydujący o wygranej rzut oddali... siedem sekund przed końcem. Jednym z bohaterów spotkania w Zielonej Górze był Filip Kenig, grający właściciel ŁKS, który zdobył 13 punktów.

Rozmowa z Filipem Kenigiem

Szymon Bujalski: Nie dostał pan zawału po wczorajszym meczu?

Filip Kenig: (śmiech ) Nie, i szczerze mówiąc, to nawet nie za bardzo pamiętam to spotkanie. Chyba złapał mnie jakiś wirus, bo w środę przez cały dzień czułem się fatalnie.

To w takim razie może zawsze powinien pan grać z wirusem?

- Tak właśnie się śmiałem po meczu.

Wykorzystał pan aż cztery z pięciu rzutów za trzy punkty. Dwie z nich pozwoliły drużynie odżyć w trzeciej kwarcie, gdy przegrywaliście 13 punktami.

- Cieszę się, że się odblokowałem, podobnie zresztą jak Bartek Szczepaniak [jego w ostatnich sekundach punkty dały wygraną ŁKS-owi - przyp. red.], który miał za sobą kilka ciężkich meczów. Pokazaliśmy jednak, że w tej ekstraklasie możemy grać z powodzeniem. Jeśli chodzi o mnie, to dzięki takiemu meczowi zeszło ze mnie trochę ciężaru. Nikt mi tego nie powiedział w twarz, ale słyszałem głosy, że gram w klubie, bo jestem jego właścicielem. Dlatego potrzebowałem takiego meczu, by się psychicznie odblokować. To oczywiście nie znaczy, że teraz ja czy inni zawodnicy będziemy tak grać w każdym meczu, ale to właśnie dzięki takim momentom czerpiemy radość z tego, co robimy.

Wie pan, ile czekał na pierwsze punkty w tym sezonie?

- Nie wiem.

Ponad 40 minut...

- Zrządzenie losu. Jak nie idzie, to nie idzie w ogóle, a człowiek się nakręca na tyle, że aż się boi oddawać rzuty. A jak potem raz trafi, to od razu łapie luz psychiczny i pewność siebie. Tak ma wielu zawodników.

Wygrana z Zastalem, odniesiona w takim stylu i po pięciu wcześniejszych porażkach, smakuje lepiej niż inauguracyjne zwycięstwo z Anwilem?

- Smakuje inaczej. Teraz jesteśmy bardziej dojrzałą drużyną. Wiemy, jak musimy w tej lidze grać, żeby myśleć o wygrywaniu meczów, żeby złapać odpowiedni rytm na boisku. I to jest bardzo ważne. Środowe spotkanie pokazało jednak, że czasami o wygranej bądź porażce mogą zadecydować ułamek sekundy czy milimetry.

Z Zastalem nie tylko pan był bohaterem. Z bardzo dobrej strony pokazali się także B.J. Holmes, przełamał się Szczepaniak...

-...a także Kuba Dłuski, który doprowadził do dogrywki, Darek Kalinowski, który trafiał w bardzo ważnych momentach, Jermaine Mallett, który w końcówce wziął na siebie ciężar gry czy Kirk Archibeque, który w drugiej połowie zdobył bardzo wiele punktów, choć grał z czterema faulami. W tym meczu każdy dał coś od siebie i każdy przyczynił się do wygranej. Zwycięstwo odniesione po takiej zespołowej grze daje jeszcze większą frajdę.

Łódź czy Gdynia? Które cheerleaderki piękniejsze? [SONDAŻ]

.