Sport.pl

TBL. ŁKS po blamażu w Koszalinie: "Byliśmy tłem dla AZS", "To było dożynanie"

- Nie wiem co się z nami stało, ale wyglądało to tragicznie - przyznaje po kompromitującej porażce z AZS Koszalin Filip Kenig, grający właściciel ŁKS.
W czwartkowym meczu 10. kolejki Tauron Basket Ligi łodzianie przegrali w Koszalinie z AZS 75:109. Gospodarze ustanowili w ten sposób rekord sezonu w liczbie zdobytych punktów. - Jesteśmy zadowoleni z tego meczu, bo drużyna pokazała charakter. Nie chodzi nawet o rozmiary zwycięstwa, ale o styl. Graliśmy do końca, przez pełne 40 minut, nie odpuściliśmy nawet wtedy, gdy mieliśmy 40 punktów przewagi. Graliśmy z polotem, skutecznie, agresywnie w obronie, dzieliliśmy się piłką. Chciałbym, żeby takich meczów było zdecydowanie więcej, bo gramy dla kibiców - nie ukrywa zadowolenia Tomasz Herkt, trener AZS.

W zupełnie innych nastrojach na konferencję prasową przyszli przedstawiciele ŁKS, dla których kompromitacja w Koszalinia była drugą z rzędu, w której kończyli spotkanie ze stratą ponad 30 punktów do rywala (wcześniej 92:54 rozbił ich PGE Turów). - Byliśmy tłem dla AZS, który zaprezentował bardzo wysoką skuteczność i był lepszym zespołem w każdym elemencie - przyznaje Piotr Zych, trener łodzian. A Kenig dodaje: - Nie da się wygrać meczu, gdy się nie broni i nie trafia do kosza. Nie wiem co się z nami stało, ale wyglądało to tragicznie.

Grający właściciel ŁKS uważa, że przełomowym momentem meczu był początek trzeciej kwarty, gdy gospodarze bardzo szybko podwoili ośmiopunktowe prowadzenie (w sześć minut doprowadzili od wyniku 45:37 do 64:44). - W przerwie, gdy przegrywaliśmy ośmioma punktami, mówiliśmy sobie, że złapiemy AZS. Początek trzeciej kwarty, kiedy przeciwnicy zakończyli skutecznie kilka akcji, nas załamał. Spuściliśmy głowy, a potem było już dożynanie. I pytanie czy przegramy 20 czy 30 punktami - mówi załamany. I dodaje: - Mnie, jako zawodnika, najbardziej boli to, że się poddaliśmy.

Więcej o: