Komentarz: Temu panu (Andrzejowi Grajewskiemu) już dziękujemy

Z deszczu pod rynnę czy lepszy rydz niż nic? Te dwa powiedzenia najlepiej oddają dylemat, w jakim znalazł się ŁKS.
Z jednej strony wszyscy interesujący się łódzką piłką pamiętają wyczyny Andrzeja Grajewskiego w Widzewie. Na przemian było strasznie i śmiesznie:

* Tabuny miernych piłkarzy przewijających się przez klub.

* Trenerzy, którzy wystawiali skład polecany przez Grajewskiego, a jeśli się sprzeciwili, wylatywali z hukiem.

* Wypłaty pieniędzy z walizki. Poniżanie ludzi, którzy ośmielili się upomnieć o swoje. Sam byłem świadkiem, jak ówczesnego drugiego trenera Widzewa Andrzeja Pyrdoła omal nie zepchnął ze schodów, gdy ten poprosił o uregulowanie zaległości.

* To Grajewski pożyczał swojej spółce pieniądze na lichwiarskich warunkach. W nagrodę za mistrzostwo Polski zafundował piłkarzom wczasy na Majorce, za które później przysłał do klubu fakturę.

* Mianował się generalnym menedżerem, który decydował o wszystkim, za nic nie odpowiadając. Konsekwencją był wielki upadek klubu.

Ale jeśli nie Grajewski, to kto? Obecni właściciele są szczerzy aż do bólu: mówią, że nie stać ich na dalsze utrzymywanie drużyny. Trwające prawie rok poszukiwania inwestorów czy dużych sponsorów nie przyniosły rezultatu. Dlatego nie dziwię się, że rozmawiają z każdym chętnym. A prawda jest brutalna - Grajewski jest jedynym, który się zgłosił.

Trudno mi jednak uwierzyć w to, że ktoś, kto przyczynił się do katastrofy jednego łódzkiego klubu, przez siedem lat zmienił się tak, że uratuje drugi.

Nazwisko Grajewskiego nie kojarzy się już z Ligą Mistrzów, ale z porażkami, aferami i pośmiewiskiem. Dlatego uważam, że przejęcie przez niego klubu z al. Unii będzie początkiem końca. Szybszego niż się wydaje.