Na dobre, ale nie na złe - fani ŁKS odwracają się od swojej drużyny [KOMENTARZ]

Łatwo śpiewać o miłości do klubu, gdy drużynie idzie i jest na topie. Prawdziwą sztuką jest jednak wytrwać przy niej, gdy jest na dnie...
POLECAMY! Sportowa Łódź tonie. Fatalna sytuacja w łódzkich klubach. Dlaczego jest tak źle?

Początek sezonu był dla koszykarzy ŁKS-u wyjątkowy z wielu powodów. Nie dość, że drużyna po 30 latach przerwy niespodziewanie powróciła do ekstraklasy, to jeszcze na inaugurację ligi pokonała niezwykle silny Anwil Włocławek (obecnie jest liderem TBL). Ełkaesiacy najbardziej dumni mogli być jednak nie z wydarzeń na parkiecie, lecz wokół niego. Pierwsze mecze beniaminka oglądało bowiem po pięć tysięcy kibiców, a ze Śląskiem Wrocław - ponad dziewięć. Takiej frekwencji mogły pozazdrościć wszystkie inne drużyny z Tauron Basket Ligi. Zresztą nie tylko z niej...

Można było być dumnym, gdy w wypełnionej niemal po brzegi Atlas Arenie rozlegało się zagłuszające "ŁKS! ŁKS!", a z tysięcy gardeł wydzierało się "Czy wygrywasz, czy nie, ja i tak kocham cię". Szczerość uczuć została sprawdzona bardzo szybko, bo w połowie rundy koszykarze z al. Unii zaczęli grać fatalnie. Z ostatnich 13 meczów przegrali aż 12, a początkowe porażki po walce w ostatnich tygodniach przemieniły się w zbieranie regularnych batów nawet od słabszych rywali.

Koszykarzy ŁKS-u bardziej od 30-punktowych porażek może boleć jednak to, co dzieje się na trybunach. Oczywiście można zrozumieć, że część osób traktowała przyjście do Atlas Areny jako jednorazową atrakcję (próba bicia rekordu frekwencji w meczu ze Śląskiem). Naturalne jest też to, że część kibiców zniechęciła do przychodzenia fatalna gra drużyny, bo "kibiców sukcesu" znajdzie się w każdym klubie. Tego, że fani odwrócili się jednak od swojej drużyny aż tak licznie, zrozumieć nie potrafię.

Nie tylko PGE i Pepsi Arena, ale też Estadio da Gruz i Kurnik. Zobacz najbrzydsze stadiony ekstraklasy [ZDJĘCIA]

Ostatni mecz ŁKS-u z Zastalem Zielona Góra obejrzało około 200 osób. W 10-tysięcznej Atlas Arenie! Serca koszykarzy, które jeszcze dwa miesiące temu rosły z dumy, w niedzielę mogły pękać z bólu. W opustoszałej hali jedynymi, którzy mieli chęci do wspierania swojej drużyny, byli fani Zastalu. Osiem osób zakrzyczało 200. Kibice gospodarzy najchętniej zrywali się do śpiewu wtedy, gdy wyzywali fanów Widzewa lub wyśmiewali swoją drużynę. Koszykarze oprócz szyderczego śmiechu mogli usłyszeć z trybun m.in., że "nie mają ambicji", "powinni pojechać do domu" i że "przynoszą wstyd ŁKS-owi".

- W momencie gdy mieliśmy ciężki moment gry, zawsze nas wspieraliście. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że tego wsparcia nie ma - nie krył żalu Bartłomiej Szczepaniak, wychowanek ŁKS-u. Trener Piotr Zych dodał, że lepiej by było, jakby jego drużyna wszystkie spotkania rozgrywała na wyjeździe.

Jako kibic łódzkiego sportu dawno nie przeżyłem tak przykrej chwili. Oczywiście koszykarzom z al. Unii krytyka się należy. Na puste trybuny i szyderstwa ze strony fanów jednak nie zasługują. Powinni uświadomić to sobie wszyscy ci, którzy jeszcze pół rok temu świętowali z nimi awans do ekstraklasy.

Grand Prix Kobiet w Atlas Arenie! Zobacz, jakie piękne siatkarki przyjadą do Łodzi [GALERIA]