Arkadiusz Onyszko, trener bramkarzy ŁKS: - Straciłem pracę nie za wyniki, ale za poglądy

Arkadiusz Onyszko w poniedziałek został trenerem bramkarzy ŁKS
Jerzy Walczyk: Co pana skłoniło, aby przyjść do ŁKS?

Arkadiusz Onyszko: Nie co, ale kto... Zadzwonił do mnie Piotrek Świerczewski i zapytał, czy nie mam ochoty potrenować z bramkarzami.

Ostatnio nie było pana jednak w piłce, bo miał kłopoty zdrowotne.

- Nie ukrywam, że jestem poważnie chory, ale z uwagi na to, że całe życie uprawiałem sport, mam bardzo silny charakter. Dlatego nie odczuwam choroby jak normalny człowiek. Mógłbym chyba nawet stanąć w bramce, ale w Polonii Warszawa nie było mi dane zagrać.

Może więc zgra pan w ŁKS?

- W tej chwili to mało realne, bo przyjechałem tutaj w roli trenera bramkarzy. Gdy złożyłem dres, poczułem natychmiast dreszczyk emocji. Bardzo chętnie założyłbym rękawice i wybiegłbym na boisko. Nie w roli trenera, ale bramkarza. Mam jednak z Piotrkiem dżentelmeńską umowę, że na razie mam tylko pomagać.

Jest pan bardzo barwną postacią polskiej piłki nożnej?

- Jestem łysy, to się w oczy rzucam. Myślę, że wyróżniam się z tłumu, a do tego jestem szczery. Nie będę owijał w bawełnę, bo jak mnie coś nurtuje powiem w oczy, a nie będę chodził i marudził. Myślę, że mało jest takich ludzi i w życiu, i sporcie, którzy mówią co myślą nie patrząc na konsekwencje.

Pasuje pan idealne do "Gangu Świra".

- Ponieważ mamy podobne charaktery. Pamiętam Piotrka, że jak grał w piłkę nigdy nie odpuszczał. Zawsze mówił też, co mu leży na sercu. Do tego znamy się bardzo dobrze, byliśmy razem też na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Bardzo miło ze strony Piotrka, że w mojej sytuacji wyciągnął do mnie rękę, dal mi szanse pokazania się, przekazania swoich doświadczeń z Zachodu, które chciałbym przełożyć na polskie warunki.

Jest pan bardzo szczery, ale czasami nie żałuje pan tego?

- Pracę w Danii straciłem nie za słabe wyniki sportowe, ale za swoje poglądy. Absolutnie niczego nie żałuję, bo chcę przeżyć życie uczciwie, nie chcę być jak chorągiewka. Tak ja sam uważam, a nie jak inni uważają. W ostatnim moim klubie, czyli Polonii, nie ułożyło mi się ze względu na moje poglądy, ale z powodu zdrowia. To przerwało moją karierę.

Czy można teraz powiedzieć, że jest pan zdrowy?

- Nie ukrywam, że jestem poważnie chory, ale nie na tyle, abym nie mógł przeprowadzić rozgrzewki, czy poprowadzić treningu bramkarskiego. Przeszczep nerki był trzykrotnie przekładany, dlatego cały muszę być dializowany.

ŁKS się utrzyma w ekstraklasie?

- Oczywiście. Wierze, że ŁKS pozostanie w ekstraklasie na następny sezon. Uważam, że fajnie będzie pracować w ŁKS, bo nie ma tutaj wielkich pieniędzy, nadziei, bogatych transferów. Piłkarze nie mają zbyt wiele do stracenia, mogą zagrać na luzie i pokazać sto procent swoich możliwości. Wszyscy w klubie mogą tylko zyskać.

A pan co chce zyskać?

- Po prostu chcę pomóc klubowi i Piotrkowi. Nie jest powiedziane, że jeżeli utrzymamy się zostanę. Mam dwa miesiące, aby sprawdzić się w roli trenera.

Piotr Świerczewski zdradza, że praca w ŁKS to krok do funkcji trenera kadry narodowej. A pana plan?

- Nie mam tak wygórowanych ambicji. Po prostu chcę przekonać się, czy podoba mi się trenowanie bramkarzy.

Zna pan Bogusława Wyparłę i Pavle Velimorovicia?

- Doskonale znam Bodzia, bo to mój rocznik. Kiedyś obijaliśmy się nawet o kadrę Polski. Drugiego nie znam, bo jest zbyt młody. Od razu zaznaczę, że nie będzie żadnej taryfy ulgowej. Po prostu wyje na trening i po dwóch ćwiczeniach zobaczę, który z nich jest lepszy. Nie ma możliwości, by któryś z nich mnie oszukał, ponieważ straciłem zdrowie będąc bramkarzem. Zostało zaledwie dziesięć spotkań. ŁKS czeka walka o życie, dlatego będzie bronił ten, który jest w lepszej formie.

Przed wyjazdem do Danii był pan bramkarze Widzewa. Nie miał propozycji z tego klubu?

- Myślę, że Widzew nie potrzebuje trenera bramkarzy, bo do mnie nie zadzwonił. Grę w Widzewie mile wspominam.