Ruch Chorzów - ŁKS Łódź 2:2. Nadzieje łodzian na utrzymanie coraz mniejsze, ale wciąż żywe

Skazywani na pewną porażkę piłkarze ŁKS na 30 minut przed końcem wygrywali w Chorzowie z Ruchem, dzięki czemu wciąż tracili do Lechii trzy punkty. Ostatecznie mecz zakończył się jednak remisem, który sprawił, że łodzianie szanse na utrzymanie mają już czysto iluzoryczne
Przed meczem z Ruchem Chorzów łodzianie byli w trudnej sytuacji. Mieli jednak nadzieję, że ich główny rywal w walce o utrzymanie przegra w Łodzi z Widzewem i strata do Lechii wciąż będzie wynosić tylko trzy punkty. Niestety dla ełkaesiaków, ich lokalny rywal oddał mecz niemal bez walki i gdańszczanie przy al. Piłsudskiego wygrali. - Cała drużyna oglądała to spotkanie w hotelu. Piłkarze Widzewa pogrzebali nasze szanse na utrzymanie. Przez grzeczność wolę jednak więcej nie komentować - powiedział na niedługo przed meczem w Chorzowie Andrzej Pyrdoł, który prowadzi ŁKS razem z Piotrem Świerczewskim.

Teoretycznie piłkarze z al. Unii nie stracili jednak szansy na utrzymanie. Warunkiem na przedłużenie nadziei było pokonanie walczącego o mistrzostwo Ruchu, a w najgorszym razie - zdobycie z nim jednego punktu. - O jednym mogę zapewnić: będziemy walczyć i łatwo się nie poddamy - powiedział przed meczem Pyrdoł.

Już w pierwszej akcji w jego słowa można było jednak zwątpić. Gospodarze objęli bowiem prowadzenie już w 21 sekundzie, a autorem gola był Arkadiusz Piech, który wykorzystał błąd Seweryna Gancarczyka i po ładnym zwodzie otworzył wynik spotkania.

Łodzianie nie załamali się jednak i w ciągu kilku kolejnych minut wywalczyli cztery rzuty rożne. Korzyść przyniósł jednak dopiero rożny nr 6, po którym Wojciech Grzyb zbyt krótko wybił piłkę i Artur Gieraga silnym strzałem pod poprzeczkę doprowadził do wyrównania. Gieraga był zresztą najgroźniejszym zawodnikiem ŁKS w pierwszej połowie, w trakcie której co chwila przedzierał się w pole karne gospodarzy.

W kolejnych minutach skazywany na porażkę ŁKS walczącemu o mistrzostwo Ruchowi wcale nie ustępował. Co więcej, w 32. min wyszedł na sensacyjne prowadzenie. Po zagraniu Macieja Iwańskiego Rafał Kujawa wymanewrował obrońców gospodarzy i zdobył gola na 2:1, który przywrócił wiarę w utrzymanie.

W 43 minucie łodzianie mieli szczęście, bo Piech znów pokonał Pavle Velimirovicia, ale tym razem sędzia dopatrzył się pozycji spalonej napastnika Ruchu i gola nie uznał. Dzięki temu ełkaesiacy mogli zejść na przerwę w naprawdę dobrych humorach. - Wszyscy spisali nas na straty, ale my nadal gonimy Lechię. Postaramy się ten wynik dowieźć do końca - deklarował w przerwie Kujawa.

Drugą połowę ŁKS zaczął od ładnego strzału Grzegorza Bonina, ale Michał Pesković złapał uderzoną przez niego piłkę. Niedługo później lepszą sytuację miał Saganowski, ale po jego uderzeniu piłka trafiła w nogi bramkarza. W 57 minucie do wyrównania mógł doprowadzić Igor Lewczuk, ale choć strzelał z trzech metrów, Pavle Velimirovic nie dał się zaskoczyć.

To był jednak początek dominacji chorzowian. Po godzinie gry z łódzkiej drużyny zeszło bowiem powietrze i gospodarze osiągnęli wyraźną przewagę. Jej efektem była bramka Piotra Stawarczyka, który w 66 minucie wykorzystał precyzyjne dośrodkowanie Gabora Straki z rzutu wolnego. Błąd w tej sytuacji popełnił Velimirović, który zamiast wyjść do centry Słowaka przyglądał się jak piłka spada na głowę Stawarczyka.

Z każdą minutą Ruch miał coraz większa przewagę. Była ona na tyle duża, że ŁKS miał nawet problemy z wyprowadzeniem kontry. Gościom udawało się jednak mądrze bronić remisu, który przedłużał ich szanse - choć czysto matematyczne - na utrzymanie. W końcówce niewiele brakowało, aby Stawarczyk znów zdobył gola, ale tym razem Velimirović popisał się kapitalną interwencją i złapał piłkę, która leciała w samo okienko strzeżonej przez niego bramki. W rewanżu przed szansą stanął Bonin, ale i on nie zdołał skierować piłki do siatki. Menadżer gości Piotr Świerczewski postawił wszystko na jedną kartę i w ostatnich minutach posłał na boisko młodego Przemysława Kitę, dla którego był to debiut w ekstraklasie. Zmiana ta nic jednak nie dała i ostatecznie mecz zakończył się remisem, który nikogo nie zadowala.

Piłkarze ŁKS zasłużyli jednak na słowa pochwały za ambicję i za to, że mimo wygranej Lechii zdołali zmobilizować się i powalczyć z faworyzowanym Ruchem. - Zawodnicy pokazali, że zależy im na tym klubie. Należą im się za to słowa podziękowania - mówił Andrezj Voigt, prezes ŁKS.

Więcej o: