Przyszłość ŁKS zależy od budowy stadionu miejskiego? Będzie nowy przetarg, będzie kasa od Wingerta

Krzysztof Wingert zapowiada, że nie włoży w ŁKS większych pieniędzy, dopóki nie będzie nowego przetargu na budowę stadionu miejskiego. Najpierw trzeba jednak rozwiązać obecną umowę. I tu pojawia się problem...
We wtorek napisaliśmy, że Wingert ma w piątek zostać nowym szefem ŁKS. Biznesmen z Wybrzeża za symboliczną złotówkę ma kupić akcje Filipa Keniga, Jakuba Urbanowicza i spółki Snoxell Sports Investments. Dzięki temu stanie się większościowym akcjonariuszem klubu z al. Unii (więcej tutaj).

Dopytywany przez "Gazetę" Wingert nie chciał tego definitywnie potwierdzić, lecz przyznał, że rozmowy o przejęciu przez niego klubu cały czas trwają. Zapowiedział jednak, że nawet gdy kupi akcje, finansowanie drużyny uzależnia od wybudowania stadionu miejskiego. - Do tej pory wpompowałem w ŁKS sporo pieniędzy i straciłem dużo czasu. Dopóki nie zostanie rozpisany nowy przetarg, to więcej nie zainwestuję - tłumaczy.

Czy w zamian za przejęcie spółki władze miasta obiecały Wingertowi szybkie wybudowanie stadionu przy al. Unii? Takie pytania stawiają kibice na forum lodz.sport.pl. Przyszły właściciel ŁKS oficjalnie zaprzecza, ale nie ukrywa, że według jego informacji obecna umowa zostanie rozwiązana w ciągu kilku najbliższych dni. - Nie wiem, na jakich zasadach i nie znam ewentualnego terminu ogłoszenia nowego przetargu, ale jeżeli tak się stanie, to będzie to jasny sygnał, że miasto ma pieniądze na budowę stadionu - twierdzi. Wingert liczy, że cała procedura przetargowa zostanie rozstrzygnięta najpóźniej w lipcu tego roku.

Czy rozwiązanie umowy faktycznie nastąpi lada dzień? Już w połowie stycznia o dobiegających końca rozmowach w tej sprawie opowiadała Małgorzata Belta, dyrektor biura ds. inwestycji. - Chcemy rozwiązać umowę, bo czekanie na decyzję sądu [w sprawie zmiany warunków umowy, o co wnioskował Mostostal - przyp. red.] jest bezcelowe - tłumaczyła radnym z komisji sportu. Negocjacje z wykonawcą były już tak zaawansowane, że przygotowano nawet wstępną umowę ugody. - Myślę, że wszystko powinno się wyjaśnić w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Mogę jednak powiedzieć, że kontrakt najprawdopodobniej zostanie rozwiązany - zapowiedziała.

Gdy w poprzedni weekend z al. Unii znikły ostatnie kontenery i resztki płotu, wydawało się, że tak się faktycznie stanie. Umowa z Mostostalem wciąż jednak obowiązuje. Co więcej, miasto oficjalnie poinformowało, że nie liczy na wcześniejsze porozumienie z firmą z Zabrza. - O przyszłości inwestycji zadecyduje sąd - zapewnił "Gazetę" Marcin Masłowski, rzecznik prasowy prezydent Hanny Zdanowskiej.

Jaka jest więc prawda? Czy tak jak mówiła Belta i Wingert, umowa już wkrótce zostanie rozwiązana, czy żadnego porozumienia jednak nie będzie? Tego nie wiadomo, bo - jak widać - z magistratu co chwila wychodzą sprzeczne informacje. Na ten temat nie chce także rozmawiać Mostostal. Odpowiedzialny za kontakt z mediami Michał Wierzchowski od dwóch tygodni nie odbiera telefonu. W sekretariacie firmy usłyszeliśmy z kolei, że prezes Bogusław Bobrowski nie będzie komentował sprawy.

Jeśli oficjalne stanowisko miasta jednak się potwierdzi, to wszyscy, którzy liczyli na szybkie rozstrzygnięcie sprawy, a w konsekwencji także uratowanie ŁKS-u, mogą się mocno rozczarować. Dlaczego? Bo na razie nie wiadomo nawet, kiedy sprawa trafi na wokandę. W sądzie okręgowym, do którego wpłynął wniosek Mostostalu, usłyszeliśmy, że termin rozprawy nie został jeszcze wyznaczony. A gdybyśmy poznali go nawet dzisiaj, to do posiedzenia dojdzie najwcześniej za dwa, trzy miesiące. Tyle bowiem potrzeba czasu, by przejść przez wszystkie wymogi proceduralne. Jeśli nie będzie więc porozumienia z Mostostalem, to sąd zajmie się losami stadionu miejskiego najwcześniej w kwietniu, a niewykluczone, że jeszcze później. Co więcej, nie ma żadnej gwarancji, że wyrok zapadnie już na pierwszym posiedzeniu.