Sport.pl

Łódzki Klub Skończony, czyli historia wielkiego upadku [REPORTAŻ]

Nie zmogły go trzy wojny, choć dwie - polsko-bolszewicka i II światowa - nie pozwoliły dokończyć rozgrywek ligowych. Przegrał z niekompetencją i ignorancją działaczy. Najstarszy łódzki klub sportowy właśnie stracił drużynę piłkarską. Po raz pierwszy w 105-letniej historii
Zbigniew Domżał, ostatni dyrektor ŁKS SA, twierdzi, że 10 kwietnia to szczególna data. Trzy lata temu pod Smoleńskiem rozbił się prezydencki tupolew, a w 1970 roku oficjalnie rozwiązano zespół The Beatles. Kilka innych mniej znaczących wydarzeń wiążących się z tą datą jeszcze by się znalazło. Na przykład 22 lata temu zakończono produkcję wartburga. W środę, także 10 kwietnia, do Polskiego Związku Piłki Nożnej dotarło pismo z informacją, że dwukrotny mistrz Polski wycofuje swoich piłkarzy z pierwszej ligi.

Wrogowie byli w środku

Legia Warszawa, Wisła Kraków, Śląsk Wrocław i ŁKS w czasach PRL-u były sportowymi kombinatami, utrzymywanymi przez wielkie zakłady, milicję czy armię. Przez lata dominowały w grach zespołowych, zdobywając większość medali. Przy al. Unii Lubelskiej w Łodzi byli świetni koszykarze, koszykarki, siatkarki, hokeiści, ale zawsze najważniejsi byli piłkarze. W tabeli wszech czasów ełkaesiacy zajmują piąte miejsce, za Legią, Wisłą, Ruchem Chorzów i Górnikiem Zabrze. Tytułów mają od nich mniej, ale od powstania polskiej ligi, czyli od 1927 roku, 65 razy grali w najwyższej klasie. Gdy spadali, to najniżej do A klasy (odpowiednik dzisiejszej pierwszej ligi).

ŁKS ma też wielki wkład w największe sukcesy polskiego futbolu. W 1974 roku reprezentacja zagrała w finałach mistrzostw świata, przywożąc z nich srebrny medal. Nie byłoby go, gdyby Jan Tomaszewski z pomocą Mirosława Bulzackiego nie powstrzymał na Wembley Anglii, zaś podczas mundialu nie obronił rzutu karnego w meczu ze Szwecją. Osiem lat później w Hiszpanii z trzeciego miejsca cieszył się inny wielki ełkaesiak Marek Dziuba.

W 1957 roku ŁKS odniósł pierwszy wielki sukces, zdobywając Puchar Polski. Rok później po raz pierwszy cieszył się z mistrzostwa kraju, co przez 40 lat było największym sukcesem klubu. Powtórka tego osiągnięcia, paradoksalnie, okazała się początkiem końca... Wtedy nikt nie przypuszczał, że 15 lat później drużyna zniknie z piłkarskiej mapy kraju.

Dlaczego do tego doszło? - ŁKS-u nie zniszczyli ludzie z zewnątrz, ale ci, którzy na każdym kroku deklarowali, że to ich klub i mają go w sercu - twierdzi jedna z ełkaesowskich legend. Prosi, by nie podawać jego nazwiska. - Po co mam słuchać, że się mądruję. Niech mówią ci, którzy w ostatnich latach mieli cudowne recepty na uzdrowienie klubu.

Gdyby historię ŁKS-u porównać do drogi, to ostatnie ćwierć wieku byłoby samymi ostrymi zakrętami z jedną prostą między 1994 a 1999 rokiem. Klub bardzo boleśnie odczuł upadek komunizmu. Wcześniej nie musiał martwić się o pieniądze płynące szerokim strumieniem z wielkich łódzkich zakładów. Gdy źródło wyschło, zaczęły się kłopoty. Bo przy al. Unii działacze nie byli nauczeni walczyć o kasę. - Zgłaszam wniosek, by wojewoda i prezydent wyznaczyli fabryki, które będą utrzymywać nasz klub - słyszeliśmy na początku lat 90. podczas walnego zebrania członków ŁKS.

- U nas działacze najpierw myśleli o sobie, a dopiero później o sporcie. I tak zostało do dzisiaj - podkreśla cytowany wcześniej ełkaesiak.

Ratunek ze Rzgowa

W 1993 roku drużyna do ostatniej kolejki walczyła o mistrzostwo Polski. Zajęła drugie miejsce, ale po unieważnieniu meczu z Olimpią Poznań (7:1) skończyła ligę na trzecim miejscu. Została też wykluczona z europejskich pucharów. Rok później kryzys był już tak wielki, że nie mogły go zażegnać nawet finały Pucharu i Superpucharu Polski. Piłkarze strajkowali, kibice się buntowali, a nadzieja gasła z tygodnia na tydzień. Ratunek przyszedł ze Rzgowa w postaci Antoniego Ptaka, wtedy jeszcze początkującego biznesmena, dopiero rozkręcającego centrum targowe.

Fajerwerków finansowych u Ptaka nie było, ale zostały spłacone długi, a drużyna powoli zaczęła się odradzać. Kulminacją był tytuł mistrzowski w 1998 roku. ŁKS pozostawił za sobą teoretycznie silniejsze Widzew i Legię, a także rosnącą w siłę Wisłę Kraków. Ptak zmieniał trenerów jak rękawiczki, sprowadzał dziwnych piłkarzy, ale... - Było pewne, że 27 każdego miesiąca pensja będzie na koncie. To dzień przed terminem - wspomina Marek Chojnacki, kapitan ówczesnej drużyny i jedna z legend klubu.

Ptaka mistrzostwo jednak bardzo rozczarowało. Jak przystało na biznesmena, porównał wydatki z zyskami i przekonał się, że drużyna to worek bez dna. Im większe sukcesy, tym większe koszty. Po tytule sprzedał więc czołowych graczy, zdając sobie sprawę, że na sukcesy (i pieniądze) w europejskich pucharach ŁKS nie ma co liczyć.

To nie spodobało się działaczom kręcącym się wokół klubu, wymagającym stałego dopływu gotówki, a najlepiej oddania im władzy, oczywiście z pieniędzmi. Zaczęło się więc zniechęcanie Ptaka. Krytykowali go ludzie związani z ŁKS-em, wyzywali fani na trybunach. Ci ostatni, podobnie jak dziennikarze, słyszeli, że odejście właściciela może tylko pomóc, bo Antoni Ptak odstrasza innych sponsorów. W przerwie jednego z meczów urządzono widowisko pod tytułem "wyganianie ptaka". Po boisku biegał kibic przebrany za ptaka, a kilku innych okładało go kijami. Ptak odszedł.

Dziś ŁKS gorączkowo szuka z nim kontaktu. Trzy lata temu z właścicielem centrum targowego negocjowały władze Łodzi, oferując tereny koło stadionu. - Wyleczyłem się z polskiej piłki - powiedział wówczas "Gazecie" Ptak i - jak przystało na skutecznego biznesmena - przedstawił swoje warunki. Nie do spełnienia (m.in. ponadstumilionowe gwarancje finansowe od miasta).

149 proc. akcji

Biznesmeni, którzy mieli tylko czekać na odejście Ptaka, omijali ŁKS szerokim łukiem. Gdy już trafiali na ul. Unii, jak Marek Mrugasiewicz, efektem było zajęcie przez komornika historycznego logo, czyli tzw. plecionki. Przez krótki czas sytuacja się poprawiła za sprawą Daniela Goszczyńskiego. Producent tanich win tłumaczył, że wydaje swoje pieniądze, bo lubi piłkę nożną. Z Ptakiem nie mógł się równać, ale chałupniczymi metodami udało mu się osiągnąć siódme miejsce. Brał zawodników znanych, ale mających najlepsze lata za sobą, płacił wtedy, kiedy miał pieniądze. Cały czas była to jednak wielka prowizorka.

Goszczyński zdawał sobie z tego sprawę, więc szukał też wsparcia. Na przykład u Algimantasa Breikstasa, który kupił połowę udziałów. Dzięki Litwinowi przy al. Unii mogliśmy oglądać Paulinha, obecnie gwiazdę reprezentacji Brazylii wartą kilkadziesiąt milionów euro. Skończyło się tym, że ŁKS był jedyną spółką na świecie, w której trzech właścicieli miało w sumie 149 proc. akcji. Oprócz żony Goszczyńskiego i Breikstasa do 49 proc. przyznawał się Grzegorz Klejman. 1 proc. należał do stowarzyszenia ŁKS.

W 2009 roku ŁKS znów był bohaterem historycznego wydarzenia w polskim futbolu. Drużyna zakończyła ligę na siódmym miejscu w ekstraklasie, ale spadła do pierwszej ligi. Powodem było nieprzyznanie licencji. Choć po kilkuletnim procesie sąd administracyjny przyznał, że decyzja zawierała błędy formalne, dając klubowi podstawę do ubiegania się o odszkodowanie od PZPN, to przez dwa lata drużyna musiała grać w I lidze. Z pewnością wpłynęło to na obecne losy ŁKS-u, ale nie tak bardzo, jak twierdzi na przykład Tomasz Kłos, były reprezentant Polski. Już wtedy kłopoty finansowe były tak duże, że działacze związku mieli podstawy, by odrzucić wniosek licencyjny. A jedynym pomysłem działaczy była sprzedaż napoju energetycznego. Podobno śmiał się z tego cały PZPN.

Pod koniec 2009 roku klub dopadł kolejny wielki kryzys. Był już o krok od upadku, ale wtedy koło ratunkowe rzuciły mu władze miasta. Wszystko wskazywało, że może być tylko lepiej, bo pozbyto się skłóconych właścicieli, skutecznie - jak się wydawało - odstraszających potencjalnych sponsorów. Kiedy okazało się, że samorząd nie może mieć sportowej spółki, znaleziono chętnych. A właściwie ŁKS wciśnięto Tilii. To łódzka firma specjalizująca się w nawierzchniach sportowych. Jej właściciele to ełkaesiacy z krwi i kości. - Wychowywaliśmy się przy al. Unii - deklarował Filip Kenig. Dziś przyznaje, że kupno klubu to była naiwna decyzja, za którą słono zapłacił. Dosłownie.

Uratowali milion, stracili dużo więcej

Tilia, kupując drużynę, zobowiązała się, że przez trzy lata nie spadnie ona poniżej II ligi. Zabezpieczeniem był weksel na milion złotych. Termin upłynął 7 kwietnia. Trzy dni później do PZPN wysłano pismo z informacją o wycofaniu ŁKS-u z rozgrywek.

Młodzi właściciele klubu mieli wielkie plany. Był projekt nowa generacja, rozmach i blichtr. Popełnili jednak całą masę błędów. Przede wszystkim byli koszykarzami i nie znali realiów polskiej piłki nożnej. Dlatego musieli zaufać innym. To pierwszy krok do późniejszej tragedii, której ostatni akt mieliśmy w środę. Drugi to zaufanie wobec polityków. Rządzący Łodzią na początku 2010 roku zarząd komisaryczny, pozbywając się klubu, zapewniał, że nowi udziałowcy dostaną poważne wsparcie z miejskich spółek. Zamiast obietnice spisać w umowie, udziałowcy ŁKS-u uwierzyli, że politycy dotrzymają słowa.

- Powinniśmy mieć swoje biurko w urzędzie miasta, bo jesteśmy tam codziennie - opowiadali wiosną 2011 roku. Przez trzy lata bezskutecznie czekali na wsparcie. Naiwna wiara kosztowała młodych biznesmenów wiele milionów złotych, a ŁKS największy kryzys w historii.

Początek był jednak optymistyczny. Szybko pojawiły się sukcesy. Koszykarze i piłkarze dwa lata temu awansowali do ekstraklasy. Ale to był szczyt, po którym zaczął się błyskawiczny zjazd w dół, zakończony bolesnym upadkiem w przepaść. Powód był ten sam co przy poprzednich kryzysach - brak pieniędzy. Pierwsza upadła sekcja koszykarska, choć na początku sezonu na jej meczach wypełniała się Atlas Arena.

Futboliści mieli ambitne plany. - Naszą siłą jest departament sportu - chwalili się po awansie Kenig i jego współpracownik Jakub Urbanowicz. Za tworzenie drużyny odpowiadali Kłos i Tomasz Wieszczycki. Byli piłkarze ŁKS-u, reprezentanci Polski. Mieli stworzyć zespół tani, ale silny. Zbudowali słaby i za drogi jak na możliwości spółki. Teraz okazuje się, że bardzo przeciętni zawodnicy, jak Tomasz Nowak, zarabiali ponad 20 tys. zł miesięczne, a długi wobec drugiego trenera wynoszą 90 tys. zł!

Beniaminek był bezlitośnie obijany przez wszystkich. Sytuacja poprawiła się dopiero po zatrudnieniu Michała Probierza. ŁKS wreszcie zaczął wygrywać, m.in. z Widzewem, i awansował z ostatniej na 11. pozycję w tabeli ekstraklasy. Ale szkoleniowiec dostał ofertę z Arisu Saloniki i pożegnał klub z al. Unii. Wcześniej jednak mówił o rozczarowaniu brakiem zainteresowania kibiców. Po wygranej w derbach Łodzi na kolejne spotkanie przyszło dwa i pół tysiąca ludzi. A dochody z biletów miały być poważną częścią budżetu.

Nadzieja pojechała do Grecji

Jeśli awans do ekstraklasy jest początkiem choroby, to 4 listopada, kiedy Probierz wyjechał do Grecji, zaczęła się agonia. 104-latek słabł z dnia na dzień. Żył jeszcze pięć miesięcy.

Żaden z następców trenera Probierza, poczynając od Wieszczyckiego, przez Ryszarda Tarasiewicza, aż po Piotra Świerczewskiego, nie zbliżył się do jego osiągnięć. Było coraz gorzej, nie pomogło sprowadzenie przygasłych polskich gwiazd. Kilka jest obecnie na liście wierzycieli w PZPN, a ŁKS z hukiem pożegnał się z ekstraklasą.

Zapał (i pieniądze) stracił Kenig, oddając zarządzanie spółką nieznanemu szerzej Andrzejowi Voigtowi. - Znalazłem osobę, która podjęła się wyciągnięcia klubu z agonii, w której był od wielu miesięcy. Nie udało się, bo wśród miejskich decydentów nie było żadnego odzewu - wskazuje winnych Bulzacki, bohater z Wembley. To on przyprowadził do ŁKS-u Voigta. Ten snuł wielkie plany, obiecywał dokapitalizowanie spółki trzema milionami złotych i sprowadzenie sponsorów. Popierany przez niego trener Świerczewski po każdej kolejnej porażce chciał się zakładać z dziennikarzami, że przełamanie jest już bliskie i drużyna nie spadnie. Miał szczęście, że nie znalazł chętnego, bo mógłby stracić majątek.

Gdy właściciele ŁKS-u stracili cierpliwość do prezesa opowiadającego bajki, było już za późno na ratowanie drużyny. W międzyczasie z pracy zrezygnował cały departament sportowy, zostawiając po sobie wezwania do zapłaty zaległych poborów. Wieszczycki zreflektował się i dług zamienił na akcje, czyli faktycznie zrzekł się pieniędzy. Kłos nie dał za wygraną i jeszcze jesienią ubiegłego roku zabrał pierwszą ratę od nowego sponsora, sieci szkół Cosinus. A miała być przeznaczona na pensje dla zawodników...

Po spadku do pierwszej ligi rządy w ŁKS-ie przejął Jarosław Turek. - To jedyny człowiek, który wsparł nas finansowo - podkreślali Kenig z Urbanowiczem. Znów padła deklaracja, że będzie biednie, ale uczciwie. Piłkarze mieli zarabiać niewiele, ale za to wypłaty miały być regularne. Skończyło się na obietnicach, a słaba drużyna przegrywała mecz za meczem. To był już ostatni akt agonii.

Ostatnią mityczną nadzieją na uleczenie gasnącego staruszka był stadion miejski, który miał powstać przy al. Unii. Miejski, ale faktycznie dla ŁKS-u. To on miał przyciągnąć do klubu ludzi z pieniędzmi. Jednak Budus, główny wykonawca, ogłosił upadłość i marzenia prysły. Jakby tego było mało, do zadłużonego na 8 mln zł klubu zaczęli pukać wierzyciele. Komornicy zablokowali konta, wysłali informacje do miasta. W efekcie ŁKS nie dostał kilkuset tysięcy złotych pomocy z budżetu Łodzi.

Zimą wymieniono drużynę, biorąc nową z łódzkiej SMS. Nie można było jednak zatwierdzić nowych zawodników, bo ŁZPN domagał się spłaty zaległości. Pieniądze, ponad 50 tys. zł, wyłożył Kenig. Szefowe ŁKS cieszyli się, że udało im się przechytrzyć PZPN, który - jak przewidywali - za długi wobec byłych zawodników może zakazać klubowi transferów. Na pierwszym posiedzeniu komisji dyscypliny poprosili o czas na porozumienie z wierzycielami. Przez miesiąc nie zrobili nic, poza wysłaniem kilku listów, zresztą w ostatniej chwili. Rozczarowali się bardzo, gdy w PZPN usłyszeli, że karą jest zawieszenie licencji. Tego się nie spodziewali.

Nie zraziło ich to do dalszego kombinowania. Zamiast negocjować z wierzycielami, próbowali przeciągać postępowanie. Przysługiwało im bowiem odwołanie do Naczelnej Komisji Odwoławczej. Gdy już zaczęli rozmowy z byłymi piłkarzami, okazało się, że nie mają najważniejszego argumentu, jakim są pieniądze. Na przykład 90 tys. zł chcieli oddawać w ratach po 3 tys. Mimo próśb i obietnic działacze NKO podtrzymali niekorzystne dla ŁKS-u orzeczenie. W efekcie drużyna nie mogła grać w lidze, a po trzech walkowerach miała zostać zdegradowana o dwie klasy. Właściciele uprzedzili ruch związku.

Spisek Bońka i Cacka

Ludzi, którzy przyczynili się do upadku najstarszego łódzkiego klubu sportowego, niczego to nie nauczyło. Winnych widzą wszędzie, ale nie u siebie i wokół siebie: * w mieście (częściowo mają rację), bo nie pomogło finansowo i nie zbudowało stadionu. * U byłych piłkarzy, bo nie zrzekli się długów. * W Widzewie, bo spisek Zbigniewa Bońka i Sylwestra Cacka miał na celu storpedowanie planów budowy nowego obiektu przy al. Unii, by szybciej powstał po drugiej stronie Łodzi.

I jak nie zgodzić się z opinią, że ŁKS został zniszczony od środka, a nie przez ludzi z zewnątrz.

Rozsądni kibice twierdzą, że decyzja o wycofaniu ŁKS-u z rozgrywek zapadła o pół roku za późno. Przez rok piłkarze mogli bowiem awansować z czwartej do trzeciej ligi. Obecna spółka już po spadku z ekstraklasy była skazana na upadek, bo bez dochodu z transmisji telewizyjnych lub zamożnego sponsora nie była w stanie normalnie egzystować, a co dopiero pozbyć się długów. Wcześniej jednak nie można było zrezygnować z pierwszej ligi, by nie płacić miastu milionowej kary. Choć gdyby Kenig i jego wspólnicy przewidzieli, ile to ich będzie kosztowało, z pewnością woleliby stracić zabezpieczenie, ale oszczędzić kilka razy większą kwotę. - Na ŁKS wydałem 8,5 mln zł - przyznał główny właściciel.

7 kwietnia weksel stracił ważność, a trzy dni później ŁKS przestał istnieć. Po raz pierwszy zabraknie go nie tylko w jednej z dwóch najwyższych lig, ale w jakichkolwiek rozgrywkach.

Na jak długo? Kibice mają nadzieję, że do najbliższego sezonu. Wtedy nowe stowarzyszenie ma zacząć marsz w górę od czwartej ligi. Wzorem jest Pogoń Szczecin, której pięć lat zajął awans do ekstraklasy. Kto podejmie się reaktywacji łódzkiej legendy? Chętnych na razie jest czterech. Jeśli się porozumieją, będzie łatwiej, bo prawo do nazwy i logo, czyli przeplatanki, są w różnych rękach. Czasu jest niewiele...

HISTORIA

Dwukrotny mistrz

ŁKS powstał w 1908 r., a cztery lata później zdobył pierwsze mistrzostwo Łodzi. W 1927 r. był jednym z założycieli polskiej ligi, a w debiucie w derbach Łodzi pokonał Klub Turystów 2:0. Gwiazdami ŁKS byli wtedy olimpijczycy Wawrzyniec Cyl (Paryż 1924) i Antoni Gałecki (Berlin 1936). Ten drugi uczestniczył też w mistrzostwach świata w 1938 r. Najwybitniejszym zawodnikiem był jednak obrońca Władysław Król, który był także olimpijczykiem, ale w hokeju na lodzie.

Pierwsze sukcesy drużyna piłkarska zaczęła odnosić w latach 50. Najpierw było wicemistrzostwo Polski (1954), następnie Puchar Polski i trzecie miejsce (1957), a ukoronowaniem był tytuł mistrza kraju (1958). W 1994 r. ŁKS zagrał w finale Pucharu Polski (0:2 z Legią), dzięki czemu po raz drugi w historii wystąpił w europejskich pucharach. W meczach z FC Porto nie miał szans, ale wstydu nie przyniósł (przegrał 0:2 i 0:1). W 1998 r. ŁKS zdobył drugie mistrzostwo Polski. W eliminacjach Ligi Mistrzów wyeliminował azerbejdżański Kapaz Gandża, a następnie trafił na Manchester United z Davidem Beckhamem, Ryanem Giggsem i Peterem Schmeichelem. W Anglii przegrał 0:2, a u siebie bezbramkowo zremisował. Na pocieszenie został mu udział w Pucharze UEFA, z którego został wyeliminowany przez AS Monaco.



SŁYNNI PIŁKARZE ŁÓDZKIEGO KLUBU SPORTOWEGO



Władysław Król

Reprezentant Polski w piłce nożnej i hokeju na lodzie. W okresie międzywojennym wystąpił w ponad 300 meczach ligowych i towarzyskich, w których zdobył 295 goli.

Leszek Jezierski

Choć urodził się i wychował w Lublinie, to mało było ludzi tak zasłużonych dla ŁKS. W 1958 r. jako piłkarz zdobył mistrzostwo Polski, a później z powodzeniem prowadził zespół w roli trenera. Zabrakło mu sukcesów, choć kilka razy był o krok.

Jerzy Sadek

Strzelił 102 gole i to w ŁKS najlepsze osiągnięcie w historii ligowych rozgrywek. W sezonie 1970/71 z 15 bramkami został królem strzelców II ligi. Były reprezentant Polski i autor gola w meczu ze Szkocją (1:1), po jego strzale piłka przerwała siatkę bramki.

Jan Tomaszewski

Bohater z Wembley. Najbardziej rozpoznawalny piłkarz ŁKS. Uczestnik Igrzysk Olimpijskich w Monachium i Montrealu (srebrny medal) oraz mistrzostw świata w Niemczech i Argentynie.

Mirosław Bulzacki

Jeden z dwóch wywodzących się z ŁKS bohaterów słynnego meczu na Wembley. Pojechał na mistrzostwa świata do Niemiec w 1974 r., ale nie rozegrał żadnego meczu.

Marek Chojnacki

Przez 17 lat był piłkarzem ŁKS. W ekstraklasie rozegrał 452 mecze, co jest rekordem Polski. Wszystkie w zespole z al. Unii. Później czterokrotnie był jego trenerem, m.in. awansował do ekstraklasy.

Marek Dziuba

Wychowanek ŁKS, w którym występował przez 10 lat. W reprezentacji Polski rozegrał 53 mecze (jeden gol), wywalczył trzecie miejsce na mistrzostwach świata w Hiszpanii w 1982 r. Co ciekawe, z drużyną z al. Unii z kolei wywalczył tytuł mistrza Polski, będąc... trenerem.

Jacek Ziober

Wychowanek ŁKS, w którym rozegrał 199 spotkań i strzelił 26 goli. W kadrze Polski zagrał 46 razy, zdobył dla niej osiem bramek. Montpellier zapłaciło za niego 1,84 mln dolarów.

Mirosław Trzeciak

Mistrz Polski w 1998 r. Były reprezentant Polski, król strzelców ekstraklasy w 1997 r.

Więcej o:
Komentarze (91)
Łódzki Klub Skończony, czyli historia wielkiego upadku [REPORTAŻ]
Zaloguj się
  • dezyderymarchewka

    Oceniono 226 razy 124

    a mi żal Ełksy, mimo iż jestem od zawsze Widzewiakiem. To jednak kawal historii mojego miasta, poza tym mieszkam na Teo i żal mi kumpli z którymi sie wychowałem od małego.
    Powinno sie połączyć oba kluby, bo nasz Widzew też nie ma pewnej przyszłości - Cacek dzisiaj jest, jutro może go nie być.
    Jedno miasto, jeden stadion, jeden klub - ŁKS Widzew Łódź. Połączyć dwie tradycje, dwie nienawiści, kibiców w jeden organizm - w jedności siła, przyszłe pokolenia by to doceniły. Kibicowsko nikt w Polsce by nam nie podskoczył, łatwiej byłoby znaleźć silnego sponsora dla drużyny, sukcesy by przyszły.

  • i.l

    Oceniono 105 razy 99

    chciwość+głupota działaczy+ tandeciartwo zawodników+zbydlęcenie kibiców=upadek

  • roosevelt5

    Oceniono 122 razy 60

    Bardzo znaczące słowa
    "...Legia Warszawa, Wisła Kraków, Śląsk Wrocław i ŁKS w czasach PRL-u były sportowymi kombinatami, utrzymywanymi przez wielkie zakłady, milicję czy armię. Przez lata dominowały w grach zespołowych, zdobywając większość medali...."
    oraz
    "...Zgłaszam wniosek, by wojewoda i prezydent wyznaczyli fabryki, które będą utrzymywać nasz klub - słyszeliśmy na początku lat 90. podczas walnego zebrania członków ŁKS...."
    No to łks-iaczki.
    To który to klub z Łodzi był bardziej komuszy?
    I co?
    Lata wspierania i tylko 1MP i 1PP.
    Ach. Zapomniałem. Jest jeszcze 0:5 z mistrzem Luksemburga.
    Po 1989 1 MP (prawdpodobnie kupiony i na pewno temat pozamiatany pod dywan przez tamtą wladzę PZPN)
    A bardzo znaczące jest to, że notorycznie mamy powtórki z ... rozrywki w postaci reanimacji lub ożywiania trupa.
    Za każym razem ktoś coś robi a wychodzi lipa.
    I tak mamy do czynienia z hybrydą Breżniewa z zombi z Al. Unii

  • smakowita

    Oceniono 78 razy 48

    Równie bolesnego upadku życzę z całego serca wszystkim piłkarskim mafiom w Polsce.
    Uwolnić kraj od futbolowej zarazy i kibolstwa!

  • obiektywnymyslacy

    Oceniono 49 razy 31

    A ZDANOWSKA CHCE IM BUDOWAĆ TAKI SAM STADION JAK WIDZEWOWI (NA 15 TYS.) TYLE TYLKO ŻE ŁKSU NIE MA A WIDZEW GRA W EKSTRAKLASIE TAKA MAŁA RÓŻNICA!!! ALE CHCE ZAPEWNIĆ SOBIE CIEPŁĄ POSADĘ W ADMINISTRACJI STADIONU PO SWOJEJ BŁYSKOTLIWEJ KADENCJI I DAĆ ODKUĆ SIE TYM FIRMOM KTÓRE UMOCZYŁY NA ŁKSIE MIMO ŻE ONA JAKO PREZYDENT OBIECAŁA POMOC. W TYCH SWOICH DZIAŁANIACH JESZCZE TYLKO POGŁĘBIA ANIMOZJE MIĘDZY KIBICAMI!!! ZDANOWSKA WON!!!!

  • zygmunt_brat_abrama

    Oceniono 69 razy 31

    ERRATA - Podpis pod zdjęciami powinien brzmieć "Piłkarze ŁKS Łódź cieszą się z kupienia mistrzostwa Polski w 1998 r. "

  • barabasz37

    Oceniono 31 razy 19

    Smiac sie to zdrowo ale niech niektorzy uwazaja zeby ich kluby nie skonczyly tak jak Łks bo w Polsce oststnio wszystko jest mozliwe

  • potp

    Oceniono 23 razy 13

    Piszą, że Ptak odstraszał inwestorów, to dlaczego Mistrzowie Polski z 1998 roku nie mają na koszulce Ptaka, tylko Atlas? Autor tekstu zapomniał o tym sponsorze, chociaż Atlas też w swojej wizytówce miał ptaka, tyle, że bociana.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX