"Odbudowa ŁKS-u potrwa nawet dziesięć lat" - rozmowa z Robertem Kozielskim

- W ŁKS-ie jest kłopot natury sportowo-prawnej. Nie ma piłkarzy, a do tego nie wiadomo, kto ma logo, kto posiada prawa do nazwy - mówi jego były piłkarz, obecnie pracownik naukowy Uniwersytetu Łódzkiego
Rozmowa z Robertem Kozielskim, byłym piłkarzem ŁKS-u, teraz profesorem w Katedrze Marketingu UŁ

JERZY WALCZYK: Kto powinien podjąć się odbudowy ŁKS-u?

ROBERT KOZIELSKI: W sposób naturalny ciśnie się na usta odpowiedź, że to wyłącznie rola miasta. Jestem jednak bardzo sceptycznie nastawiony wobec urzędników i polityków. Trudno uwierzyć, aby byli w stanie cokolwiek odbudować w sposób profesjonalny. Nie wierzę też w informacje, że kibice zorganizują się i podejmą się odbudowy ŁKS-u. Do takich działań powinna przystąpić instytucja biznesowa. Potencjalni inwestorzy będę w tym czuli interes, ale taki prawdziwy, a nie szemrany. Kłopot polega na tym, że moim zdaniem nie tylko w Łodzi, ale w całej Polsce nie ma teraz takiej instytucji, która byłaby zdolna wejść w ŁKS. Trzy lata temu prognozowałem, co się może wydarzyć w klubie. Niektóre moje przypuszczenia się nie sprawdziły, ale generalnie, gdyby ktoś posłuchał moich rad, ŁKS byłby dziś w innym miejscu. Wracając do pytania, po pierwsze nikt, kto teraz prowadzi normalny biznes, nie będzie poważnie bawił się w piłkę, a po drugie - ŁKS nie ma stadionu, dlatego każdy chętny musiałby się liczyć z inwestycją paroletnią. Wreszcie po trzecie - w ŁKS-ie jest kłopot natury sportowo-prawnej. Nie ma piłkarzy, a do tego nie wiadomo, kto ma logo, kto posiada prawa do nazwy. Nie ukrywam, że jest mi smutno z powodu wycofana drużyny z rozgrywek, a mój były klub powoli umiera. Myślę, że jest w nim grupa prawdziwych działaczy, ale mam wrażenie, że nie ma kapitału potrzebnego do odbudowy klubu.

Pozostaje jeszcze łódzka Szkoła Mistrzostwa Sportowego, której szefowie wywodzą się z ŁKS-u, a co ważne - mają bazę sportową i do tego kapitał.

- Myślę, że to dobry zaczyn, bo jest w niej grupa ludzi, która od lat działa w sporcie. Nasuwa się jednak pytanie, czy chodzi nam o piłkę w wydaniu młodzieżowym, czy chcemy, aby ŁKS za trzy, cztery lata był w I lidze, a za kilka następnych walczył o najwyższe cele?

Dla potencjalnego inwestora wzorem może być Udinese, które promuje młodych piłkarzy, potem sprzedaje ich do silniejszych klubów, dzięki czemu spokojnie gra w Serie A.

- To jest dobry pomysł, ale mam wrażenie, że ten kierunek aktywności w sporcie został już mocno zagospodarowany. Patrzę na szkółki Milanu, Barcelony, które prowadzą byli piłkarze. Łatwo dojść do wniosku, że wiele podmiotów próbuje w ten sposób ratować swój budżet. Z biznesowego punktu konkurencja jest duża, a będzie jeszcze większa. Nie odrzucam jednak tego pomysłu, ale wydaje się, że należy poszukać innego sposobu zarabiania pieniędzy na utrzymanie klubu.

Miasto się waha, czy budować jeden, czy dwa stadiony. W ŁKS-ie twierdzą, że bez nowego obiektu nie uda się odbudować klubu.

- Ucieknę trochę od odpowiedzi, bo taki jest zwyczaj profesorów, że nie chcą udzielać prostych wyjaśnień. Uważam, że lepiej podjąć złą decyzję niż żadnej. Potrzeba nam ludzi z twardym kręgosłupem, który podejmą niepopularną decyzję, a następnie będą w stanie skutecznie odeprzeć ataki oponentów. Gdyby trzy lata temu rozpoczęto budowę jednego stadionu, na którym mecze swoje rozgrywałyby ŁKS i Widzew, bylibyśmy teraz w innym miejscu. Przynajmniej jeden element konieczny do funkcjonowania klubu zostałby spełniony. Patrząc na to, co się dzieje w obu łódzkich klubach, nie widzę żadnego powodu, abyśmy jako łodzianie wydawali miliony złotych na budowę dwóch stadionów, na które przyjedzie, albo nie przyjdzie, niewielu widzów. Uważam, że w Łodzi są rzeczy ważniejsze, niż przeznaczanie pieniędzy na budowę dwóch obiektów pod presją, że na sesję przyjdzie kilku kibiców albo ktoś porysuje samochód pani prezydent. Jestem za jednym stadionem, na którym występowałyby dwa łódzkie kluby.

Załóżmy, że kibice przyjdą do pana i poproszą o napisanie biznesplanu dla ŁKS-u. Ile lat według pana może potrwać reaktywacja drużyny?

- Odpowiem w kilku punktach. Po pierwsze - kibice nie przyjdą. Po drugie - jakby nawet przyszli, nie byłoby ich stać, aby zapłacić za to, co im zaproponuję, a po trzecie - nigdy by tego nie wdrożyli. Niektórym ludziom lepiej bowiem jest pływać w mętnej wodzie, bo łatwiej wtedy jest ukryć wiele spraw. Stawianie ambitnych celów i wyjście ponad przeciętność dla wielu osób, które od lat działają w sporcie, przekracza wyobraźnię. Według mnie perspektywa naprawcza ŁKS-u to okres przynajmniej dziesięciu lat. Plan naprawczy musi być wielowariantowy. Pierwszy z nich może być oparty na wzorach Udinese, ale drugi na bardzo jasnych, przejrzystych zadaniach ekonomicznych. Wówczas ŁKS do I ligi mógłby powrócić w ciągu czterech, pięciu lat. Jednak ludzie odpowiedzialni za losy 105-letniego klubu powinni myśleć o celach dużo wyższych.