ŁKS znów zawiódł. Uratował remis dopiero w 93. minucie

Słabe wyniki ŁKS-u w rundzie wiosennej nie są przypadkowe. Drużyna wygrywa tylko z drużynami z dołu tabeli, a ze średniakami bardzo się męczy. Potwierdził to mecz z Wartą Działoszyn.
Przed rozpoczęciem gry na stadionie przy al. Unii nie było chyba żadnego kibica gospodarzy, który wątpiłby w zdobycie przez lidera kompletu punktów. Dawało to szansę odskoczenia od KS-u Paradyż, który dzień wcześniej tylko zremisował na wyjeździe z Mazovią Rawa Mazowiecka. Trudno się dziwić optymizmowi, skoro w rundzie jesiennej ełkaesiacy wygrali w Działoszynie aż 5:1.

Łódzcy piłkarze zapewne też tak myśleli, można bowiem było odnieść wrażenie, że wyszli na boisko bardzo pewni siebie. Tradycyjnie starali się długo rozgrywać piłkę, lecz robili to niedokładnie. Tymczasem goście wcale nie zamierzali czekać na wyrok. Od początku pokazali, że chcą przy al. Unii strzelać gole. Omal nie udało im się to w czwartej minucie, kiedy napastników wyręczył Adrian Filipiak. Tak niefortunnie podawał do Konrada Przybylskiego, że piłka go minęła. Na szczęście sprzed pustej bramki wybił ją Szymon Salski.

Defensywa ŁKS-u wiosną nie jest tak pewna, jak to było wcześniej. Słabiej spisuje się Szymon Salski, a boczni obrońcy rzadko wspomagają kolegów w ataku. Niespodziewanie gospodarze dali się zamknąć przed swoim polem karnym. Wybijali piłkę, która wracała po bramkę. Po jednym z takich zagrań Daniel Karoń zdecydował się na strzał z narożnika pola karnego i pokonał Przybylskiego. To był szok. Zanim ełkaesiacy się z niego otrząsnęli, przegrywali 0:2. Gola zdobytego przez Artura Rysia można pokazywać w telewizjach całego świata. Pomocnik Warty kopnął z woleja z blisko 40 m, a piłka przeleciała nad łódzkim bramkarzem i wpadła do siatki.

Na trybunach zapanowała konsternacja, bo liczono nie tyle na trzy punkty, co na kolejną wysoką wygraną. Okazało się jednak, że gospodarze są w słabej formie. Niczego do gry nie wnosili Paweł Hajduczek i Adrian Kasztelan, od których bardzo wiele zależy w ŁKS-ie. Gdy wydawało się, że po przerwie trzeba będzie odrabiać dwubramkową stratę, Filipiak rzucił piłkę z autu w pole karne, najwyższy na boisku Marcin Zimoń przedłużył podanie głową, a Aleksander Ślęzak pokonał bramkarza. Co ciekawe, był to pierwszy celny strzał łodzian, a rywale niepokoili Przybylskiego aż pięciokrotnie. - To była najgorsza połowa ŁKS-u w tym sezonie - podsumował trener Wojciech Robaszek.

Przełomowy moment spotkania miał miejsce w 56. minucie, kiedy sędzia dał drugą żółtą kartkę Mateuszowi Stępniowi, który sfaulował Dawida Sarafińskiego. Od tego momentu przewaga ŁKS-u była duża. Cóż jednak z tego, skoro zdenerwowani ełkaesiacy byli nieskuteczni. Michała Różyckiego próbowali pokonać Kasztelan i Zimoń, jednak bez efektu.

W końcówce trener Wojciech Robaszek zastąpił słabego Hajduczka Michałem Zaleśnym. To on strzelił ostatniego gola w Działoszynie. Teraz powtórzył ten wyczyn, ale zapewnił on jego drużynie punkt. W 93. minucie Kasztelan wrzucił piłkę w pole karne, znów Zimoń głową przedłużył do Zaleśnego, który z bliska wepchnął piłkę do bramki. Sędzia nie pozwolił już na wznowienie gry.

Ełkaesiacy byli w szoku. Ślęzak mówił dziennikarzom, że drużyna bardzo się starała, ale nic jej nie wychodziło. - Dlatego spotkanie zakończyło się naszą porażką - dodał załamany. Dopiero po zwróceniu uwagi, że przecież był remis, trochę się ucieszył. Trener Robaszek cieszył się z wyrwania punktu.

W następnej kolejce ŁKS gra na wyjeździe z Nerem Poddębice, z którym jesienią przegrał na swoim stadionie.



ŁKS2 (1)
Warta Działoszyn2 (2)
Gole: Ślęzak 43. Zaleśny 90.+3 - Karoń 17., Ryś 21.

ŁKS: Przybylski - Słyścio, Salski, Zimoń, Filipiak - Jurkowski (46. Bielicki), Ślęzak, Hajduczek (72. Zaleśny), Kasztelan - Patora, Sarafiński.

Warta: Różycki - Nowacki, Stępień Ż, Cz, Lisowski, Bartoszek - Grabowski (80. Kąpielski), Karoń (90. Zwierzak), Ryś, Kurpiewski, Pęciak - Kukulski.