ŁKS stracił dwa punkty z przedostatnią drużyną w tabeli III ligi

W pierwszym wiosennym meczu ŁKS zawiódł, tylko remisując z broniącą się przed spadkiem Omegą Kleszczów.
PIŁKA NOŻNA. - My śpiewamy, wy walczycie - skandowało w pierwszej połowie prawie 300 łódzkich kibiców w Kleszczowie. Ale nie na stadionie, na który nie wpuściła ich policja. Powodem był brak wymaganej w takiej sytuacji imiennej listy. Fani ŁKS oglądali więc grę swoich ulubieńców zza płotu.

Jednak łódzcy piłkarze w pierwszej połowie ani nie grali dobrze, ani nie walczyli. Tomasz Salski z zarządu klubu uważa, że to efekt tremy, bo zespół po raz pierwszy w oficjalnym spotkaniu zagrał systemem 1-3-5-2. Najbardziej zawodzili pomocnicy, spośród których wyróżniał się tylko ambitny i waleczny Aleksander Ślęzak. Jego koledzy jednak statystowali. Artur Golański i debiutant Bartosz Bujalski byli bezproduktywni, a szybcy skrzydłowi: Kamil Cupriak i Rodrigo byli niewykorzystani. Brakowało także lidera. Jedyną szansę przed przerwą ŁKS miał w 45. min, ale po strzale Bujalskiego piłka przeleciała obok słupka.

Gospodarze prezentowali się lepiej, a każda wrzutka w pole karne wywoływała zamieszanie. Stoperzy mieli kłopoty z upilnowaniem Michała Czaplarskiego, który po dośrodkowaniach zrywał piłkę głową do kolegów. W 22. min po takiej akcji Dominik Cukiernik znalazł się w idealnej sytuacji, ale zamiast do bramki kopnął piłkę nad poprzeczką.

Drużyna z Kleszczowa wyczuła, że faworyt nie jest zbyt groźny, więc po przerwie zaatakowała jeszcze mocniej. Cukiernik i Mariusz Zawodziński kilkakrotnie sprawdzili umiejętności Michała Kołby, jednak bramkarz ŁKS spisywał się bardzo dobrze. Tego samego nie można napisać o obrońcach, grających nerwowo i niepewnie. Omega naciskała gości, jednak nie potrafiła znaleźć sposobu na łodzian. Tak było przez godzinę. Wreszcie w 63. min Zawodziński wykorzystał wielkie zamieszanie w polu karnym i i błąd Marcina Zimonia, z bliska nie dając szans Kołbie.

Już po meczu trener Marek Chojnacki opowiadał, że jeszcze przy remisie powiedział do swojego współpracownika Dariusza Bratkowskiego, że ich drużyna zacznie grać dopiero, gdy straci gola. Tak też się stało, choć na pewno nie była to gra, jaką chcieliby oglądać kibice, trenerzy czy działacze. ŁKS nie miał pomysłu na przeprowadzanie groźnych akcji. Bezsilność gości najlepiej pokazuje sytuacja, gdy przegrywali 0:1. Mieli wtedy rzut wolne ze środka boiska, a Artur Golański zamiast kopnąć piłkę w pole karne Omegi, podał do własnego bramkarza.

Po jednej z nielicznych kontr łodzian sfaulowany został Przemysław Różycki. Rzut wolny wykonał Ślęzak, a Zimoń przedłużył lot piłki, która wpadła do siatki obok bezradnego Pawła Wiśniewskiego. Analogiczną sytuację ełkaesiacy mieli w doliczonym czasie gry. Po wolnym Ślęzaka Wiśniewski odbił piłkę, ale Różycki nie zdążył z dobitką. W sumie remis jest wynikiem sprawiedliwym, jednak i jedna, i druga drużyna może czuć się niezadowolona, bo aspiracje miały większe. Trener Chojnacki tłumaczył, że na wąskim i krótkim boisku w Kleszczowie łatwiej było się bronić niż atakować. Pochwalił Tomasza Kowalskiego i Dawida Sarafińskiego, którzy po wejściu na boisko poprawili jakość gry. A Zimoń, strzelec wyrównującego gola, narzekał na brak czucia piłki, którego przyczyną są treningi na sztucznej trawie

W sobotę o godz. 17 ŁKS zagra przy al. Unii z WKS Wieluń.

ŁKS - Omega Kleszczów 1:1 (0:0)

Gole: Zawodziński (63.) - Zimoń (75.)

ŁKS: Kołba - Zimoń, Sierant, Salski - Cupriak (81. Głowiński), Bujalski (71. Różycki), Ślęzak, Golański (75. Kowalski), Rodrigo - Staroń, Patora (59. Sarafiński)