Pelikan Łowicz - ŁKS 0:1. ŁKS kończył w dziewiątkę, ale wygrał

W najciekawszym spotkaniu czwartej kolejki III ligi ŁKS po dramatycznym meczu pokonał Pelikana Łowicz
Pelikan dwa razy grał w tym sezonie na swoim boisku i doznał dwóch porażek. ŁKS trzeci raz wystąpił na wyjeździe i jeszcze ani nie strzeli, ani nie stracił gola; trzy punkty dostał za walkower. Czyli w myśl przysłowia: do trzech razy sztuka, w obu klubach liczono na przełamanie.

Bardzie zmobilizowani wyszli na boisko gospodarze i w ciągu dziesięciu minut dwukrotnie mogli objąć prowadzenie. Najpierw swoją drużynę uratował Michał Kołba, broniąc strzał Rafała Parobczyka, a następnie Kołbę wyręczył Aleksander Ślęzak, wybijając piłkę sprzed pustej bramki, po precyzyjnym lobie Parobczyka.

Łodzianie w tym czasie koncentrowali się na defensywie, czekając na swoją szansę. Długo nie musieli tego robić, ponieważ w 13. min na uderzenie zza pola karnego zdecydował się Mateusz Gamrot, jednak piłka przeleciała obok słupka. Trzeba przyznać, że ełkaesiacy grali lepiej niż w sobotę z rezerwami Jagiellonii Białystok, byli lepiej zorganizowali, częściej atakowali. Jednak ich napastnik Jewhen

Radionow był dobrze pilnowany.

Rozstrzygnięcie zapadło po półgodzinie gry . Najpierw łowiczanie trzy razy próbowali zaskoczył Kołbę, a ostatni strzał Bartosza Bujalskiego ofiarnie zablokował Gamrot, rzucając się przed piłkę. Nic nie zapowiadało, że ŁKS może objąć prowadzenie. W 31. min miał rzut wolny z ok. 40 m, po którym zapadło rozstrzygnięcie. Trudno stwierdzić kto miał większy udział przy golu: czy centrujący Artur Golański, czy Przemysław Perzyna, tak niefortunnie łapiący piłkę, że wypadła mu ona z rąk, czy też Kamil Juraszek, od którego piłka odbiła się wpadła do bramki. Ciekawe, że rok temu łodzianie też strzelili gola w Łowiczu w podobnych okolicznościach.

Gospodarze rzucili się odrabiania strat. Jeszcze przed przerwą Wojciech Wojcieszyński upadł w polu karnym, ale sędzia uznał, że wcześniej faulowany był Ślęzak. Pelikan atakował, lecz jedynym efektem były rzuty rożne.

W łódzkiej drużynie wyróżniali się Patryk Bryła i Golański. Ten pierwszy grał jednak bardzo ostro i można było obawiać się, czy po szybko otrzymanej żółtej kartce dokończy spotkanie. Okazało się, że ŁKS musiał bronić się w osłabieniu, ponieważ czerwone kartki dostali dwaj piłkarze. W 89. min drugą żółtą zobaczył za faul Kamil Rozmus. Arbiter doliczył aż siedem minut i po kilkudziesięciu sekundach odesłał do szatni Marcina Kacelę za brzydki atak na nogi przeciwnika.

Zbigniew Czerbniak, prezes Pelikana obawiał się wizyty łódzkich kibiców. Miał rację, bo w 55. min sędzia przerwał grę aż na trzy minuty, bo z sektora ełkaesiaków na boisko pleciały race i świece dymne. Od tego czasu mecz stał się bardzo brzydki, więcej było fauli i kartek niż ładnych akcji. ŁKS próbował wrzutek w pole karne, jednak Perzyna już się nie pomylił, tak jak w pierwszej połowie.

W końcówce łowiczanie rzucili się do ataku, a Perzyna stał blisko linii środkowej. Mógł go skarcić Bryła, jednak nie trafił do pustej bramki z ok. 50 m. Po tej akcji znów gra została przerwa, bo na boisko wbiegła policja, by uspokoić kiboli z sektora dla gości. W ostatnich sekundach szansę na remis miał Piotr Gawlik, lecz główkował niecelnie.

- Mecz był bardzo trudny, a w końcówce było dużo emocji. Byliśmy bardziej zdeterminowani - tak podsumował sukces trener ŁKS Marcin Pyrdoł. A prowadzący Pelikana Bogdan Jóźwiak przyznał, że nie pamięta serii trzech porażek u siebie. - Przy wyniku 0:0 mieliśmy swoje okazje, kiedy ŁKS strzelił gola, nie mieliśmy nic do powiedzenia - zakończył.

Pelikan - ŁKS 0:1 (0:1)

Gol: Juraszek (31.)

Perzyna - Bella, Gawlik, Broniarek, Adamczyk (87. Kuczak) - Parobczyk, Bończak, Mroczkowski, Wojcieszyński, Bujalski - Fałowski

ŁKS: Kołba - Pyciak, Juraszek, Ślęzak, Rozmus Cz - Nowacki (77. Kacela Cz), Bryła, Gamrot (83. Sarafiński), Golański, Nowak (55. Guzik) - Radionow (90. Michałek)