Marek Chojnacki: - W ŁKS nie ma atmosfery

Były piłkarz i trener klubu z al. Unii opowiada o swojej przygodzie z ŁKS, o wzlotach i upadkach...
"Gazeta": Jest pana legendą ŁKS. Kibice pana kochają, a zawodnicy szanują. Ale działacze chyba pana nie lubią, uważają, że jest pan krnąbrny, zarozumiały. Dlaczego tak się dzieje?

Marek Chojnacki: Wiem, ale nie mogę powiedzieć, bo wciąż jestem pracownikiem spółki. Mam ważny kontrakt, dlatego jeśli o wszystkim opowiem, to sobie zaszkodzę. Obiecuję, że gdy moja sytuacja się wyjaśni, przyjdę tutaj i wszystko wyjawię. Będę sypał przykładami jak z rękawa.

Czy organizacyjnie ŁKS zasłużył na grę w ekstraklasie?

- Trudno mi powiedzieć, bo nie pracowałem w innym klubie. Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że wynik sportowy wyprzedza organizację klubu.

Czy ciągłe kłopoty pana jeszcze nie zniechęciły. Wciąż słychać o braku pieniędzy, sprowadzacie tylko tych zawodników, za których nie trzeba płacić, a nie tych, którzy są potrzebni.

- No cóż, żyjemy w takich czasach. Jestem wdzięczny ludziom, którzy doprowadzili do podpisania umowy o sprzedaży praw telewizyjnych . Gdyby nie pieniądze z Canal+, to polska liga składałaby się może z ośmiu zespołów. Polska liga niestety jest przewartościowana. Wielu zawodników nie zasługuje na takie zarobki, jakie ma obecnie. I chodzi zarówno o Polaków, jak i piłkarzy zza granicy. Moim zdaniem część tych pieniędzy można przeznaczyć na szkolenie młodzieży.

Ale to przez LKS przewinęło się wielu całkowicie anonimowych zawodników zagranicznych. Także wtedy, gdy pan był trenerem.

- Musimy wrócić do 2005 r., kiedy ŁKS kolejny raz walczył o utrzymanie się w II lidze. Trenerem był wówczas Wojtek Borecki, a ja mu pomagałem jako asystent. Uratował nas słynny mecz w Chorzowie, który został przerwany po 45 min. Do tego momentu przegrywaliśmy 0:2, ale dostaliśmy walkower. Później Wojtek dostał propozycję z Katowic, a mnie Goszczyński zaproponował, bym został pierwszym trenerem. Doszedłem do wniosku, że trzeba zmienić kadrę, by było w niej 15 dobrych piłkarzy, a resztę uzupełnić wychowankami. Przekonałem prezesa Goszczyńskiego, żeby wrócić do chłopaków doświadczonych, ale przede wszystkim w jakiś sposób związanych z ŁKS. To był jedyny sposób, żeby odbić się od szarzyzny drugoligowej. Goszczyński ściągnął Bodzia Wyparłę, Dzidka Leszczyńskiego, Rafała Niżnika. To był początek, bo następnie wrócili Artur Kościuk, Łukasz Madej i Igor Sypniewski. Przy nich miałem gwarancję zachowania pewnego poziomu, to byli nieźli piłkarze i porządni ludzie.

Nie wszyscy byli tacy porządni...

- Chodzi o Igora Sypniewskiego?

Tak.

- Ale piłkarsko był naprawdę świetny i awans do ekstraklasy zawdzięczamy w dużej mierze jemu, bo strzelał najważniejsze gole. Widać po tym, że nasze sukcesy były dziełem chłopaków związanych z ŁKS. Od 2005 r. minęły trzy lata, a w zespole zostali Wyparło i Leszczyński. Gdyby sytuacja finansowa była lepsza, na pewno dalej grałby u nas Rafał Niżnik, zostałby Łukasz Madej. Oni stanowiliby trzon, wokół którego można byłoby budować drużynę, bo gwarantowali jakiś poziom. Podejrzewam, że nie ma w ekstraklasie drugiego zespołu, w którym po dwóch i pół roku zostało tylko dwóch podstawowych piłkarzy.

Z ŁKS po każdej rundzie odchodzą wyróżniający się zawodnicy.

- Przy takich roszadach trudno o sukces. Wszystko spowodowane jest pustą kasą. To chyba jedyny zespół w lidze, który nie ma sponsora, który dałby pieniądze za reklamę na koszulkach.

No tak, drużyna reklamuje firmę Tomasza Kłosa...

- Nie chcę przypisywać sobie nie wiem jakich zasług, ale pomogłem załatwić ostatni kontrakt sponsorski, jeszcze w II lidze. To była firma NCC, która dawała spore pieniądze. Razem z Jackiem Żałobą załatwiliśmy też kontrakt na sprzęt, dzięki czemu ŁKS do dziś ma w czym grać. To jedna z lepszych umów w lidze.

Skoro jest coraz gorzej, to dlaczego pan został. To tylko miłość do ŁKS czy coś innego?

- Powiem, gdy skończy się moja umowa. Przepraszam, ale nie mogę działać na swoją niekorzyść.

Dlaczego nie przyjął pan latem ofert z innych klubów? Był pan już bardzo blisko Polonii Warszawa.

- Bo nie mogłem odejść z ŁKS. Na razie mogę tylko tyle powiedzieć.

Ma pan ostatnio dużo czasu, mógł się pan zastanowić, dlaczego ŁKS grał tak słabo. Co pan wymyślił?

- Najwięcej pretensji mam do siebie. Mogłem wystawić inny skład, zmienić taktykę, kiedy Wyparło był w słabszej dyspozycji, mogłem zmienić bramkarza. Największy żal mam do siebie za to, że latem zgodziłem się zostać, ale nie miałem wyjścia. Na kilku osobach w klubie bardzo się zawiodłem. Szkoda, że są to ludzie, którym kiedyś w życiu pomogłem, a teraz nie byli lojalni wobec mnie. Nie będę wymieniał nazwisk, lecz mam nadzieję, że gdy ci wszyscy, o których myślę, to przeczytają, spojrzą w lustro i przemyślą pewne sprawy. Jak komuś nie podoba się moja praca, to powinien przyjść z tym do mnie, a nie chodzić i opowiadać nieprawdziwe rzeczy. W sytuacji, w jakiej znalazł się ŁKS zarówno organizacyjnej, jak i sportowej niezbędne były dwie rzeczy: spokój i dobra atmosfera. Tymczasem jeszcze runda się nie rozpoczęła, a zaczęły się podchody i polowanie na czarownice. Pierwszy był problem ze służbą medyczną, później mówiono, że trzeba wyrzucić Vayera, bo za dużo zarabia. Następnie chciano pozbyć się mnie.

Ile razy zwalniano pana w rundzie jesiennej?

- Chyba ze cztery.

A kiedy pierwszy raz?

- Po meczu z Cracovią w drugiej kolejce. Wtedy wezwano mnie na posiedzenie zarządu i wspólnie oglądaliśmy wideo. Słyszałem nawet, że auty źle wyrzucaliśmy. Okazało się, że Daniel Goszczyński nie widział meczu, a jedynie ktoś mu o nim opowiadał. Na koniec usłyszałem zarzut, że zamiast Woźniczki powinien grać Świątek, który dwa dni wcześniej w młodej ekstraklasie strzelił trzy bramki.

Piłkarze mieli pretensje, że pan z nimi nie rozmawiał?

- W klubie byłem półtorej godziny przed treningiem, a wychodziłem po południu. Jeśli ktoś ma problem, powinien przyjść i się nim podzielić, a nie rozmawiać przez gazety. Wiecie panowie po co przychodzili do mnie zawodnicy? Żeby zwolnić się z zajęć na początku tygodnia, bo mieli ważne sprawy osobiste. Nikt nie zapytał mnie, dlaczego nie gra. Czy ja miałem chodzić do nich i pytać o problemy? Powtarzałem, że zawsze jestem do dyspozycji piłkarzy, ale najłatwiej przekonać mnie głową i nogami na boisku.

Nie ma pan wrażenia, że drużyna grała przeciwko panu?

- Nie, nawet przez chwilę.

Ale gdy przyszedł Grzegorz Wesołowski, ŁKS w trzech spotkaniach zdobył sześć punktów, zawodnicy starali się i walczyli. Wcześniej tego nie było widać.

- Mecze z Polonią Bytom i Lechią Gdańsk oglądałem kilka razy w telewizji. Uważam, że w grze drużyny niewiele się zmieniło, ale przede wszystkim miała szczęście. Wcześniej go zabrakło, jak choćby w spotkaniu ze Śląskiem Wrocław w Łodzi. Wtedy rozmawialibyśmy w innym nastroju. Co Grzesiek Wesołowski mógł zmienić przez jeden dzień? Jestem trenerem przegranym, ale nie wolno zapomnieć, że zdobyliśmy punkty z Wisłą, Legią, Śląskiem, Bełchatowem...

Ale ważniejsze są zdobycze z rywalami z dołu tabeli.

- Zgoda, ale nie zapominajmy, od czego rozpoczynaliśmy przygotowania. Od strajku, który trwał cztery dni. Ten czas nam uciekł. Gdy udało nam się skonsolidować, zdobyliśmy punkty. Pokonaliśmy Bełchatów, Jagiellonię. I wtedy przyszły kontuzje Drumlaka, Freidgeimasa, Adamskiego i Czerkasa oraz słabsza dyspozycja Bodzia Wyparły. Poza tym nie chwaląc się, gdybym teraz przez tydzień potrenował, miałbym większą wydolność niż duża część drużyny. Przecież z zespołu, który do końca bronił się przed spadkiem odeszło ośmiu zawodników.

Można było dokonać lepszych transferów?

- Uważam, że z tych piłkarzy, którzy do nas przyjeżdżali, wybraliśmy naprawdę najlepszych. Tylko w jednym przypadku się pomyliłem, Chodzi o Kojasevicia. Biorę to na siebie, ale nikt nie wie, że w czasie obozu w Gutowie musieliśmy odesłać zawodników, bo w hotelu nie było miejsc. Jestem przekonany, że gdy ci wszyscy zawodnicy przepracują zimę, będą mogli grać o 20 proc. lepiej. Rok temu było gorzej. Jeśli nie stanie się nic nadzwyczajnego, drużyna nie spadnie.

Słyszymy, że jest pan optymistą, ale w klubie nic nie zmienia się na lepsze. Wciąż słychać o długach, zaległych pensjach, braku pieniędzy na obóz.

- Nie należy zapominać, że kłopoty to specjalność ŁKS. Jestem przekonany, że klub, jak kot, znów spadnie na cztery łapy.

ŁKS ma jednak niesłychanie trudnych rywali w walce o utrzymanie. Cracovia jest bowiem bogatsza, Górnik Zabrze wręcz szasta pieniędzmi...

- Wielkie transfery nie dają gwarancji lepszej gry. Uważam, że nie ma co się rzucać, ale dać szanse tym zawodnikom, którzy tutaj są. A na wiosnę z najgroźniejszymi rywalami gramy u siebie.

Grzegorz Wesołowski dobrze przygotuje drużynę?

- Jestem pewien, że tak. Bo nie po to brałem go do współpracy, podobnie jak Darka Bratkowskiego [trenuje bramkarzy - red.], żeby przestawiali pachołki na treningach. Bardzo często dyskutowaliśmy o składzie czy taktyce i wspólnie podejmowaliśmy decyzje. Oczywiście ostatnie słowo należało do mnie.

Kiedyś przeżył pan już taką sytuację w ŁKS. Przed wejściem Antoniego Ptaka też nie było na nic pieniędzy, ale wtedy chociaż drużyna była silna. Teraz klub idzie śladem dawnego Widzewa, który był synonimem wszystkiego, co najgorsze w polskiej piłce.

- Może być biednie, ale solidnie, tak jak jest w niektórych rodzinach. Do tego jednak potrzebna jest przede wszystkim dobra atmosfera. Jej zbudowanie jest największa sztuką. Do tego potrzebne są autorytety, a w ŁKS, tak jak mówiłem, skład zmienia się co pół roku.

Popierają pana kibice. Czuje pan to?

- Oni potrafią docenić to, co zrobiłem do ŁKS. Jestem daleki od przypisywania sobie wielkich zasług, ale ułamek tego, czego w ostatnich latach dokonał ŁKS, jest także moją zasługą. Najważniejszy jest awans do ekstraklasy i wygrana w derbach. Na razie jestem ostatnim trenerem, któremu to się udało. A kibice takich rzeczy nie zapominają.

Kończy się rok. Jaki on był dla pana?

- Na pewno przeżyłem go w różnych nastrojach, jak to w sporcie. Raz układa się lepiej, raz gorzej. Pierwsza połowa była bardzo dobra, bo udało się uratować przed spadkiem, choć byliśmy w trudnej sytuacji. Druga część była mniej udana, choć nie ukrywam, że mimo kłopotów wierzyłem, iż się uda. Nie było jednak dramatu, zabrakło trochę szczęścia. Nie wolno zapominać, że trener jest tak dobry, jak dobrze grają jego zawodnicy.

Co było ciekawsze: kariera piłkarska czy trenerska?

- Piłkarska, nawet nie ma czego porównywać. Mniejsza odpowiedzialność, mniejszy stres, więcej wolnego czasu. Zawodnik przychodzi na zajęcia, wszystko ma przygotowane, musi tylko przykładać się do treningów. Trener ma fajnie od poniedziałku do piątku, zwłaszcza gdy zespół wygrywa. Sobota i niedziela są wyjęte z życiorysu.

Jest pan rekordzistą pod względem liczby występów w polskiej ekstraklasie. Kiedy pański wynik zostanie pobity?

- Nie wiem, bo zmieniły się czasy. Chciałbym, żeby tak się w końcu stało, bo gdy jakiś piłkarz będzie się zbliżał do rekordu, media przypomną sobie, że był kiedyś taki piłkarz jak Chojnacki.

Jest pan teraz na urlopie. Odpoczywa pan czy może brakuje panu meczów, przygotowań, stresu?

- Na początku odpoczywałem, bo gdy byłem trenerem ŁKS, to nie miałem ani chwili wolnego. Telefon grzał się przez cały dzień, bo nie mam zwyczaju go wyłączać. Muszę jednak przyznać, że teraz trochę mi tego brakuje.

Do kiedy ma pan urlop?

- Już się skończył, dlatego czekam na decyzję działaczy, co mam robić. Zgodnie z kontraktem powinienem 7 stycznia przyjść do klubu i trenować pierwszy zespół.

Los trenera często jest okrutny, bo nie wszyscy znajdują pracę. Widzi pan siebie poza piłką nożną?

- Chciałby nadal być trenerem, ale może być różnie. Na szczęście jestem niezależny finansowo, moja rodzina jest zabezpieczona. Po tym wszystkim, czego teraz się dowiaduję, myślę czasami czy nie wziąć się za szkolenie młodzieży. Człowiek nie jest na pierwszych stronach gazet, ale od piłki nie odchodzi. Tak jak mówiłem, po tygodniu czy dwóch zaczyna mnie nosić.

Nie chciałby pan zająć się polityką. Próbował pan startować w wyborach samorządowych.

- Ale szybko się wyleczyłem, bo próbowałem startować z innej opcji, niż popierana przez klub. Dostałem za to po uszach. Doszedłem też do wniosku, że niewiele mógłbym zrobić. Trochę interesuję się polityką i widzę, że Platforma Obywatelska ma większość, a mimo to nie może zrealizować tego, co chce. Podobnie jest w radzie miejskiej, gdzie Tadziu Gapiński i Witold Skrzydlewski próbują pomagać klubom, ale mają ograniczone możliwości.

Niech pan startuje w wyborach prezydenckich! Pomoże im pan.

- (śmiech) Prezydentem na pewno nie będę. Najlepszym kandydatem do tej funkcji jest pan Skrzydlewski.

Nie boi się pan, że przylgnie do pana etykieta trenera jednego klubu?

- To trudne pytanie. Na razie nie wiem, co się ze mną stanie. W ŁKS czekają. Domyślam się, że liczą, iż dostanę ofertę z innej drużyny i sam poproszę o rozwiązanie kontraktu. Ale ja się nie spieszę, bo po trudnym okresie chcę odpocząć i wyciszyć się. Wiele klubów jest podobnych do ŁKS, dlatego nie ma sensu niczego szukać na siłę. Jestem w stanie czekać na dobrą ofertę nawet rok. Taką, żeby bardzo dużo zależało ode mnie, a nie od otoczenia.

A gdyby zadzwonił ktoś z Widzewa?

- (Śmiech).

To pytanie abstrakcyjne, wielu ludzi związanych z ŁKS nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłiby pracować dla lokalnego rywala. Ale co pan by zrobił?

- Żadnej propozycji nie można z góry odrzucić. Trzeba zrobić wszystko, żeby animozje między łódzkimi klubami zanikały. A najlepszym wyjściem jest przechodzenie zawodników z ŁKS do Widzewa i na odwrót. Części kibiców to się nie podoba, ale ja, podobnie jak większość, nie widzę w tym nic złego. Wystarczy wrócić do historii, przecież były takie sytuacje zarówno wśród piłkarzy, jak i trenerów. Najważniejsze, żeby każdy koncentrował się na jednym klubie, a nie mówił o lokalnym rywalu. Ja czuję się ełkaesiakiem, temu klubowi wiele zawdzięczam, coś dla niego zrobiłem. Ale nie mam też nic do Widzewa.

Nie wstyd panu, że ŁKS musi grać na tak zniszczonym stadionie?

- Żałuję jednego, że Łódź nie dostała organizacji Euro. Bo drugiej takiej szansy nie będzie. Byliśmy jedynym miastem, które miało dwa zespoły w ekstraklasie, a przegraliśmy. ŁKS ma gorzej od innych klubów, bo w drodze z szatni na boisko trzeba przejść przez halę, w której cieknie dach. Że obok budynku jest pełno błota, bo budowana jest hala. Potrzeba w mieście nowego obiektu, obojętnie czy będzie przy al. Unii, czy na Widzewie, czy w innym miejscu.

Co pan robi w wolnym czasie?

- Staram się oglądać większość imprez sportowych. W domu często sprzeczaliśmy się z żoną, dlatego trzeba było kupić drugi telewizor. Bo teraz jest tyle programów, że zawsze znajdzie się jakieś zawody. Oczywiście najważniejsza jest piłka nożna, ale zimą oglądam narciarstwo. Kibicuję Justynie Kowalczyk i Tomaszowi Sikorze. Ostatnio zafascynował mnie snooker. Nie mogę się oderwać, a wyjątkowo lubię Ronny'ego O'Sullivana.

A "Gwiazdy tańczą na lodzie"?

- Nie, to mnie zupełnie nie interesuje.

Komentowanie meczów w Polsacie jest fajne?

- Tak, ale zimą to ciężka praca, bo na polskich stadionach człowiek bardzo marznie. Wolę siedzieć w studiu. Ale miło wspominam komentowanie spotkania Milanu z Manchesterem United bezpośrednio z San Siro w półfinale Ligi Mistrzów. Gdyby nie trudna sytuacja ŁKS i prośba Alginamantasa Breikstasa, robiłbym to dalej.

Czego nie lubi pan u komentatorów?

- Mówienia, że trener miał nosa, bo zrobił dobrą zmianę. Albo na odwrót, gdy zawodnik wchodzi i gra słabo. A przecież każdy, decydując się na wprowadzenie kogoś na boisko, chce dla drużyny jak najlepiej.

Jest pan przesądny?

- Raczej nie. Choć są sytuacje w życiu, kiedy przed ważnym meczem człowiek szuka czegoś więcej. Zastanawia się, co robił, kiedy się udawało.

Czego panu życzyć na święta i w nowym roku?

- Najważniejsze to zdrowie rodziny. Bo w życiu są dni chude i tłuste. Coś mi się ostatnio nie udało, ale tak bywa. Trzeba wyciągnąć z tego wnioski.