Górnik bliżej spadku, ale bogatszy o 100 tys. zł

Mecz przeciw Górnikowi prawdopodobnie będzie kosztował Tomasza Hajtę (ŁKS) 100 tys. zł. - Nie dotrzymał słowa, więc będzie musiał zapłacić - twierdzi Jędrzej Jędrych, prezes zabrzańskiego klubu. Górnik przegrał 0:2
Ekstraklasa.tv: Zobacz jak Górnik przegrał w Łodzi »

Były reprezentant Polski zimą przeniósł się z Zabrza do Łodzi. W Górniku jest zwyczaj, że zawodnicy wypożyczani do innych zespołów nie mogą grać przeciw niemu. W przypadku byłego reprezentanta Polski sytuacja jest jednak inna, ponieważ jego kontrakt został rozwiązany. Hajto twierdzi, że został zmuszony do podpisania niekorzystnego dla siebie aneksu, z którego rzeczywiście wynika, że i on nie będzie mógł wystąpić w spotkaniu ze swoją byłą drużyną. Jeśli złamie słowo, będzie musiał zapłacić karę.

Przed sobotnim meczem stoper ŁKS twierdził, że umowa nie ma żadnej mocy prawnej, a do tego skrytykował trenera Henryka Kasperczaka. Hajtę poparli szefowie łódzkiego zespołu, a także Edward Potok, prezesa łódzkiego ZPN. Ten ostatni zadeklarował pomoc prawną w przypadku sporu z Górnikiem. - Uważam, że nie można zabraniać mu występu - stwierdził Potok. - Konsultowałem się z członkami zarządu PZPN, których stanowisko jest identyczne.

Mimo wszystko piłkarz długo się wahał. Według Marcina Adamskiego, kapitana ŁKS, zdecydował się tuż przed spotkaniem. Na jego decyzję wpłynęła rozmowa z jednym z kibiców, który zarzucił piłkarzowi to, że swoją nieobecnością chce pomóc zabrzańskiemu klubowi w zdobyciu punktów. - Dla Tomka gra z Górnikiem była więc sprawą honorową - mówi Adamski. - Stanęliśmy za nim murem i wystąpił nawet z opaską kapitana.

Hajto był wyróżniającym się zawodnikiem stojącego na słabym poziomie meczu, zasłużenie wygranego przez ŁKS 2:0. Zabrzanie sprawiali wrażenie, jakby nie zależało im na utrzymaniu w ekstraklasie. Przede wszystkim zabrakło im determinacji i waleczności. Ani razu poważnie nie zagrozili bramce ŁKS. Dlatego wciąż zajmują ostatnie miejsce w tabeli, z coraz mniejszymi szansami na utrzymanie.

Po zakończeniu gry trener Kasperczak nie chciał mówić o sprawie Hajty. Stwierdził tylko, że takie rzeczy powinny być uregulowane w przepisach.

Bardziej rozmowny był prezes klubu z Zabrza. - Przepisy PZPN nie mają nic wspólnego z tą sytuacją - podkreślał Jędrzej Jędrych. - Kiedy jesienią ubiegłego roku Tomek Hajto w trzech kolejkach dostał dwie czerwone kartki, postanowiliśmy wspólnie, że się rozstaniemy. Tomek powiedział, że jest w bardzo trudnej sytuacji, dlatego poprosił klub o wypłacenie mu wszystkich zaległych pieniędzy. Poszliśmy mu na rękę. Dostał wszystko, co należało mu się do końca kontraktu, nawet wejściówki [wypłaty za każde pojawienie się na boisku, zwykle po kilka tysięcy złotych], jakby grał we wszystkich wiosennych spotkaniach. Mało tego, znając jego ciężką sytuację, przelaliśmy całą kwotę na wskazane przez niego konto, inne niż zwykle. Poprosiliśmy tylko o dwie rzeczy - żeby nie grał przeciw Górnikowi, a także, aby nie wypowiadał się źle o klubie. Podpisał takie zobowiązanie. Przepisy piłkarskie nie mają z tym nic wspólnego, bo to była umowa cywilnoprawna między Górnikiem a Hajtą. Przecież wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co będzie dalej robił - czy nadal będzie grał w piłkę, czy może zostanie komentatorem. Mówię to z przykrością, ale sprawa zostanie skierowana do sądu. Tomasz Hajto złamał umowę, dlatego będzie musiał zapłacić 100 tys. zł.

Ostatnio w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Hajto krytykował Górnika i trenera Kasperczaka. Prezes Jędrych zadeklarował jednak, że nie zostanie za to pozwany. - Chociaż moglibyśmy to zrobić - zakończył.

Czy ŁKS pomoże Hajcie, jeśli będzie musiał przelać na konto Górnika 100 tys. zł. Szefowie klubu twierdzą, że to sprawa zawodnika i Górnika Zabrze.

Tomasz Hajto: Czekam na wezwanie do sądu

Jerzy Walczyk: Nie żałuje pan, że zagrał przeciwko Górnikowi?

Tomasz Hajto: W żadnym przypadku, bo o utrzymanie w lidze należy walczyć sportowo na boisku, a nie na salach sądowych. Mogę zrozumieć, że ktoś został wypożyczony z danego klubu i przeciwko macierzystej drużynie nie może zagrać, ale ze mną przecież rozwiązano umowę, bo nie chciano mnie w klubie. Kontaktowałem się z przedstawicielami PZPN i Związkiem Zawodowym Piłkarzy, którzy uważają, że takich klauzuli nie można spisywać, a tym samym żądać później pieniędzy.

Trener Kasperczak czeka ponoć na pana przeprosiny, za ostatnie wywiady.

- Ja także czuję się urażony słowami trenera Górnika. Doskonale pamiętam, o czym ze mną rozmawiał w cztery oczy, a później mówił kompletnie co innego. Na boisku występuje 20 lat, ale nigdy nie spotkałem się z sytuacją, aby trener zabronił piłkarzom wejścia do szatni. Czegoś takiego nie przeżyłem. Można grać słabo, można zostać przeniesionym do drużyny rezerw, albo Młodej Ekstraklasy, ale wydać administracyjny zakaz było karygodne. Nie mam zamiaru prosić o przebaczenie, a tym bardziej tłumaczyć się przed byłym trenerem. Przykro mi, że mój tata dostawał telefony przed sobotnim meczem, które nie pozostały bez wpływu na mój nastrój przed meczem.

Nie boi się pan, że Górnik uczyni wszystko, aby złość po przegranej w Łodzi przelać na pana?

- Czekam więc na wezwanie do sądu. Jeżeli prezes Górnika chwali się, że długo działał w VfB Stuttgart, to niech zdradzi, czy słyszał, aby rozwiązano kontrakt w klubie Bundesligi, wypłacono wszystkie pieniądze, a na koniec zakazano występować przeciw dawnej drużynie. Odchodząc z FC Schalke, otrzymałem wszystkie należne pieniądze jeszcze przed podpisaniem nowego kontraktu z FC Nürnberg, w którym oczywiście zagrałem przeciw drużynie z Gelsenkirchen. Trener Kasperczak jest pionierem w zakazach w polskiej ekstraklasie. Już w Wiśle Kraków wprowadził nakazy i kary, dla piłkarzy, aby nie mogli zagrać przeciwko krakowskiemu klubowi. Tymczasem Mirosław Trzeciak i Jan Urban zgodzili się, aby Marcin Smoliński zagrał przeciw Legii Warszawa.