ŁKS był lepszy, ale przegrał

Jeśli drużyna nie ma wartościowych napastników albo przynajmniej dobrych ofensywnych pomocników, trudno marzyć o wygraniu meczu. A gdy jeszcze słabszy dzień mają najlepsi, to wtedy trzeba pogodzić się z porażką. Jak wczoraj ŁKS w meczu z KSZO Ostrowiec


Sytuacja kadrowa ŁKS-u jest bardzo dynamiczna. Co kilka dni nowi zawodnicy podpisują kontrakty, zaś inni odchodzą. Przed meczem z KSZO zaszła jedna zmiana - odszedł Mladen Kaszczelan. Ale akurat defensywnych pomocników w kadrze nie brakuje... Gorzej jest z napastnikami, dlatego tak trudno o wygrywanie.

Wczoraj trener Grzegorz Wesołowski postawił w ataku na Dejana Djenicia i Gabora Vayera. O tym, że żaden z nich nie zbawi drużyny, wiadomo od dawna. Serb skompromitował się już w 4. min, kiedy nieatakowany przewrócił się, mając przed sobą tylko bramkarza, który odbił przed siebie piłkę mocno kopniętą przez Adriana Świątka. To była najlepsza okazja stworzona przez łodzian w pierwszej połowie.

Wracając jednak do zmian, to Bogusław Wyparło ma ofertę z PGE GKS-u Bełchatów. Szefowie klubu z al. Unii zapowiadają jednak, że lada dzień jeden z najbardziej zasłużonych zawodników podpisze nową umowę.

Gospodarze w pierwszej połowie nie mieli dobrych sytuacji, ponieważ nie mogli poradzić sobie z dobrze grającymi obrońcami ŁKS-u. Tomasz Hajto, Marcin Adamski i ich koledzy bez większego problemu przerywali akcje zawodników z Ostrowca. Groźniej było tylko po stałych fragmentach gry.

W drugiej połowie poziom spotkania się nie zmienił. Co trzecie podanie było niecelne, a pięciu kolejnych do przodu nie było. Szanse do zdobycia goli wynikały bardziej z przypadku niż z przemyślanych zagrań. Najbliższy powodzenia był Vayer, który w 55. min niespodziewanie strzelił z ok. 25 m. Bramkarz KSZO bezradnie patrzył na piłkę, która odbiła się od poprzeczki, następnie od linii bramkowej. Później okazję miał Rafał Kujawa (stara się o niego Lech Poznań), jednak z 10 m kopnął za wysoko.

Każda minuta gry w Ostrowcu potwierdzała, że ŁKS ma ogromny kłopot z napastnikami. Djenić chwilami sprawiał wrażenie, iż gra w zespole KSZO. Niestety, samo bieganie to za mało, nawet na I ligę. Vayer zaś poza pięknym strzałem niczym innym nie zaimponował. Dlatego obaj zostali zmienieni. Trudno więc myśleć o wygranych, nawet najniższych, skoro nie ma kto wykorzystać okazji. Trudno było liczyć na pomocników, skoro Robert Sierant i Mariusz Mowlik ograniczali się do przerywania ataków. Ten pierwszy w końcówce starał się nawet wspomagać najbardziej wysuniętego Kujawę, ale kończyło się na dobrych chęciach.

W 81. min do siatki trafił wreszcie Kujawa, lecz akurat był na pozycji spalonej. Szkoda, bo nawet bardzo przeciętnie grający ŁKS był drużyną zdecydowanie lepszą od chaotycznego KSZO. Gdy jeszcze zawiodą ci, na których zawsze można liczyć, to kończy się dramatycznie. W 84. min były ełkaesiak Adam Cieśliński łatwo ograł Marcina Adamskiego, strzelił lekko w środek bramki, a Wyparło niespodziewanie przepuścił piłkę do siatki. Była to pierwsza i praktycznie jedyna groźna sytuacja stworzona przez gospodarzy.

Ale trudno za porażkę obwiniać tylko Adamskiego i Wyparłę, bo zawiodła cała drużyna. W ŁKS-ie trudno było kogoś wyróżnić, może poza aktywnym Świątkiem i pewnym w defensywie Piotrem Klepczarkiem. Na dodatek ełkaesiacy sprawiali wrażenie, jakby zabrakło im sił. Widać to było w kontrach, do których czasami biegał tylko jeden zawodnik. Mimo to szkoda, bo wygrała drużyna gorsza.

KSZO - ŁKS 1:0 (0:0)

Gol: Cieśliński (84.)

KSZO: Sotnicki - Szymoniak, Kardas Ż, Ciesielski, Matuszczyk - Robaszek, Dziewulski, Kanarski (64. Kajca), Frańczak (83. Basta), Cieśliński - Folc (69. Wieczorek)

ŁKS: Wyparło - Ognjanović, Hajto, Adamski, Klepczarek - Świątek, Mowlik, Sierant Ż, Kujawa - Djenić (66. Wolański), Vayer (73. Mordzakowski)

Sędziował Tomasz Musiał z Krakowa

Widzów: 2 tys.