Czerwony ŁKS. Ze wstydu...

Tak słabego ŁKS-u jeszcze w tym sezonie nie oglądaliśmy. Drużyna, która aspiruje do powrotu do ekstraklasy, została rozgromiona przez GKS Katowice.
Jeszcze trzy miesiące temu ŁKS zajął siódme miejsce w tabeli ekstraklasy. Jednak w Katowicach z tamtej drużyny zostało tylko trzech piłkarzy - Bogusław Wyparło, Marcin Adamski i Nerijus Radżius. Pozostali albo odeszli, albo nie mogli wczoraj zagrać z powodu kontuzji lub kartek. Na dodatek trener Grzegorz Wesołowski posadził na ławce rezerwowych chwalonych w niedzielę Mieczysława Sikorę i Damiana Nawrocika. W roli defensywnego pomocnika wystąpił Wojciech Mordzakowski, nominalny lewy obrońca.

Ale nawet bez tych zawodników skład gości wyglądał lepiej od katowickiego. W GKS-ie najbardziej znani zawodnicy to Piotr Plewnia i Bartosz Iwan, zaś wśród rezerwowych siedział Grażvydas Mikulenas. O tym, że oba zespoły to historia polskiej piłki nożnej, świadczyła frekwencja - na trybunach usiadło bowiem aż 9 tys. kibiców, w tym około 700 łodzian. Powody do zadowolenia mieli niestety tylko gospodarze, bowiem ich ulubieńcy już po 45 minutach uzyskali wyraźną przewagę.

Trudno jednak o korzystny wynik, kiedy zawodzą najbardziej doświadczeni gracze. Kolejny raz w tym sezonie nie popisał się Bogusław Wyparło. W niedawnym meczu z KSZO w Ostrowcu przepuścił lekki strzał Adama Cieślińskiego, co zdecydowało o porażce ŁKS-u. Teraz fatalnie interweniował przy uderzeniu Krzysztofa Kaliciaka z blisko 40 m - piłka przeleciała pod brzuchem łódzkiego bramkarza.

Strata gola załamała ełkaesiaków. Na dodatek kibice przy każdej interwencji Wyparły buczeli i śmiali się, co go jeszcze bardziej deprymowało. W gruzach legła taktyka polegająca na długich podaniach do Łukasza Gikiewicza, który miał zgrywać piłkę do Adriana Świątka. Katowiczanie łatwo rozszyfrowali ten styl gry. Poza tym goście sprawiali wrażenie, jakby brakowało im sił. Praktycznie jedynym dużo biegającym zawodnikiem był Gikiewicz.

W 37. min było już 2:0 dla GKS-u. W roli głównej wystąpili napastnicy gospodarzy. Kaliciak i Bartosz Iwan niemal skopiowali akcję z ostatnich derbów Łodzi, po której Widzew zdobył zwycięskiego gola. Ten pierwszy niczym Adrian Budka z prawej strony podał do Iwana, a ten niczym Radosław Matusiak nie dał szans Wyparle. Ale to nie było ostatnie upokorzenie ełkaesiaków, bo jeszcze przed przerwą stracili trzecią bramkę. Zdobył ją Grzegorz Goncerz, który najpierw ograł Piotra Klepczarka, a następnie strzelił obok siedzącego już na ziemi Wyparły.

Po przerwie jednak podopieczni trenera Wesołowskiego niespodziewanie strzelili gola, a jego autorem - po ładnym kontrataku - był Adam Wolański. Asystę zaliczył Gikiewicz. Ale co z tego, skoro wkrótce przez głupotę sami ełkaesiacy przekreślili swoje szanse na jeśli nie korzystny, to przynajmniej honorowy wynik. Najpierw Radżius w ciągu siedmiu minut dwukrotnie zobaczył żółtą kartkę (za faule na Kaliciaku) i po godzinie gry musiał zejść do szatni. Później piłkarze z al. Unii mogli przypomnieć sobie o spotkaniu z Wartą Poznań, które kończyli w dziewiątkę. Tym razem do szatni poszedł Gikiewicz, który w pierwszej połowie został upomniany za symulowanie faulu, a 20 minut przed końcem zobaczył kolejną żółtą kartkę za przewrócenie na środku boiska Mateusza Niechciała. To była już szósta czerwona kartka piłkarzy ŁKS-u w tym sezonie!

W ostatnich minutach jedyną niewiadomą było to, czy goście przegrają dwoma bramkami, czy może wyżej. Niestety, w końcówce Goncerz wykorzystał prosty błąd Roberta Sieranta i po raz drugi pokonał Wyparłę. ŁKS był zespołem dużo gorszym od gospodarzy i może się cieszyć tylko z tego, że przegrał jedynie trzema golami.

GKS - ŁKS 4:1 (3:0)

Gol: Kaliciak (11.), Iwan (37.), Goncerz (45., 80.) - Wolański (48.).

GKS: Gorczyca - Cholerzyński (72. Małowski), Kamiński, Nowak, Niechciał - Goncerz, Wijas, Hołota Ż, Plewnia - Kaliciak (75. Mieszczak), Iwan (58. Mikulenas).

ŁKS: Wyparło - Radżius Ż, Cz, Adamski Ż, Mowlik Ż, Klepczarek - Wolański Ż (68. Gieraga), Sierant, Mordzakowski (50. Nawrocik), Mączyński (78. Salski), Świątek - Gikiewicz Ż, Cz.

Sędziował: Mariusz Trofimiec z Kielc.

Widzów: 9 tys.