Sport.pl

Drumlak: Zimą może być po ŁKS-ie

To, że drużyna jeszcze się nie rozpadła, niemal graniczy z cudem. Ale my, piłkarze, chcemy mieć czyste sumienie - mówi Paweł Drumlak. Pomocnik ŁKS-u tłumaczy, dlaczego drużynie z al. Unii idzie tak dobrze, mimo smutnej rzeczywistości
Rozmowa z Pawłem Drumlakiem

Jerzy Walczyk: O organizacyjnych kłopotach ŁKS-u jest głośno w całej Polsce: piłkarze nie dostają wypłat na czas, nie wiadomo, kto właściwie w klubie rządzi i jaka czeka go przyszłość. A tymczasem piłkarze wygrywają mecz za meczem...

Paweł Drumlak: To zasługa doświadczonych zawodników i naszego trenera Grzegorza Wesołowskiego. Gdyby nie oni, to już dawno wszystko by się rozpadło. Czym możemy przekonać potencjalnych sponsorów, że w ŁKS warto zainwestować, jak nie doskonałą postawą na boisku?

Jak jest w klubie? Bardzo źle?

- Nie ukrywam, że sytuacja jest naprawdę dramatyczna. Spore zaległości wobec zawodników, zero perspektyw na przyszłość, a co gorsze brak realnego planu naprawczego sprawia, że z każdym dniem jest gorzej. To, że drużyna jeszcze się nie rozpadła, niemal graniczy z cudem. Ale my, piłkarze, chcemy mieć czyste sumienie. Przecież nie po to przez wiele tygodni walczyliśmy w PZPN-ie o licencję na występy w ekstraklasie, aby teraz się poddać. Drużyna jest scementowana, bo nadal wierzy, że ktoś wyciągnie pomocną dłoń w stronę ŁKS-u. Wiem, że kibice doceniają to, że w tej totalnej destabilizacji klubu piłkarze potrafią odnosić sukcesy.

Jednak początek sezonu mieliście nieudany. Dlaczego?

- Nasze letnie przygotowania były kuriozalne. Zamiast trenować, często jeździliśmy do Warszawy, gdzie walczyliśmy o klub, który został niesłusznie usunięty z ekstraklasy. Byliśmy zdołowani, psychicznie nie byliśmy gotowi do gry. Wyrzucili nas z ekstraklasy tylko dlatego, że ktoś nie dostarczył na czas jakiegoś papierka. Początkowo przyjęliśmy to jako zły sen. Wmawialiśmy sobie, ze lada dzień wszystko się odwróci i nadal będziemy w gronie najlepszych polskich drużyn. Nie mieściło nam się w głowach, że Cracovia, czyli spadkowicz z ekstraklasy, będzie na tyle bezczelny, aby walczyć o udział w naszej rozprawie w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym. Czy to dziwne, że byliśmy w psychicznym dołku? Musieliśmy występować w pierwszej lidze, w której grać nie powinniśmy.

I w klubie źle się dzieje. Widzi Pan jakieś światełko w tunelu dla ŁKS-u?

- Gdyby ktoś podał chociaż szczątkowe dane dotyczące ewentualnego sponsora, to iskierka nadziei może by się zatliła, ale szkopuł w tym, że nikt nie podaje żadnych konkretów.

Wierzy Pan, że pomogą władze miasta i ŁKS wiosną stanie na nogi?

- To wróżenie z fusów, a sytuacja jest dramatyczna. Nie wierzę w te wszystkie zapewnienia, obietnice, bo w praktyce, to nic nie oznacza, nic nam nie daje. Doceniam zaangażowanie wiceprezydenta Łodzi Włodzimierza Tomaszewskiego, który ponoć bardzo zainteresował się naszą trudną sytuacją, ale nie można już ściemniać, tylko mówić jasno o przyszłości, konkretnie. Przecież trudno czekać aż osiem miesięcy na zaległe pieniądze. Jak długo można żyć bez pensji?

W tym roku rozegracie jeszcze tylko dwa mecze. Co będzie zimą?

- Klub nie płaci, więc każdy z piłkarzy ma możliwość rozwiązania kontraktu z jego winy. Każdy może więc odejść do innego zespołu i to nie tylko w pierwszej lidze. Po ostatnich dobrych występach kilku moich kolegów może liczyć na dobry kontrakt w ekstraklasie. No i będzie po drużynie. Dlatego ludzie odpowiedzialni za sport w mieście powinni wreszcie odpowiedzieć na pytanie - czy naprawdę chcą nam pomóc? Jeśli tak, to niech naprawdę pomogą. Jeśli nie, trzeba podać sobie ręce na pożegnanie i zostawić to innym.