ŁKS przegrał bitwę, ale wojna trwa

60. derby Łodzi ocenia Marek Chojnacki, były piłkarz i trener ŁKS-u
Derby trochę mnie zawiodły, bo spodziewałem się czegoś więcej po drużynach, które aspirują do ekstraklasy. Oczywiście były fajne momenty w wykonaniu obu zespołów, ale było ich - niestety - za mało. Wygrana Widzewa 4:1 trochę zaciemnia ten obraz, bo jak ktoś spojrzy na wynik, to pomyśli, że był to supermecz. Ale tak naprawdę nie był dobry. Na boisku było za dużo niedokładności, brakowało przede wszystkim płynności akcji. Na pewno w mniejszym stopniu po stronie Widzewa. Widać, że jego piłkarze grają ze sobą dłużej. Zimą w zespole właściwie nie zaszły zmiany, dlatego widzewiacy lepiej rozumieli się na boisku. Przewyższali też ełkaesiaków umiejętnościami.

Na wynik składa się wiele czynników, m.in. przygotowanie fizyczne. Dlatego trenerzy tak dużą wagę przykładają do zimowych przygotowań. A wiadomo, jak pracował Widzew, a jak ŁKS. Wynik też to odzwierciedla. Oczywiście w sporcie zdarzają się przypadki, czego przykładem jest reprezentacja Danii, która w 1992 r. pojechała za Jugosławię na mistrzostwa Europy i z marszu je wygrała. Zdarzają się takie rzeczy, ale jednak w dzisiejszej piłce przygotowania są bardzo ważne, mają największy wpływ na wynik.

Przewaga Widzewa wynikała też z pewnych niuansów. Obie drużyny grały praktycznie takim samym ustawieniem, z jednym wysuniętym napastnikiem. Ale przy dokładniejszej analizie można pewne różnice zauważyć. Mnie w oczy najbardziej rzuciła się jedna rzecz - pojedynki Łukasza Gikiewicza z Jarkiem Bieniukiem i Marcina Robaka z Marcinem Adamskim po drugiej stronie boiska. Gikiewicz praktycznie nie miał metra luzu. Oczywiście podejmował pojedynki z Bieniukiem i jedne wygrywał, a inne przegrywał. To było bardzo widoczne, było tych pojedynków bardzo dużo. Po drugiej stronie Adamski grał na Robaka i napastnik Widzewa miał czasem pięć, a czasem nawet dziesięć metrów luzu. Jak padła pierwsza bramka dla Widzewa? Robak był bez krycia na szesnastym metrze i asystował przy golu. Napastnik Widzewa miał za dużo swobody.

W drużynie gości nie było piłkarzy, którzy odstawaliby wyraźnie od reszty. Chyba najsłabszym punktem był Maciej Mielcarz. Zrobił dwa numery, które mu nie przystoją, także przy golu. Nie był to pewny punkt drużyny.

Obrońcom też zdarzały się klopsy, ale bez konsekwencji, bo ełkaeasiacy nie potrafili tego wykorzystać. Bieniuk szybko zarobił żółtą kartkę i za chwilę mógł kolejną. Miał problemy z Gikiewiczem, ale on był bardzo aktywny, nie był łatwym rywalem do krycia. Ale w kontekście całego meczu Bieniuk jakoś sobie jednak z nim poradził.

Druga linia Widzewa przewyższała pomoc ŁKS-u. Najsłabszy był praktycznie niewidoczny Krzysztof Ostrowski. Pomocnicy mieli momenty słabsze i lepsze, ale ogólnie wypadli na plus.

A ŁKS? Bodzio puścił cztery gole. Myślę, że pierwszego mógł wybronić, bo miał piłkę na ręce. Tak jak Mielcarz, nie miał dużo roboty. Praktycznie wszystkie groźniejsze strzały Widzewa kończyły się golami. Bodzio nic wielkiego nie wybronił, a zrobił też duży błąd, kiedy podał piłkę Ostrowskiemu. Ogólnie bramkarze byli najsłabszymi punktami swoich drużyn.

W obronie ŁKS-u dwa gole zawalił Robert Łakomy, który po 70 minutach zgasł. Pavol Balaż też nie jest dobrze przygotowany do gry i to było widać. Po stracie dwóch goli Tomek Hajto więcej grał z przodu i dlatego brakowało go z tyłu, co skończyło się stratą kolejnych dwóch goli. Ale to zrozumiałe, bo wynik 1:2 był do odrobienia i trzeba było ryzykować.

Najjaśniejszymi punktami ŁKS-u w ofensywie byli dla mnie Wahan Geworgian i Gikiewicz. Pozostali grali gorzej, poniżej możliwości. Piotrek Świerczewski był w ogóle niewidoczny. Słyszałem, że Piotr Madejski i Damian Nawrocik są w formie, ale w meczu tego nie pokazali.

Myślę, że Widzewowi nic wielkiego już się nie przydarzy, tym bardziej że punkt w tej kolejce stracili: Pogoń, Górnik i ŁKS. Oczywiście w piłce wszystko jest możliwe, ale jednak swojej przewagi już nie roztrwoni. W meczach z Pogonią i Górnikiem u siebie wystarczą mu remisy.

ŁKS przegrał bitwę, ale wojna dla niego wciąż trwa i czas będzie pracował na jego korzyść, bo to jednak zespół ze sporymi możliwościami.

* Marek Chojnacki zagrał w 25 meczach derbowych, co jest rekordem.