Sport.pl

1. liga. Od ćwierć wieku naprawia buty i piłki w ŁKS. Ma 95 lat

Co dawniej robili piłkarze, żeby dopasować nowe buty? - Sposobem było... sikanie do butów, co powodowało, że skóra stawała się elastyczna i but niemal sam dopasowywał się do stopy - opowiada szewc pracujący w ŁKS-ie
Jerzy Walczyk: Od kiedy kibicuje Pan ŁKS-owi?

Jan Sobieski: Od bardo dawna. Wszystko zaczęło się od tego, że do mojego sąsiada, a mieszkałem wtedy na Piotrkowskiej, przychodzili piłkarze. Bywali u niego m.in. Henryk Szymborski, Władek Król, od których dostawałem dla żony i syna bilety na mecze. Znajomość przerodziła się w przyjaźń, a następnie w miłość do klubu.

A jak to się stało, że został Pan klubowym szewcem?

- To był przypadek. Pewnego dnia los sprawił, że spotkałem Antoniego Włodarka, ówczesnego dyrektora zakładów obuwniczych z ul. Wólczańskiej. Zaprosił mnie do siebie, zaproponował specjalne szkolenie, na którym nauczyłem się nie tylko konstrukcji butów, ale poznałem się też tajemnice szewstwa. I tak zostałem szewcem.

Od ilu lat naprawia Pan buty ełkaesiakom?

- Od ponad 20. Staram się, jak tylko potrafię pomagać zawodnikom. Moja przygoda z klubem zaczęła się jednak dużo wcześniej, bo ponad pół wieku temu. Początkowo byłem kierownikiem drużyny rezerw, później zostałem odpowiedzialny za leczenie sportowców w uzdrowiskach, a na koniec zawodowej kariery byłem kierownikiem do spraw bezpieczeństwa na stadionie.

Kiedy było łatwiej naprawić obuwie. Dwadzieścia lat temu czy teraz?

- Dziś piłka przypomina kulę, która została obciągniętą plandeką, a na koniec została oblana kolorowym lakierem, by była ładna. Dawniej piłki były skórzane, w większości uszyte ręczne. Praca przynosiła zdecydowanie więcej satysfakcji. Czasami, aby naprawić drobne nawet pęknięcie, należało użyć specjalnych igieł. Trzeba było samemu je zrobić, gdyż nie było takich na rynku. Radość sprawiało też znalezienie odpowiednio mocnych nici, ich zdobycie w tamtych czasach graniczyło z cudem. Nie tylko naprawiałem piłki czy buty, ale dopasowywałem też obuwie do stopy piłkarzy. Na dzień lub dwa zakładało się wtedy but na specjalne kopyto, aby poszerzyć go lub rozciągnąć. Wszystko po to, żeby podczas meczu buty nie piły zawodnika.

Były inne też sposoby niż kopyto i prawidła.

- Tak, tzw. sposoby babuni. Często radziłem chłopakom, aby po kupieniu nowych butów wieczorem posmarować je od wewnątrz denaturatem, a następnie pochodzić. Wtedy układały się do stopy. Drugim sposobem było... sikanie do butów, co powodowało, że skóra stawała się elastyczna i but niemal sam dopasowywał się do stopy. Oba pomysły w tamtych latach były popularne i skuteczne.

Wtedy buty piłkarskie bardzo różniły się od tych, których używają dziś zawodnicy?

- Różnica jest szalona. Kiedyś buty były całe skórzane, nawet kołki w podeszwie były obciągane skórą. Przed laty były buty, które nazywano kolarkami. Były idealne, bardzo lekkie, posiadały specjalne skórzane mocowania. Ale miały wadę, w czasie deszczu szybko namiękały, Dziś króluje plastik, jaskrawe kolory. W niektórych modelach nie ma nawet sznurówek, tylko jest zapięcie na taśmę gumową albo rzepy.

Jakie Pana zdaniem powinny być idealne buty piłkarskie?

- Przede wszystkim skórzane. Podeszwa powinna mieć sześć kołków. Przed laty ideałem były buty zwane argentynkami, które oprócz kołków metalowych posiadały też plastikowe. Długość kołków była uzależniona od wysokości trawy, dlatego piłkarze sami musieli czasami sobie dopasowywać je przed meczem.

Dawniej bardziej dbano o sprzęt?

- Wszystko zależy od człowieka. Przedtem byli piłkarze, którzy z większym szacunkiem podchodzili do sprzętu sportowego. Byli dumni, że mogą występować w ŁKS-ie. Dzisiejszych zawodników najlepiej charakteryzuje określenie, że im więcej wołają pieniędzy, tym gorzej potrafią grać w piłkę.

Pamięta Pan, którzy zawodnicy najlepiej dbali o swoje buty?

- Było takich kilku, choćby Janek Tomaszewski, Grzesio Ostalczyk, Mirek Bulzacki czy Janek Sobol.

A kto był wzorem elegancji w ostatnim sezonie?

- Przede wszystkim Marcin Adamski. W następnej kolejności Robert Sierant, Bodzio Wyparło i Tomek Hajto. Najczęściej odwiedzał mnie Wyparło, który przerabiał obuwie kilka razy.

A kto najgorzej dbał o swój sprzęt?

- Powiem tak: śmieciarzy było mnóstwo. Nie będę ujawnił nazwisk, żeby nikomu nie zrobić przykrości. Dziś sytuacja jest nieco lepsza, bo buty są jednorazowe. Wykonane zostały ze sztucznej skóry, podeszwa też jest plastikowa, dlatego nikt ich nie naprawia.

Są chętni do przejęcia po Panu warsztatu?

- Nie ma, nikt nie chce uczyć się szewstwa. Mimo że mam już 95 lat, miałem niedawno propozycje z innych łódzkich klubów, by naprawiać u nich obuwie. Wszystkie oferty odrzuciłem, bo ponad pół wieku jestem wierny klubowi z al. Unii. I tak zostanie do końca mojego życia.

Widzę u Pana w warsztacie starą maszynę Singera, kopyto i mnóstwo pudełeczek z kołkami. Czy to wystarcza, żeby naprawiać buty?

- Maszyna ma ponad 40 lat. Odmawia czasami posłuszeństwa, często musi być reanimowana. Jej wrogiem nie jest wiek, lecz wilgoć panująca w magazynie. Kopyto pamięta z kolei czasy mistrzostwa Polski w 1998 roku, ale w moim zawodzie to wystarcza. Najbardziej liczy się w tym fachu radość piłkarza, któremu mogę przyjść z pomocą.

*Jan Sobieski ma 95 lat i wciąż pomaga ełkaesiakom w naprawach butów, nie tylko sportowych

Więcej o: