Ekstraklasa. Do ŁKS-u wraca jego wychowanek i była gwiazda drużyny

- Wracam, bo cały czas czuję się ełkaesiakiem - mówi Marek Saganowski, który po 11 latach znów ma zagrać w klubie, którego jest wychowankiem
Rozmowa z Markiem Saganowskim*

Jerzy Walczyk: Po 11 latach znów ma pan zagrać w koszulce ŁKS-u. Kiedy podpisze pan kontrakt?

Marek Saganowski: Z szefami klubu będę rozmawiał w tym tygodniu. Jeżeli dojdziemy szybko do porozumienia, to być może umowę podpiszę jeszcze przed końcem sezonu.

Czy biedny ŁKS będzie w stanie spełnić pańskie wymagania finansowe?

- Powiem tak: dla mnie pieniądze nie są najważniejsze.

Powiedział pan przed laty, że w ŁKS-ie zakończy karierę. Czyżby ten moment się zbliżał?

- Wiek piłkarzy odchodzących na emeryturę ostatnio się wydłuża. Pamiętam, że kiedy przychodziłem do ŁKS-u, Marek Chojnacki miał wtedy chyba 32 czy 33 lata i mówił o końcu kariery. Okazało się, że później jeszcze długo z powodzeniem występował na boisku. W ligach zagranicznych zawodnicy w moim wieku wciąż odgrywają kluczowe role. W mojej deklaracji nie ma mowy o końcu kariery, lecz o powrocie na stałe do Łodzi. Wracam, bo cały czas czuję się ełkaesiakiem. A do tego chciałbym pomóc swojemu byłemu klubowi w ekstraklasie.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że ŁKS otworzył panu bramy do piłkarskiej Europy. Ostatnie sukcesy miał pan jednak w Legii Warszawa.

- Oczywiście, że to wszystko prawda. Po Wiśle Płock i Odrze Wodzisław byłem bliski załamania. Stałem się przeciętnym graczem i mogłem wylądować na zapleczu ekstraklasy. Pomocną dłoń wyciągnął do mnie ówczesny trener stołecznego klubu Dragomir Okuka. Złapałem wtedy wiatr w żagle i zacząłem iść szybko do przodu. Zdobyłem ponad 40 bramek w ekstraklasie, dostałem powołanie do kadry Polski, a następnie wyjechałem za granicę. Sentyment do Legii więc pozostał. Proszę też zauważyć, że między innymi piłkarzom Legii ŁKS w dużej mierze teraz zawdzięcza awans do ekstraklasy.

Kibice ŁKS-u pana kochają. Jak pan myśli, za co?

- Myślę, że za moje przywiązanie do barw klubowych. Nigdy nie ukrywałem, że ŁKS ma szczególne miejsce w moim sercu. Na stadion przy al. Unii przychodziłem jako dziecko na mecze; nie ukrywam, że byłem też szalikowcem. Będąc dzieckiem, każdy marzy o wielkiej karierze piłkarza. Cieszyło mnie wtedy, że mogę pójść na trening, pograć z kolegami. Nie mogłem wtedy jednak się spodziewać, że kiedyś zagram w Feyenoordzie, Hamburgerze SV, Victorii Guimaraes czy Southampton. Nawet nie marzyłem, że zdobędę z ŁKS-em mistrzostwo Polski i zagram w eliminacjach Ligi Mistrzów.

Występował pan w kilku ligach europejskich. Który z klubów najlepiej pan wspomina?

- Na pewno najlepsze były transfery do Portugalii, Anglii i Danii. W tej ostatniej z AaB Aalborg zagrałem w Lidze Mistrzów. Te kraje najmilej wspominam.

A najgorzej?

- Chyba Troyes, w którym zaliczyłem tylko jeden mecz w pierwszym składzie. Francuzi wypożyczyli później mnie do Southampton, dla którego zdobyłem dziesięć goli.

W zespole z al. Unii znów spotka pan Marcina Mięciela, z którym 16 lat temu razem graliście w ataku ŁKS-u.

- Fajnie będzie powtórzyć atak z połowy lat 90., kiedy wspólnie graliśmy w klubie, a później w reprezentacji. Z Darkiem Kłusem i Marcinem Smolińskim grałem w Odrze Wodzisław.

Śledzi pan rozgrywki w Polsce. Na co, pana zdaniem, stać będzie ŁKS w nowym sezonie?

- Pierwsza liga różni się diametralnie od ekstraklasy, dlatego będzie nam ciężej zdobywać punkty.

Z pana pomocą powinno być łatwiej...

- Gram już wiele lat na wysokim poziomie, dlatego bez przeszkód poradzę sobie w naszej ekstraklasie. Myślę, że naszym atutem będzie doświadczenie, co pokazały już rozgrywki w Pucharze Polski, w którym ŁKS ostatnio sporo namieszał.

Wybiera się pan na mecz z Flotą Świnoujście, po którym ma być feta z okazji awansu?

- Pamiętam, że byłem na jakimś meczu przy poprzednim awansie. Teraz będę na pewno na spotkaniu z Flotą, aby z wszystkimi ełkaesiakami cieszyć się z sukcesu.

Liczy pan jeszcze na powołanie do reprezentacji Polski?

- Już nie. Moja historia z reprezentacją zakończyła się wraz z trenerem Leo Beenhakkerem. Choć gdybym otrzymał powołanie, na pewno bym nie odmówił, bo gra w reprezentacji to dla mnie był zawsze wielki zaszczyt i honor. Dlatego nigdy nie należy mówić nigdy.

Horror w Pucharze Grecji powodem zmian

Saganowski nie przedłużył wygasającego kontraktu z Atromitosem Ateny z powodu wydarzeń podczas ostatniego finału Pucharu Grecji. Drużyna wychowanka ŁKS-u spotkała się z ekipą AEK-u. Derby wygrali rywale, a pseudokibice Atromitosu wtargnęli na murawę, oraz do sektoru VIP, w którym zasiadali rodzina i przyjaciele piłkarzy drużyny Polaka. Gracze musieli sami bronić swoich bliskich. - Kibice zachowywali się jak dzicz - mówił po spotkaniu Marcin Baszczyński, drugi z Polaków grających w Atromitosie.

Marek Saganowski ma 33 lata. Jest wychowaniem ŁKS-u, w którym 20 maja 1995 zadebiutował w ekstraklasie ze Stalą Mielec. Występował później w: Feyenoordzie Rotterdam, HSV Hamburg, Wiśle Płock, Odrze Wodzisław, Legii Warszawa, Vitorii Guimaraes, Troyes AC, Southampton, Aalborg BK, a ostatnio w greckim Atromitosie Ateny. W kadrze Polski zagrał 33 spotkania, strzelił 5 goli. W kwietniu 1998 roku miał wypadek motocyklowy, który wyeliminował go z gry przez rok. W tym samym roku z ŁKS-em zdobył mistrzostwo Polski.

Więcej o: