T-Mobile Ekstraklasa. Widzew pokonał Lecha Poznań i to na jego stadionie!

Po pięknym golu Bruno Pinheiro łódzka drużyna wygrała drugi wyjazdowy mecz w tym sezonie! Wcześniej pokonał we Wrocławiu Śląsk, teraz Lecha
POLECAMY! Zdegradował Widzew za korupcję. Teraz... aresztowano go za korupcję

Łódzka drużyna przyjechała do Poznania bez Igora Alvesa, Sebastiana Madery, Niki Dzalamidze i Souhaila Ben Radhii. Brak w kadrze dwóch pierwszych piłkarzy jest oczywisty, obaj są kontuzjowani, chociaż z Maderą sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana, bo pewnie nawet gdyby był zdrowy jak ryba, to i tak w składzie by się nie zmieścił. Ben Radhia do Poznania także nie przyjechał z powodu urazu. Od tygodnia trwał wyścig z czasem Tunezyjczyka, ale wyścig ten przegrał, nie zdążył wyleczyć się w 100 procentach.

Zobacz bramkę Pinheiro na Ekstraklasa.tv »

Najbardziej skomplikowana jest sytuacja Dzalamidze, który - jak twierdzą w klubie - nie chce już umierać za Widzew. Z końcem roku kończy się wypożyczenie Gruzina i wiadomo już właściwie na pewno, że wiosną będziemy go oglądać w żółto-czerwonym stroju Jagiellonii Białystok pod skrzydłami oczarowanego jego umiejętnościami Czesława Michniewicza. Mało prawdopodobne, by Dzalamidze zagrał w dwóch ostatnich tegorocznych meczach Widzewa, więc chyba trzeba pogodzić się z tym, że jego występ przeciwko Koronie Kielce był ostatnim w łódzkiej drużynie.

To kłopoty Widzewa, Lech miał swoje i to wcale nie mniejsze. Drużyna z Wielkopolski zawodzi ostatnio kibiców i ci tracą cierpliwość do trenera Jose Bakero. Przed meczem dużo mówiło się o tym, że mecz z łódzkim zespołem to ostatnia szansa dla hiszpańskiego trenera. Gdyby coś poszło nie tak, kibice mieli wyciągać z kieszeni białe chusteczki i pomachać nimi Bakero na pożegnanie.

Ocalić szkoleniowca mieli m.in. Artiom Rudniew i Semir Stilić, którzy wyszli w pierwszym składzie. Od pierwszych minut to właśnie oni byli najaktywniejsi, szukali się na boisku. Na szczęście dla widzewiaków, lechici grali jednak niedokładnie i Maciej Mielcarz nie musiał interweniować. Przewaga gospodarzy była jednak zdecydowana.

Po raz pierwszy w poważnych opałach bramkarz Widzewa był w 22. min, kiedy po rzucie rożnym wykonywanym przez Stilicia z bliska głową strzelał Marcin Kamiński. Mielcarz popisał się jednak fantastyczną interwencją i odbił piłkę w bok. 31-latek zadziwia w tym sezonie formą, broni chwilami znakomicie i mało kto pamięta Mielcarza gapę z poprzednich rozgrywek, kiedy popełniał błąd za błędem.

Sytuacja z 22. min była dla Widzewa poważnym ostrzeżeniem. Gospodarze cały czas przeważali, na pewno nie grali porywająco, ale konsekwentnie konstruowali akcje i podchodzili pod bramkę rywali. Brakowało im postawienia kropki nad i.

Widzewiacy odpowiadali z rzadka, tak było np. w 26. min, kiedy po dobrym podaniu Adriana Budki sam przed bramkarzem Lecha mógł być Piotr Grzelczak, ale źle przyjął piłkę i jego strzał był właściwie podaniem do Jasmina Buricia. Od pierwszej minuty łodzianie byli cofnięci pod swoje pole karne, a jedynym wysuniętym zawodnikiem był Grzelczak, który zwykle miał obstawę dwóch lechitów. Widzew z pewnością nie przyjechał do Poznania, by atakować. Trzeba jednak oddać łodzianom, że w obronie grali twardo i pewnie, w czym duża zasługa pary stoperów.

W ostatnim kwadransie, a nawet w ostatnich 20 minutach, właściwie nie atakowali też gospodarze, więc mecz zrobił się przeraźliwie nudny. Dobrze, że nie było tak zimno jak podczas lutowego spotkania tych drużyn w Poznaniu i jakoś można było na stadionie wytrzymać. Kibice ożywili się tylko dwa razy, ale nie aż tak, by wyskoczyć z krzeseł. Najpierw, kiedy po rzucie rożnym na bramkę Lecha głową strzelał Jarosław Bieniuk, ale uderzył nad bramką, i niedługo potem, kiedy także głową spudłował Stilić.

Wszystkie akcje z meczu na Ekstraklasa.tv »

Po przerwie niewiele się zmieniło, znów przewagę mieli gospodarze, ale znów grali zbyt wolno i zbyt czytelnie dla widzewiaków i nie byli w stanie zagrozić ich bramce. Goście z kolei, tak jak w pierwszej połowie, czekali na okazje do kontr. No i się doczekali... W 58. min przed polem karnym Lecha Bruno Pinheiro ograł Macieja Murawskiego i Dimitrija Injaca i strzelił po ziemi z chirurgiczną precyzją - piłka wpadła do bramki tuż przy słupku i Burić, chociaż wyciągnął się jak struna, nie zdołał jej odbić. Na gola w lidze Widzew czekał 319 minut.

Jeszcze gorzej było w Lechu, bo w tym momencie drużyna z Wielkopolski, z najlepszym strzelcem ligi w składzie, pozostawała bez bramki od 444 minut. I nie wyglądało na to, by ta fatalna seria miała się szybko skończyć, bo gospodarze nie tylko nie przyśpieszyli tempa, ale wręcz je zwolnili. Kibice szybko to zauważyli i zaczęli krzyczeć do piłkarzy: "Ruszcie d...". Nie poskutkowało.

Mielcarz musiał interweniować dopiero w 74. min, kiedy bardzo mocno z dystansu strzelał Aleksandar Tonev. Bramkarz Widzewa znów jednak był górą i w pięknym stylu obronił.

Widzew w ogóle bronił się bardzo dobrze, nie pozwalał rywalom nawet zbytnio zbliżyć się do swojej bramki. Nadal też czekał na okazje do kontr. W 77. min mogło być 2:0, kiedy po bardzo ładnej indywidualnej akcji Budki bramkarza Lecha o mały włos nie pokonał Marciano Bruma. Piłka minimalnie minęła bramkę.

Do końca meczu już nic się nie zmieniło i Widzew wygrał po raz drugi w tym sezonie na wyjeździe! Piłkarze z al. Piłsudskiego wpadali sobie w ramiona, a gospodarze szli do szatni z opuszczonymi głowami. Dla ich trenera powiewały białe chusteczki.

Mieli być wzmocnieniem Widzewa, a są transferowymi niewypałami


Więcej o: